Gry  / Recenzja

Monstrualna przygoda na 100 godzin, lepsza niż sequel. Xenoblade Chronicles Definitive Edition - recenzja

Tak jest od zawsze. Dwa wielkie niczym kontynenty giganty stoją pośród morza nicości. Zastygłe w walce, nieruchome od wieków. Na ich grzbietach rozkwitło życie, ewoluowało, zbudowało kulturę i cywilizację. My, ludzie dobrej woli, na gigancie Bionis. No i one, złowrogie maszyny, na gigancie Mechonis. Gdy metalowe puszki nas zaatakowały, byliśmy praktycznie bez szans. Jedna po drugiej, ludzkie kolonie zaczęły upadać.

Xenoblade Chronicles Definitive Edition to remaster bardzo dobrze przyjętej gry jRPG z konsoli Nintendo Wii. Produkcja trafiła na Switcha wzbogacona o nowe tryby, ulepszoną warstwę wizualną oraz kompletnie nowy moduł fabularny. Do tego dochodzą dwa dodatkowe poziomy trudności (niedzielny i ekspercki), dedykowana galeria filmów i wiele mniejszych usprawnień. Zawartość upchnięta do tego tytułu jest imponująca, wystarczając na tygodnie zabawy.

Ludzie kontra maszyny, czyli znany i lubiany motyw podany po raz 8373.

W przeciwieństwie do Xenoblade Chronicles 2, pierwszą odsłonę cechuje znacznie bardziej precyzyjnie nakreślony scenariusz. Początek przygody został oparty o klasyczne my - oni. Oto bowiem ludzie i maszyny trwają w odwiecznym konflikcie, zamieszkując dwie sąsiednie krainy, na grzbietach dwóch różnych gigantów. Potężniejsze maszyny dokonują wypraw łupieżczych, konsumując ludzi niczym oprawcy z Matriksa. W tych okolicznościach gracz poznaje Shulka - głównego bohatera - próbującego odeprzeć inwazję maszyn na jedną z ludzkich kolonii.

Nie będzie zaskoczeniem, jeśli napiszę, że Shulk ma wyjątkowy dar. Młody mężczyzna może bowiem dzierżyć Monado - legendarny miecz, skonstruowany przez zamierzchłą cywilizację, przebijający się przez pancerz maszyn niczym przez masło. Główny bohater najpierw broni swojej kolonii, a następnie organizuje wendettę, przyciągając po drodze ciekawe indywidua tworzące z czasem nierozłączną drużynę.

Jak to bywa w seriach Xenoblade i Xenosaga, nim Shulk zdąży dokonać upragnionej zemsty, wprowadzane są dramatyczne zwroty narracyjne. Historia staje na głowie, a producenci strzelają salwami nowych postaci, ciekawych wątków oraz powiązań z poprzednimi (a nawet późniejszymi!) grami. Stylistyka fantasy miesza się tutaj z futurystycznym science-fiction. Metalowe zbroje koegzystują obok nowoczesnych mechów. Mamy inne cywilizacje, inne wymiary i tak dalej. Brzmi niczym sen szaleńca, ale w świecie Xenosaga to dzień jak co dzień.

Poznawanie scenariusza Xenoblade Chronicles Definitive Edition jest o wiele ciekawsze niż w przypadku Xenoblade Chronicles 2. Gdybym miał zestawiać ze sobą obie produkcje, przygoda Shulka obfituje w ciekawszą narrację, z kolei przygoda Rexa w ciekawsze postaci poboczne. O ile jednak do Xenoblade Chronicles 2 momentami wracałem z wielkim bólem (głównie przez odpychającego protagonistę), tak Definitive Edition uruchamiam z uśmiechem od ucha do ucha. To właśnie pierwsza odsłona Xenoblade odpowiada mi o wiele bardziej.

Xenoblade Chronicles Definitive Edition - grafika nie tak do końca HD.

Jedną z największych atrakcji remastera jest oczywiście ulepszona warstwa wizualna. Twórcy nie ograniczyli się do prostego podbicia rozdzielczości. Część trójwymiarowych modeli, zwłaszcza kluczowych postaci, została stworzona kompletnie od zera. Dzięki temu bohaterowie wyglądają świetnie na filmowych przerywnikach, których w Xenoblade Chronicles nie brakuje. Niestety, ubocznym efektem zmian jest nieco inna linia artystyczna. Mam wrażenie, że „nowe” facjaty silnie różnią się od tych pierwotnych.

Są bardziej… dziecięce?

Możecie uznać, że szukam problemów na siłę, ale dzięki innym oczom, innym spojrzeniom bohaterowie z Nintendo Wii wydają się bardziej dojrzali. Przenikliwi. Skomplikowani. Definitive Edition przesuwa nieco granicę w kierunku kinowej animacji dla dzieci - pięknej, ale pozbawionej tych elementów szarości i niedoskonałości. Grając w remaster wszystko wydaje się jaśniejsze, czystsze i bardziej wygładzone. Niby szkopuł. Niby detal. A jak radykalnie zmienia odbiór gry.

I chociaż grafika jest bezdyskusyjnie lepsza, wciąż nie możemy mówić o oprawie HD. Na sporym, 65-calowym telewizorze (model Q95T) Xenoblade Chronicles Definitive Edition momentami wygląda niczym pozbawiona ostrości zupa. Nie ma wątpliwości, że remaster wygląda lepiej niż Xenoblade Chronicles na Nintendo Wii oraz New 3DS-a, ale to wciąż nie ten poziom, którego bym oczekiwał. W grach na Switchu nie szukam fotorealistycznej grafiki, lecz nawet ja zastanawiam się, dlaczego gra sprzed dekady wciąż nie osiąga pełnego 1080p.

Xenoblade Chronicles Definitive Edition wykorzystuje technologię skalowalnej rozdzielczości, zależną od sceny i liczby obiektów na ekranie. W wersji przenośnej maksymalna jakość obrazu to 540p, z kolei w wersji stacjonarnej - 720p. Zdarza się jednak, że grając na telewizorze obraz spada do 504p, co wygląda już naprawdę kiepsko. Zresztą, spójrzcie na wykonane przeze mnie zrzuty ekranu. W wielu z nich brakuje ostrości. Na dodatek produkcja działa w 30 klatkach na sekundę. Pod względem optymalizacji nie mamy więc do czynienia z najlepszym portem pod słońcem.

Co przestaje mieć znaczenie, gdy zanurzymy się w historię wystarczającą na 100+ godzin zabawy.

W zależności od waszego podejścia do misji pobocznych, eksploracji, rozbudowy kolonii i wyzwań czasowych, Xenoblade Chronicles Definitive Edition przejdziecie w 60-200 godzin. Gra jest absolutnie gigantyczna. Niektóre widoki zapierają dech w piersiach, pomimo nieco już archaicznej oprawy graficznej. Świat w Xenoblade Chronicles cechuje otwartość i rozległość. Co jeszcze lepsze, twórcy unikają linearnego charakteru. Już na pierwszych otwartych przestrzeniach znajdziemy unikalnych przeciwników na 50+ czy 80+ poziomie, do których warto później wrócić.

Warto dodać, że eksploracja otwartego środowiska jest znacznie łatwiejsza niż w Xenoblade Chronicles 2. Gra nie blokuje trudno dostępnych obszarów wymaganiami związanymi z umiejętnościami towarzyszy. Od samego początku da się wszędzie wejść, wszystko odkryć i wszystko zebrać. Oczywiście, o ile nie znajdziemy się w zasięgu ciosu 90-poziomowego bossa. Taka niezobowiązująca eksploracja na własną rękę jest cholernie przyjemna. Im wolniej gra się w Xenoblade Chronicles, tym lepiej. To nie jest tytuł do przebiegnięcia. Tutaj trzeba się delektować. Wtedy azjatycka przygoda smakuje najlepiej.

W porównaniu do Xenoblade Chronicles 2 przyjemniejsza jest także walka.

W Definitive Edition wszystko wydaje się o wiele, wiele prostsze niż w nieco przekombinowanym sequelu. Sterowany przez nas heros atakuje automatycznie. Wystarczy wskazać mu cel. Gracz manewruje z kolei po poziomym pasku umiejętności, wybierając najlepsze skille w zależności od kontekstu i sytuacji drużyny. Drugim zadaniem gracza jest nieustanna walka o pozycję, ponieważ ciosy po flance lub od tyłu zadają dodatkowe obrażenia.

Na to nakładane są charakterystyczne dla japońskiej serii drużynowe kombinacje. W grę został wszyty system relacji między bohaterami, który ma realne odzwierciedlenie na polu walki. Im bardziej zżyta jest ze sobą kompania, tym większe mamy szanse na długie combo wykorzystujące rozmaite umiejętności specjalne. Tego typu sekwencje są bardzo ważnym mechanizmem gry, ale nie odgrywają aż tak kluczowego znaczenia jak w sequelu.

Ograniczenie większości aktywności gracza do poziomego paska umiejętności kapitalnie współgra z przenośnym charakterem Switcha. Grając w terenie, nie mamy tej precyzji i tej szybkości, co trzymając w dłoniach Pro Controller. Jednak w Xenoblade Chronicles Definitive Edition nie jest to żadnym problemem. Dzięki wielkim ikonom i czytelnemu interfejsowi walka, a także inne aspekty rozgrywki są czytelne i komfortowe. Nintendo chwali się w reklamach, że zrobiło co mogło, aby dopasować tak wielkie jRPG do przenośnego formatu. Wyszło świetnie.

Xenoblade Chronicles Definitive Edition to jedna z najważniejszych premier na Switcha.

Tytuł ląduje w czołówce najlepszych gier dla platformy Nintendo, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Definitive Edition jest lepsze niż Xenoblade Chronicles 2, a do tego ładniejsze, szybsze i bardziej grywalne niż kiedykolwiek wcześniej. Nie uważam jednak, aby dodatkowy epilog na 20 godzin wystarczył, by usprawiedliwić zakup tytułu wśród tych osób, które przeszły przygodę Shulka na Wii lub New 3DS-ie. To wciąż ta sama gra co 10 lat temu.

Największe zalety:

  • 100+ godzin bardzo dobrego jRPG
  • Ulepszona oprawa wizualna
  • Nowy epilog dedykowany fanom serii
  • Lepsze niż Xenoblade Chronicles 2
  • Rozgrywka i interfejs idealnie dostosowane do mobilnego formatu

Największe wady:

  • Zupa z pikseli na ekranie TV
  • W większości nudne zadania poboczne
  • Nowa, bardziej „dziecinna” kreska
  • Niektóre tła i lokacje mocno odstają jakością

Jeśli jednak nie grałeś w Xenoblade Chronicles, a lubisz produkcje jRPG - cóż za przygoda cię czeka! Remaster polecam także tym miłośnikom japońskich gier role-play, którzy odbili się od Xenoblade Chronicles 2. Pierwsza odsłona jest spójniejsza, ciekawsza narracyjnie, przystępniejsza oraz spisuje się lepiej podczas rozgrywki w terenie. Do tego stosunek ceny względem zawartości jest gigantyczną zaletą tytułu, który wystarczy wam na tygodnie zabawy.

Tylko tej zupy na ekranie telewizora nie mogę odżałować…

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj Spider's Web w Google News.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst