1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Lewestam: Ciążę przechodziłam razem z Angeliną Jolie. Żyłam w rozkroku między światem realnym a cyfrowym

– Byłam jedną z tych matek, które izolowały dzieci od ekranów. Gdy chciałam, aby moje dziecko mogło w przedszkolu rozmawiać o Angry Birds, to kupiłam je w wersji pluszowej. To się zmieniło wraz z pandemią – Karolina Lewestam, publicystka i filozofka w swojej najnowszej książce rozlicza się z rodzicielstwem cyfrowej ery.

Lewestam: Ciążę przechodziłam razem z Angeliną Jolie

To nie jest poradnik, jak wychowywać dzieci w dobie cyfrowej rewolucji. Ani pamiętnik rodzica z frontu walki o dobro dziecka w świecie wielkich zmian i konkurencji cyfrowej rozrywki. Ani zabawne opowiastki z życia malucha i zafascynowanego nimi rodzica, który nagle odkrywa, jaką przygodą jest gotowanie mleka. Eseje Karoliny Lewestam zebrane w tomie "Pasterze smoków. Rodzice kontra świat" to próba opisania współczesnego rodzicielstwa z zastosowaniem warsztatu filozofki. Co nie znaczy, że autorka ucieka od własnych emocji. Wręcz przeciwnie – jest w tej książce i matką, która jak wszystkie inne matki sama musi przeżyć i doświadczyć kolejnych wyzwań, i analityczką, która próbuje te doświadczenia przepuścić przez wiedzę, badania i doświadczenia kolejnych badaczy.

Lewestam, na co dzień autorka "Pisma" i "Dziennika Gazety Prawnej", wielokrotnie już w swojej twórczości dawała upust problemom związanym ze zderzeniem rewolucji technologicznej z rodzicielstwem. W mocnym tekście "Gangbang na mózgu" opisała, jak coraz łatwiejszy dostęp do nie tylko ostrej, ale także poddanej równie ostrym mechanizmom rynkowym pornografii staje się problem cywilizacyjnym. W "Zombifikacji dzieci. O pladze smartfonów" niemal cztery lata temu przewidywała plagę depresji wśród dzieci i nastolatków powiązaną m.in. z przebodźcowaniem ekranami.

W swojej książce nie idzie jednak tylko tropem analizy kolejnych zagrożeń. Owszem, tytułowe "smoki" są także cyfrowe, ale nie skupia się na ich omawianiu i pokazywaniu, jak bardzo mogą poparzyć rodzica i dziecko. Zamiast tego zabawnie, lekko, choć i bardzo poważnie opisuje proces oswajania tychże smoków. Kiedy pisze o tym, jak skonstruowany jest smartfonowy świat, który chce każdego, a już szczególnie dziecko przyciągnąć i skłonić do jak najdłuższego bezcelowego "jeżdżenia paluchem po ciemnym ekranie", to nie podaje recepty na to, jak sobie z tym poradzić.

Nie ma łatwego przepisu godnego szewca Dratewki, który smoka raz a dobrze rozsadzi. Nie mają go też kolejni cytowani przez nią badacze i filozofowie. Ale choć takich prostych odpowiedzi nie daje, to po przeczytaniu tych esejów w czytelniku zostaje silne poczucie, że nie jest sam z tymi pytaniami, wyzwaniami i problemami. A już to samo w sobie jest ogromną korzyścią.

Co ważne, Lewestam nie robi tego z pozycji wyalienowanej od zwykłego świata konsumentów badaczki. Wręcz przeciwnie, ze swadą i bardzo otwarcie opisuje swoją – i nie oszukujmy się, nie tylko swoją – fascynację światem celebrytów. Owszem, w celebryckich ciążach i macierzyństwie przeniesionym na Instagram widzi odbicie powszechnych ambicji, marzeń i lęków. Ale równolegle bez skrępowania chwali się, że potrafi wymienić imiona wszystkich dzieci Kardashianek.

Pod koniec książki jest chyba jedyna faktycznie poradnikowa, krótka część. Autorka wymienia w niej opracowane razem z synem 10 prostych sposobów na frajdę: balon, bańki mydlane, lody, piana, huśtawka, ślizgawka wodna, sanki, fontanny, rzeczy świecące się w nocy i wata cukrowa. Wszystkie takie zwykłe i całkowicie sprzed czasów wielkich technologii.

Karolina Lewestam, "Pasterze smoków. Rodzice kontra świat", Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2022.

"Mogę co najwyżej być brzegiem tego cyfrowego basenu, który dzieci muszą przepłynąć same"

Przez lata jak w tym angielskim przysłowiu powtarzaliśmy, że potrzeba wioski, by wychować dziecko. Że bez wsparcia społeczności sami rodzice nie dadzą rady utrzymać go i wprowadzić w dorosłość. To już nie jest niezbędne. Choć może z drugiej strony tę wioskę zastąpiła nam w pewnym sensie wioska cyfrowa? Ciąża, macierzyństwo, tacierzyństwo wypłynęło z domowego ogniska na szerokie cyfrowe fale. I to nie tylko w przypadku celebrytów. Do relacji z tego momentu ich życia już się przyzwyczailiśmy, ale takie relacje stały się po prostu powszechnym zjawiskiem, w którym biorą udział najzwyklejsi ludzie.

Karolina Lewestam: Mam wrażenie, że dzieci teraz wychowujemy hybrydowo. Z jednej strony jest to coś najbardziej intymnego, prywatnego, a z drugiej rzeczywiście wychodzimy z tym na forum. W książce piszę o tym, że gdy pierwszy raz zaszłam w ciążę, towarzyszyła mi internetowo Angelina Jolie, która była wtedy w ciąży z bliźniakami. Następne ciąże współprzeżywałam z Katie Holmes i Jennifer Lopez. Tak więc byłam w rozkroku między światem realnym a cyfrowym. I sama niekiedy wrzucałam zdjęcia dzieciaków do sieci, niewiele, ale jednak. W końcu takie właśnie zdjęcia generują najwięcej lajków, prawda?

Wyraźnie odczułam to ostatnio, gdy wydałam swoją poprzednią książkę "Małą księżniczkę". Moja mała księżniczka, dla której ją napisałam, tę książkę czyta. Szkoda, by nie wrzucić takiego uroczego zdjęcia, prawda? Być może ten impuls, żeby komuś to pokazać, żeby z kimś się podzielić, to nasza potrzeba zapełnienia dziury po tej tradycyjnej wiosce, której już nie ma.

Często nie ma już nawet tradycyjnej wielopokoleniowej rodziny. Zastąpiły ją malutkie, składające się tylko z rodziców i dzieci, rodziny nuklearne. Czyżby jednak okazywało się, że ten tradycyjny ekosystem jest nam tak potrzebny, że szukamy jego zamienników w sieci?

Wiesz, gdy ja dostałam po porodzie swoje pierwsze dziecko, było to w ogóle pierwsze nowo narodzone dziecko, jakie trzymałam na rękach. Nigdy wcześniej tego nie robiłam i byłam zszokowana: co to w ogóle jest? Często mówi się o starości i śmierci, że "wysmyknęły" się z naszego życia i nie widać ich – a gdy już nadchodzą, to strasznie uderzają. Tak sobie myślę, że nie tylko śmierć nam pouciekała, ale i narodziny, opieka nad dziećmi, fizjologia porodowa. Zamykamy się w tych nuklearnych bańkach i dlatego nie miałam szansy niańczyć młodszych dzieci moich rodziców albo małych kuzynów, tak jak nie miałam okazji być świadkiem śmierci babci, więc gdy zmarł mój ojciec, był to dla mnie niewiarygodny szok. A ponieważ nie uczestniczymy w takim naturalnym rytmie tego, jak to życie powinno się rozgrywać, to w momencie, gdy pojawia się etap w postaci posiadania dziecka, wydaje nam się to tak nowe i tak niesamowite, że musimy podzielić się tym w internecie.

Mamy też przerwany naturalny proces przekazywania z pokolenia na pokolenie wiedzy życiowej. Coraz częściej pierwszym miejscem, w którym rodzice pytają o radę, nie są ich własni rodzice, tylko media społecznościowe czy fora internetowe. To one wychowują dziś nawet nie dzieci, tylko rodziców, których przygotowują do tej roli.

Mamy tu dwa mechanizmy. Z jednej strony to taki ciągły prezentyzm – wszystko jest wyłącznie teraźniejsze. Cały czas mamy poczucie, że to jest pierwsze dziecko świata. Zapomina się o tych 20 innych dzieciach znajomych, które przed chwilą widziało się na feedzie. To nie były dzieci, które były obok, które można było pogłaskać i zapamiętać. Z drugiej faktycznie nie ma obok matek, babć, cioć – i naturalne staje się zwracanie do tej wioski, która nam pozostała, a która jest w internecie. I tam rzeczywiście, przykro mi to mówić, można czasem znaleźć naprawdę niezłe rady.

I na pewno rady na każdy temat.

Tak. Co zrobić, gdy akurat strzyka cię w lewym pośladku w momencie, gdy karmisz prawą piersią.

Jest też rosnąca potrzeba opracowania nowych zasad wychowania dzieci. Jak dziś "mówić, żeby dzieci rozumiały", bo przecież język przedszkolaków od tego nastolatków zaczyna się coraz bardziej różnić i co więcej, także cały czas ewoluuje. Internet staje się więc chyba taką niezbędną aktualizacją wiedzy rodziców?

Wydaje mi się, że do momentu, kiedy dzieci mają 6-8 lat, są dokładnie jak dzieci z ery kamienia łupanego.

Albo do czasu pierwszego smartfona…

Tak. I wtedy nagle to dziecko wskakuje w jakiś zupełnie inny świat. Jest to dla rodziców szok, bo ten cyfrowy świat stał się ekwiwalentem dawnego wychodzenia gdzieś na podwórko i palenia gdzieś za rogiem po kryjomu papierosów. Tu także dzieciakom przecież chodzi o tę namiastkę wolności od rodziców. Rodzic nie wie, co się dzieje, bo dziecko jest za tym elektronicznym rogiem.

Masz poczucie, że dziś bardziej boisz się rodzicielstwa i kolejnych związanych z nim wyzwań, niż bała się go twoja mama?

Kiedyś myślałam, że tak jest, że to my żyjemy w świecie największych wyzwań dla rodziców. Teraz jednak coraz mocniej czuję, że z tym lękiem to jest trochę tak, jak ze szczęściem. Gdy bada się tych, którzy właśnie wygrali na loterii i tych, którzy właśnie stali się niepełnosprawni w wyniku wypadku, to oczywiście ich poczucie zadowolenia z życia jest na skrajnie różnym poziomie. Jednak po jakimś czasie to się balansuje i obie grupy znajdują się w podobnym punkcie, w jakim znajdowały się na wyjściu.

Myślę sobie, że podobnie jest z lękiem o dzieci – niezależnie od tego, ile czeka na nas faktycznych zagrożeń, to i tak mamy swoje przyrodzone zapasy lęku i wydamy go tyle, ile mamy do wydania. Moja mama wydawała go po prostu na inne rzeczy, inne wyzwania i inne bolączki niż te, które mamy dzisiaj.

Jakie są teraz te "smoki", które mogą najbardziej przerażać rodziców?

Mnie najbardziej przeraża właśnie ten świat elektroniczny.

Ale nie dlatego, że go nie rozumiesz, że jest taką straszną, obcą krainą?

Nie. Dlatego, że on radykalnie zrywa połączenie międzypokoleniowe. To chyba pierwsze takie zjawisko w historii ludzkości: dziecko nie musi się do mnie zwracać absolutnie po nic, jeżeli tego nie chce. Ja musiałam przynajmniej zapytać rodziców, co znaczą pewne słowa, żeby zrozumieć coś, co pokątnie znalazłam gdzieś do przeczytania. Mój syn o nic takiego nie musi mnie pytać. Wciąż czasem pyta, ale nie musi i to jest dla mnie przerażające. 

Fot. pathdoc / Shutterstock

A jak za chwilę zacznie korzystać z Alexy czy z innej Siri, to nie będzie potrzebował rodziców nawet do pomocy w bieżących sprawach. Automat zrobi zakupy przez internet, powie, jak gdzieś dojechać itd. Tyle że to może przecież być ułatwienie dla rodzicielstwa, zdjęcie z barków rodziców tylu obciążających zadań?

Może i dzięki temu jest łatwiej. Tyle że jest w nas taki narcyzm rodzicielski, chęć poczucia kontroli, ale i miłość; one powodują, że nie chce się całkowicie wypuścić dziecka ze swoich objęć (albo łap, jak kto woli). Wiesz, wydaje mi się, że wszystkie relacje, takie dobre i głębokie relacje, na pewnym poziomie wynikają z istnienia niedogodności. Na przykład: jeśli w domu jest jedna łazienka, a nie trzy, to jako rodzina musicie się kłócić, kto i kiedy będzie jej używał. Musicie dochodzić ze sobą do porozumienia, ustalać wspólne zasady, uczyć się szanować wzajemnie. I tak ta relacja nabiera głębi i sprawia, że wszyscy znacie się trochę lepiej. Relacje w pewnym sensie (oczywiście bez przesady) zależą więc od niedogodności, od braków, od pustki. One mają nam te rzeczy zapełniać i pomagać je przezwyciężać. Jedną z tych niedogodności jest właśnie brak możliwości zdobycia wiedzy przez każdego i w każdym momencie. To nas przez wieki łączyło, najbardziej w sensie międzypokoleniowym. Mnie z moją matką łączyło to, że musiałam pytać ją o bardzo wiele rzeczy, których nie rozumiałam. Mój syn pyta mnie, gdy ma ochotę porozmawiać. Ale już nie musi tego robić.

Gdy zaczęłaś mówić, że ten świat cyfrowy cię przeraża, to moja pierwsza myśl dotyczyła dezinformacji, mediów społecznościowych, pornografii itd. A tu jednak chodzi o przerwane relacje. 

To, że dziecko zobaczy coś złego, nie jest fajne, jest groźne, ale jednak mogło zdarzyć się zawsze, nawet jeśli nie na taką skalę jak dziś. Zawsze też można było się na sobie wzajemnie jakoś w takiej sytuacji oprzeć. W momencie, gdy ten nawyk jest zrywany, to samotność, która się z tego rodzi, jest poważnym problemem. Możemy razem wystąpić naprzeciw czegoś strasznego, bo mój syn może wiedzieć, że ma we mnie oparcie, że razem to sobie przerobimy. Ale w momencie, gdy mnie tam z nim nie będzie…

Ale nie będziesz? Bo są różne rodzicielskie strategie. Wielu rodziców próbuje być z dziećmi w tym cyfrowym świecie. Grają razem w Minecrafta czy w Fortnite; gdy nastolatek słucha Young Leosi, to wiedzą, kim ona jest, kto jest w Ekipie, a kto w Team X itd. Starają się być cały czas partnerem w cyfrowym świecie.

Tak, ale to się okropnie szybko zmienia. Zanim nauczysz się grać w Minecrafta, to oni już grają w Fortnite. Poza tym jeśli ktoś, tak jak ja, ma dzieci w różnym wieku, to musi być na czasie ze Świnką Peppą, czytać Narnię i jeszcze grać w tego Fornite'a. Trochę przestrzeni mentalnej i czasu to jednak zajmuje. A wiadomo, u rodzica współczesnego czas pędzi strasznie szybko i trzeba zapieprzać jak ta Czerwona Królowa z Alicji w Krainie Czarów, żeby nie stać w miejscu.

Fot. Iconic Bestiary / Shutterstock

Ten bieg jest coraz szybszy. Przecież od pokolenia naszych rodziców nikt nie wymagał, żeby czytali "Bravo Girl" czy "Dziewczynę" i orientowali się, kto jest członkiem Take That.

Jest taka narracja, o której też piszę w książce. Według niej to teraz właśnie bardzo zwiększyły się wymagania rodzicielskie. Trochę rzeczywiście się zwiększyły. Rodzicielstwo musi wyglądać bardziej estetycznie i być "instagramowalne"; musi być bardziej zaangażowane i świadome, a jeszcze na dodatek, ponieważ mamy o wiele większą wiedzę na temat psychologii niż poprzednie pokolenia, musimy myśleć, jak wychowywać, żeby dzieci nie skończyły na lekach i kozetce. Sami chodzimy na terapię, w związku z czym wiemy, co może je straumatyzować i staramy się tego unikać. Ale równocześnie przecież wciąż tak samo jak nasi rodzice czy pradziadkowie stoimy naprzeciwko tego małego człowieka, tak samo go kochamy i boimy się o niego. Tu się nic nie zmienia.

Zmienia się za to faktycznie to, że brakuje nam silnych, spójnych grup, a to powoduje rozproszenie norm. A tym samym mamy mniejszą pewność w zachowaniach i działaniach, więc szukamy oparcia i potwierdzenia swoich działań poza własną grupą, co powoduje jej dalszy rozpad. To jest problem z rodzicielstwem w rodzinach nuklearnych w świecie cyfrowym – nieważne, jakie te normy były, mogły być czasem szkodliwe, głupie, arbitralne, ale było się na czym oprzeć.

Chciałabyś mieć tę aplikację, o której tak dywagujesz w książce? Tę, którą nazwałaś "Oczami rodzica"? Automatycznie podpowiadałaby, co jest szkodliwe dla dziecka, który baton prowadzi do cukrzycy, który serwis jest pełen opresyjnych treści mogących wywołać depresję, ostrzegałaby "nie mów tak do dziecka, bo to mechanizm przemocowy"...

Ja mam tę aplikację i nie mogę jej wyłączyć. Nawet gdy teraz patrzę na ciebie, to właśnie chciałam przesunąć twoją szklankę z brzegu stolika, bo boję się, że zaraz ją strącisz (śmiech). Cały czas mam tę aplikację w oczach i ona uruchamia ciągłe obawy o przyszłość dzieci, o ich bezpieczeństwo, o ich narażenie na te moje tytułowe smoki. Taka rodzicielska rozszerzona rzeczywistość.

Ale musisz używać do tego własnej intuicji, zastanawiać się. Natomiast aplikacja zrobiłaby to za rodziców. To dopiero byłaby prawdziwa cyfrowa wioska!

Pewnie tak… Tyle że wioska, która naprawdę nie istnieje. Gdy przed chwilą rozmawiałyśmy o tym, jak rozproszone są dzisiaj normy, i że dlatego szukamy jakiegoś oparcia poza naszą grupą rodzinną czy sąsiedzką, to myślałam o wolności. Za dużą wolność zawsze płaci się lękiem. Teraz mamy jej całkiem sporo, także w sferze wychowywania dzieci. I lek na ten lęk, który zawczasu by nam powiedział, czego należy unikać, na przykład w formie takiej aplikacji, byłby kompletnym zaprzeczeniem tej wolności. Ale wydaje mi się, że jesteśmy właśnie w takim momencie dziejowym, że ten nadmiar wolności próbuje sam się nam jakoś ograniczyć. Na przykład łapiąc nas w sieci algorytmów, które zwalniają nas z wyboru.

A normami, tylko że wypracowywanymi tak trochę na bieżąco, są te wszystkie oceny w mediach społecznościowych. Owszem, piszesz, że "komentarz w sieci żyje krócej niż muszka owocówka", ale jednak takie bodźcowanie działa na ludzi i może wywoływać bardzo długotrwałe skutki w rodzicielstwie. Jaki wózek, czapka, a może bez czapki, karmić piersią do kiedy, szczepić czy nie szczepić? 20 lat temu nikomu nie przyszłoby do głowy pytać o takie kwestie obcych ludzi niebędących lekarzami czy ekspertami.

To wymaga dużego treningu, aby się jednak nie przejmować. Pamiętam, że gdy kiedyś szłam z synem, właśnie przyjechałam do Polski, a tu jak wiadomo najważniejszym elementem zadbania o dziecka jest czapka i ktoś zwrócił mi uwagę na jej brak. Pamiętam, że bardzo to przeżyłam, że jakiś pan uznał za stosowne biec za mną po ulicy i narzekać na moje matkowanie. A w internecie dzieje się miliard takich rzeczy pod każdym postem o dziecku. 

A jeszcze więcej w przypadku matek-celebrytek.

Och, one są poddawane ogromnej presji. Kristen Bell jakiś czas temu powiedziała, że kąpie dziecko raz w tygodniu i nagle wylał się na nią hejt od ludzi zewsząd. Nagle każdy musiał mieć zdanie na temat jej decyzji rodzicielskich. Ja też miałam, a co! I tu jest też wielkie wyzwanie współczesnego rodzicielstwa. Chcemy się tym doświadczeniem dzielić w sieci, bo nie mamy tej swojej wioski. Tyle że jak już się podzielimy, to zewsząd czekają na nas różne ciosy. Podczas naszej rozmowy zdałam sobie sprawę, że ja niewiele publikuję w internecie na temat swoich dzieci. 

To wynika u ciebie ze świadomości zagrożeń, z chęci chronienia dzieci?

I z tej świadomości, i z martwienia się o przyszłość dzieci. Nie mamy doświadczenia z życia pokolenia, które w bardzo dorosłym życiu musi sobie radzić ze zdjęciami swojej kupy w nocniku. A to może być spory problem. Ale też właśnie zdałam sobie sprawę, dlaczego tak łatwo mogę ograniczać tę sieciową aktywność, dlaczego mnie do tego nie ciągnie. Po prostu mam na WhatsApp rodzinną grupę i to na niej realizuję tę potrzebę. O, zobacz, jest dopiero wczesne popołudnie, a my już wysłaliśmy na niej dzisiaj kilka zdjęć naszych dzieci. Dzięki temu rozwiązaniu mogę z jednej strony realizować ten trudny do powstrzymania instynkt do chwalenia się, opowiadania o dzieciach, dzielenia się trudami, ale jednak nie muszę tego robić całkowicie publicznie.

Mówisz "instynkt" i tak chyba faktycznie jest. Bo wiele bardzo świadomych cyfrowo osób i tak nie może się powstrzymać. I gdy zostają rodzicami, to pojawia się u nich silna potrzeba niekoniecznie oversharingowania samymi słodkimi zdjęciami, ale jednak publikowania opowieści o dziecku, dzielenia się jego wyjątkowością, streszczania fragmentów tej nowej dla nich rzeczywistości. I, nie ma co ukrywać, ja wcale nie jestem pewna, czy gdybym miała dziecko, to mimo wszelkiej świadomości tych mechanizmów, byłabym w stanie powstrzymać się przed podobnymi zachowaniami.

My, homo sapiens, jesteśmy takimi zwierzętami, które muszą się dzielić emocjami. Mamy w sobie moduł indywidualistyczny, a obok niego moduł roju pszczół. I musimy mieć poczucie, że nasze emocje oddziałują na kogoś, że wytwarzamy jakąś aurę i kogoś w nią wciągamy. A gdy jesteśmy z tym przeżywaniem sami, to gdzie mamy pójść? Idziemy na media społecznościowe i to trochę przytępia tę bezpośrednią potrzebę, ale prawda jest taka, że całkowicie jej nie usuwa, nie czujemy się całkowicie spełnieni. 

Fot. FGC / Shutterstock

Ale nie masz poczucia, że powinnaś całkowicie wycofać się z dziećmi z mediów społecznościowych? To też jest jedna ze strategii stosowanych przez rodziców: nie publikować nic o dziecku, żadnych zdjęć, co więcej ograniczyć im wszelki kontakt z ekranami. To bardzo ambitne podejście i rozumiem, skąd się bierze, ale przecież może okazać się dyskryminujące, odcinające dzieci od ważnych doświadczeń, które mają ich rówieśnicy. 

Też byłam jedną z tych matek, które izolowały dzieci od ekranów; zwłaszcza w przypadku mojego najstarszego syna. Gdy np. chciałam, aby moje dziecko mogło w przedszkolu rozmawiać o Angry Birds, to kupiłam je w wersji pluszowej, żeby mogło ze mną nimi się pobawić i dzięki temu miało wspólne z grupą odniesienia kulturowe.

To jednak jest łatwiejsze do zrobienia przy jednym dziecku niż przy trójce. Co więcej, gdy wyjechaliśmy do Anglii, mój wspomniany najstarszy syn uczył się w nowej szkole dopiero pierwszy rok, kiedy przyszła pandemia, a z nią zdalna nauka. Mieli wtedy z kolegami jakiś swój serwer w Minecrafcie. U nas w domu to był kompletny szok, że dziecko siada rano przed komputerem i siedzi przed nim do godziny 14-15, a potem zaczyna grać w Minecrafta do 18. Owszem, miałam poczucie, że to nie jest dobre, ale jednak mu na to pozwalałam, bo miał tam właśnie wszystkich kolegów, tam prowadzili życie towarzyskie i wiedziałam, że jeśli po 8 godzinach szkoły zabiorę go sprzed tego komputera, to on w ogóle nie będzie miał o co zaczepić się społecznie. Ostatecznie mój syn dostał depresji – nie wiadomo, czy od pandemii, czy od Minecrafta; wydaje mi się, że połączenie izolacji i nadpodaży elektroniki wprowadziło go w taki stan. I to są właśnie wyzwania, z jakimi dziś mierzą się rodzice.

Cieszę się, że mam takie duże różnice wiekowe między dziećmi, bo gdybyś zapytała mnie jeszcze dwa lata temu, to bym zapewne opowiadała, jak to nie pozwalam, nie dopuszczam w kwestiach cyfrowych. Przez pandemię i przez to, że mój syn dorósł i tego po prostu potrzebuje, bo inaczej byłby wykluczony społecznie, mojej antytechnologicznej pasji towarzyszy ukryta głęboka rezygnacja. Poczucie, że nic z tym więcej nie zrobię i muszę być, jak to mówią niektórzy terapeuci, takim brzegiem basenu, do którego mój syn czasem dopłynie i się mnie złapie. Ale jednak ten cyfrowy basen w jakiejś dużej mierze musi sam przepływać.

Ilustracja tytułowa: GoodStudio / Shutterstock