Tech  / Felieton

Blogerzy wykrywają afery, dostają nagrody Pulitzera, a jednak odbiera im się głos

Bloger – już sama ta nazwa budzi w wielu osobach ogromne emocje. Jedni nienawidzą blogerów za samo tylko to, że nimi są, a inni doceniają ich pracę lub hobby i chętnie czytają. Są też tacy, którzy mają do nich obojętny stosunek, ale z pewnością nieraz słyszeli o niejednym blogerze lub blogerce. Jednak emocje związane z tym tematem nie udzielają się tylko Polakom. Na całym świecie mówi się o roli blogera, jego obowiązkach i prawach. W niektórych krajach nawet, jak np. w Rosji, odbiera im się głos.

Kilka dni temu, jak informuje Rzeczpospolita, rozpoczęła się procedura przyjmowania nowej ustawy przez Deputowanych rosyjskiej Dumy. Jest to element tzw. pakietu antyterrorystycznego. Co to ma wspólnego z blogami? Bardzo wiele, bowiem w ramach ustawy każdy bloger, który notuje dziennie ponad 3 tys. odwiedzin na swojej stronie, otrzyma status „organizatora rozpowszechniania informacji”. Oznacza to, że tacy blogerzy będą zobowiązani do rejestrowania swoich stron w Roskomnadzorze, który sprawuje kontrolę nad mediami, a także ujawniania swoich tożsamości. Dodatkowo będą mieli takie same obowiązki jak zarejestrowani dziennikarze, ale praktycznie żadnych płynących z tego przywilejów.

google-censored-censorship-sopa

Powody takiego działania są dość oczywiste – Rosjanie chcą po prostu kontrolować wszystkie źródła informacji.

W przypadku mediów nie mają z tym już najmniejszego problemu, co mogliśmy zaobserwować między innymi na przykładzie ostatnich tarć z Ukrainą, kiedy to rządowe media dość luźno podchodziły do swojej rzetelności. Problemem pozostaje Internet, w którym publikować może każdy, nawet Sasha z Moskwy. Trudno jest kontrolować tak ogromną społeczność, która ma przecież niewyobrażalny potencjał informacyjny. Nie daj Boże jeszcze Rosjanie usłyszeliby lub przeczytaliby gdzieś prawdę.

Właśnie dlatego już wkrótce prawie każdy bloger będzie podlegał restrykcyjnemu prawu, dzięki któremu nie tylko będzie mógł być kontrolowany, ale także nie będzie mógł ukrywać swojej tożsamości. Zastanawia mnie jednak, jak rosyjski rząd zamierza sprawdzać, które blogi rzeczywiście mają określoną liczbę odwiedzin, a także dochodzić do tego, kto jest autorem danej strony. Nie sposób też zapomnieć o tym, że zapewne wiele blogerów ze Wschodu ma swoje strony postawione na zagranicznych serwerach, gdzie putinowska łapa nie sięga.

Nie zmienia to jednak faktu, że Rosja chce odebrać głos blogerom, chce ich sprawdzać, a pewnie z czasem także wyciągać wobec nich konsekwencje lub blokować strony. To zresztą nie byłoby niczym nowym, bo już wcześniej dostęp do wielu serwisów został ograniczony, a niektórzy blogerzy mają sprawy w sądzie, np. za to, że wręczyli łapówkę na stacji diagnostycznej - ten przypadek dotyczy osoby, której nie można raczej nazwać pro-rządową.

blog-klawiatura

Te doniesienia w ciekawy sposób kontrastują z informacjami płynącymi ze Zachodu, a konkretnie Stanów Zjednoczonych.

U Wujka Sama od wielu lat ciągnie już debata na temat tego, jak kategoryzować blogerów. Czy to już media i z tego powodu powinny ich dotyczyć wszystkie związane z tym prawa, ale także przywileje, czy też nie.

Co ciekawe, niejako w związku z tym tematem odbyła się w USA rozprawa sądowa. Według amerykańskiego prawa, jeśli w mediach dojdzie do zniesławienia, to zniesławiana osoba ma pięć dni na zgłoszenie sprawy do sądu, inaczej ulega ona przedawnieniu. Jednak niejaki Christopher Comins nie dotrzymał tego terminu i bronił się tym, że blog, na którym został zniesławiony, nie jest medium w tradycyjnym tego słowa znaczeniu i w związku z tym zasada pięciu dni w tym przypadku nie obowiązuje. Sprawa wylądowała w sądzie.

Sąd pierwszej instancji odrzucił żądania Cominsa, ale ten postanowił się odwołać. Kilka dni temu – według informacji Gigaom – zapadła decyzja w sądzie apelacyjnym, który podtrzymał wcześniejsze orzeczenie. Nie byłoby w tym nic niezwykle nadzwyczajnego gdyby nie argumentacja sądu. Można w niej przeczytać, że wpływ Internetu jako medium i powstanie blogów jako źródło rozpowszechniania informacji jest tak ogromny, że zmieniło się tradycyjne postrzeganie mediów i dziennikarstwa, tym bardziej, że sami dziennikarze coraz częściej sięgają do narzędzi stosowanych powszechnie przez blogerów i vice versa.

bloger

Jednocześnie sąd zaznaczył, że dziennikarzem nie jest się z powodu tego gdzie się pracuje, ale przede wszystkim z powodu tego, co się robi. To ważne oświadczenie w kontekście tego, jak często stara się definiować osobno blogerów i dziennikarzy, odbierającym tym pierwszym niektóre prawa.

Taka decyzja sądu w Stanach Zjednoczonych nie powinna specjalnie dziwić, chociaż jest bardzo ważna dla całej społeczności blogerów. To w końcu w USA bloger Glenn Greenwald otrzymał nagrodę Pulitzera za ujawnienie afery PRISM. To także bloger jako pierwszy ujawnił aferę rozporkową, czyli romans Billa Clintona i Moniki Levinsky (chociaż media wiedziały o tym wcześniej i bały się upubliczniać materiał). To także amerykańscy blogerzy doprowadzili do zwolnienia prowadzącego w telewizji CBSNews oraz Easona Jordana, szefa działu informacji sieci CNN, po tym jak odkryli, że opublikowany materiał na temat Georga W. Busha, który rzekomo migał się od służby w wojsku w trakcie wojny w Wietnami (co w USA jest bardzo źle postrzegane), został oparty na fałszywych dokumentach. Jednocześnie grupa blogerów sprawiła, że Howard Dean, jeden z kandydatów na prezydenta Demokratów w prawyborach przesunął się z początkowego ósmego miejsca na drugie i zdobył 25 mln dol. na swoją kampanię. Co prawda przegrał i nie stanął w szranki z kandydatem Republikanów, ale pokazało to, jak wielki może być wpływ blogosfery.

blogger blog

Z czasem odprowadziło to do tego, że amerykańscy dziennikarze coraz częściej korzystali z usług blogerów, a z czasem zaczęli ich zatrudniać. W końcu blogerzy zaczęli otrzymywać takie same akredytacje jak żurnaliści.

Jednak to, że blogerzy coraz częściej są postrzegani jako medium, co jest dobrym zjawiskiem, jednocześnie sprawia, że powinny ich, a w sumie to powinienem napisać – nas, obowiązywać takie same reguły gry, jak dziennikarzy. Nie może być tak, że bloger może wszystko, ale nic nie musi. Świetnie pokazała to nasza polska afera z Sokołowem, a także przykład zeszłorocznego zamachu w trakcie Maratonu Bostońskiego, po którym niezależni blogerzy wykazali się skrajną głupotą i nierzetelności w poszukiwaniu potencjalnych sprawców.

Dlatego też jestem za tym, aby blogerzy dostali przynajmniej część praw przysługujących dziennikarzom, jednocześnie licząc się także z płynącymi z tego powodu obowiązkami. Prawo dotyczy wszystkich.

Zdjęcia pochodzą z Shutterstock

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst