Recenzja+
  1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Czas zaorać szkoły. Są tylko źródłem cierpień młodych

– Po co nam ludzie, którzy na pamięć znają definicję mitochondrium lub potrafią streścić fabułę „Zbrodni i kary”? – mówi Mikołaj Marcela, autor książki „Selekcje. Jak szkoła niszczy ludzi, społeczeństwa i świat”. I przekonuje, że dzisiejsze szkoły nadają się tylko do zaorania.

System edukacji w Polsce to źródło cierpień. Czas zaorać szkoły

„Szkoła staje się zakładem pracy, swoistą fabryką czy biurem, w którym dzieci praktykują różne odmiany gówno wartych prac” – ostro pisze Mikołaj Marcela w swojej najnowszej książce. Zacytowane zdanie jest w ogromnej mierze najlepszym podsumowaniem opinii tego pisarza i nauczyciela akademickiego o tym, czym stało się szkolnictwo powszechne.

Swoje mocno krytyczne w stosunku do masowej edukacji poglądy Marcela ujawniał już w poprzednich książkach: „Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku”, „Jak nie zwariować ze swoim dzieckiem…”, w napisanych wspólnie z Anitą Janeczek-Romanowską „Jak zapewnić swojemu dziecku najlepszy start…” i Zytą Czechowską „Jak nie zgubić dziecka w sieci?”. W „Selekcjach” idzie jednak jeszcze dalej i krok po kroku stara się udowodnić, że współczesny system edukacji w jego najbardziej masowej wersji jest co najwyżej źródłem cierpień uczniów, nauczycieli, rodziców i w efekcie całego społeczeństwa.

Nie jest to lektura łatwa do przyswojenia, bo w gruncie rzeczy – o czym Marcela też pisze – całe nasze życie jesteśmy programowani do uznania, że szkoła, nauczyciele, lekcje, dzwonki, oceny i inne atrybuty szkolnictwa są nieodzownym elementem wychowania i dojrzewania. Nie ze wszystkimi argumentami autora (który mocno podkreśla, że szkoły od dekad prowadzą do społecznej selekcji, zamiast wspierać) jest się łatwo zgodzić. Przecież w gruncie rzeczy nawet ten wadliwy system na przestrzeni ostatnich dwóch wieków był jedną z głównych podstaw globalnego rozwoju społecznego, stworzenia zrębów współczesnych praw człowieka i poprawy warunków życia dla mas.

Dlatego z wieloma tezami Marceli czytelnik może się kłócić, dziwić i sprzeciwiać. Ale równolegle punkt po punkcie dostaje szczegółową analizę zmuszającą do refleksji nad tym, czy model szkolnictwa po prostu nie wyczerpał już swojej formuły. Szczególnie że przyspieszenie rozwoju technologicznego wyraźnie zmienia nam wiele dziedzin życia, w tym choćby to, jak pracujemy.

Proces, przez który prowadzi Marcela, nie jest dla czytelnika prosty, może być wręcz bolesny. Jednak w wielu miejscach jest też niezwykle otrzeźwiający. Przypomina, jak już od dekad uczniowie zderzali się z systemem, który męczy i dręczy. Z lekcjami od świtu, z kłótniami z nauczycielami o sens nauki na pamięć wzorów chemicznych czy setek historycznych dat, z wciąż obowiązującą zasadą ZZZ, czyli „zakuć, zaliczyć, zapomnieć”. Kiedy autor zderza te doświadczenia z analizami ekspertów – jak choćby Johna Holta tłumaczącego, że faktycznym celem szkolnych testów jest nie tyle sprawdzić, co wie uczeń i pomóc mu się dokształcić, tylko wskazać niewiedzę i porównać ją z innymi uczniami – to faktycznie budzi się rewolucyjna myśl o tym, że system ten wymaga wywrócenia do góry nogami.

Książka Marceli jest wiadrem zimnej wody. Ba, wręcz kąpielą w przeręblu, na którą oświata (szczególnie polska) mocno sobie zasłużyła. Nie wiem, czy czytał ją już minister Przemysław Czarnek, ale wiem, że stanowczo powinien. Zresztą – choć sam Marcela gani także fetyszyzowanie czytania książek jako dowodu na dobre wykształcenie – aż prosi się, by „Selekcje” stały się lekturą obowiązkową dla wszystkich ministrów edukacji.

Mikołaj Marcela, „Selekcje. Jak szkoła niszczy ludzi, społeczeństwa i świat”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2021.
Książka jest dostępna w wydaniu papierowym.

– Gdy sami chodziliśmy do szkoły, oburzaliśmy się, że to nie ma sensu. Mając już własne dzieci, nagle zapominamy, jakim bezsensem była taka nauka – przypomina Mikołaj Marcela i wzywa do zburzenia obecnego, masowego systemu szkolnictwa. I zbudowania na jego gruntach nowej szkoły.

Sylwia Czubkowska: Jest taki fragment w pana książce, który mną szczególnie wstrząsnął. To odwołanie do badań Malcolma Harrisa, z których wynika, że obecnie dzieci spędzają w szkole 20 proc. więcej czasu niż ich rodzice, a na naukę poświęcają trzy razy więcej czasu. I to mimo całej tej technologicznej rewolucji i wszechobecnych ułatwień. Z czego to wynika?

Mikołaj Marcela: Złożyło się na to wiele czynników. Ale kluczowe jest to, że szkoła zignorowała postęp technologiczny i w ogóle nie odwołuje się do niego w swoim działaniu. Gdy mówimy o wszelkich programach czy aplikacjach ułatwiających naukę, to przecież one nie są na ogół wykorzystywane w szkole, są ewentualnie dostępne do użytku prywatnego dla tych, którzy mają świadomość ich istnienia. Moja poprzednia książka, napisana z Zytą Czechowską, „Jak nie zgubić dziecka w sieci”, była poświęcona właśnie edukacji cyfrowej, ponieważ i rodzice, i nauczyciele czy ogólnie ludzie związani z edukacją zazwyczaj nie mają świadomości, jaki potencjał tkwi w kulturze cyfrowej. Bardzo często postrzegają ją wyłącznie jako zagrożenie, nie jako narzędzie, którego możemy użyć – dobrze lub źle.

Bo nikt tego starszych pokoleń nie nauczył. Zresztą nie mógł, bo to zupełnie nowe kompetencje. 

Nauczyciele wciąż bardzo często nie są edukowani w tym zakresie na studiach. Wciąż podejrzliwie patrzymy nawet na osoby, które na wykładach do notowania używają laptopów. Mamy wspaniałe możliwości, dostęp do ogromnych zasobów wiedzy, ale w ogóle z tego nie korzystamy.

W dodatku szkoła swoim podejściem do młodych ludzi i wyznaczanych im zadań wymusza taką naukę, która bardzo często nie do końca może być przyspieszona. Jest trochę jak biurokratyczny obowiązek – musimy coś napisać, rozwiązać zadania, nawet jeśli nie mają one sensu z perspektywy rzeczywistego uczenia się. To jak „odbębnienie” pewnej roboty, którą naszym zdaniem uczeń musi wykonać, aby pokazać, że się uczy.

Zwróćmy uwagę, że gdy myślimy nad tym, jak zmieniać szkołę, cały czas zastanawiamy się nad tym, jakie przedmioty dodać – edukację seksualną, klimatyczną, finansową itd. Cały czas zastanawiamy się nad tym, co musi być obowiązkowo nauczane w szkole, aby człowiek odnalazł się w dorosłym życiu. Potem przez ten rozrost i pojawiające się wciąż nowe biurokratyczne obowiązki dzieci muszą coraz dłużej siedzieć w szkole. Tym bardziej, że mamy coraz większy problem z nauczycielami i pojawiają się braki kadrowe.

Dodatkowo są jeszcze oczekiwania rodziców, w których od lat 90. coraz bardziej narastało przekonanie, że dziecko musi być takim przedsiębiorcą i dobrym pracownikiem od pierwszych lat edukacji. Dziecko musi cały czas pracować, cały czas się uczyć, aby w przyszłości odnieść sukces zawodowy i być szczęśliwym człowiekiem. W szkole ma się uczyć, a w domu odrabiać zadania domowe, żeby nie traciło czasu na głupoty i swojej pozycji w tym wyścigu, w którym wszyscy biorą udział. Efekt: dzieciaki dzisiaj pracują znacznie dłużej niż pozwala na to kodeks pracy. Gdyby Państwowa Inspekcja Pracy weszła do szkół i wzięła pod uwagę pracę w szkole i w domu, to teoretycznie większość szkół powinna płacić kary za zbyt długą pracę dzieci.

To nie jest tak, że taka refleksja narodziła się dziś. To nie tak, że nagle obudziliśmy się w 2021 r. i zauważyliśmy problem. Pan sam w swojej książce odwołuje się do „Odszkolnić społeczeństwo” Ivana Illicha sprzed prawie pół wieku. Już tam pojawiały się argumenty za przejściem z tej postprzemysłowej biurokracji do postprzemysłowej towarzyskości. Czyli za innymi modelami zarządzania czasem. A tymczasem dziś, gdy powszechniej mówimy o skróceniu tygodnia pracy, to w stosunku do w edukacji takich pomysłów nie ma. 

Przez ostatnie 40 lat byliśmy przekonani, że musimy coraz więcej pracować, bo im więcej pracujemy, tym więcej wytwarzamy. A im więcej wytwarzamy, tym szczęśliwszymi ludźmi jesteśmy i tym lepsze mamy życie. Te ostatnie kilkadziesiąt lat pokazało, że to wcale tak nie działa. Poziom dobrobytu na świecie to jedno, ale poziom subiektywnego zadowolenia z życia i dobrego samopoczucia wcale nie idzie z tym w parze. Jeśli popatrzymy na badania, w Stanach Zjednoczonych poziom szczęścia nie zmienił się od 70 lat, a poziom dobrobytu wzrósł w tym czasie trzykrotnie.

Dopiero ostatnio zaczynamy rozmawiać o tym, że powinniśmy krócej pracować i zaczynamy widzieć, że dzieci są przepracowane. W Finlandii zasadą jest, że zadania domowe powinno się rozwiązać w 15 minut. U nas ostatni raport przygotowany przez fundację Hop Bęc Zmiana na podstawie badań inicjatywy licealistów Młodzi o Młodych pokazał, że wśród licealistów i uczniów techników prawie połowa osób przeznacza na zadania domowe 2-3 godziny lub 4-5 godzin dziennie. Jeśli dodamy do tego te załóżmy 7 godzin w szkole, to mamy…

Półtora etatu.

Dokładnie. A pamiętajmy, że do tego dochodzi praca w weekendy, bo wielu rodziców zakłada, że dziecko powinno się cały czas uczyć. 

Mamy świadomość tego, że to nie działa od bardzo dawna. Gdy popatrzymy na historię nurtów pedagogicznych, na to, co zauważyła Maria Montessori na początku XX wieku i o czym mówił Alexander Neill, kiedy równo sto lat temu tworzył swoją szkołę w Summerhill. Wychodzi na to, że krytykujemy ten system od samego początku.

Model pruski dobrze współgrał z neoliberalnym kapitalizmem i przywiązaniem do harówki, nieustannego konsumowania rozmaitych treści, które z kolei ma nas doprowadzić do tego, żebyśmy mieli lepszą pozycję społeczną i bardziej dostatnie życie.

Dziś psychoterapeuci, jak Wojciech Eichelberger, zwracają uwagę, że szkoła i ten anachroniczny model kształcenia wywiedziony z XIX wieku zupełnie nie współgra z XXI wiekiem i przyczynia się do pogorszenia samopoczucia u młodych ludzi znacznie bardziej niż pandemia i zdalne nauczanie, na które chcieliśmy zrzucić winę w ostatnim czasie. Jeśli to się za chwilę nie zmieni, będziemy mieli większe problemy niż już mamy, a mamy bardzo duże problemy, jeśli chodzi o depresję i samobójstwa wśród dzieci i nastolatków. 

W pewnym momencie była taka nadzieja, że nauka zdalna i pokazanie rodzicom, jak wygląda szkolnictwo, będzie terapią szokową, która doprowadzi do większych zmian. Póki co jednak nic takiego się nie dzieje.

Jako optymista zawsze zwracam uwagę na znaki, które się pojawiają. Zobaczmy, co się dzieje w mediach, jeśli chodzi o temat szkoły. Krytyka obecnego szkolnictwa, rozważania o zlikwidowaniu obecnego modelu już nie są postrzegane jako głosy szaleńców. To nie jest tak, że takie artykuły pojawiają się co jakiś czas. Nawarstwiają się i ciągle powracają w debacie publicznej. Nie mam złudzeń, że to jest też kwestia roku, dwóch i wszystko zmienimy, ale czuć jakieś ciśnienie na zmianę.

Fot. Smolaw / Shutterstock.com

Dlaczego to jednak nie idzie szybciej? Większość rodziców nie ma wsparcia w możliwości pomyślenia o jakiejś innej edukacji. Gdyby było wsparcie ze strony państwa dotyczące edukacji domowej czy np. możliwość odpisania czesnego od podatku i posłania dziecka do placówki niepublicznej, to zmiany ruszyłyby błyskawicznie. Rodzice są gotowi na zmianę, tylko nie bardzo mogą jej dokonać. Ale jeśli tylko pojawi się jakaś możliwość, to sporo wybierze ucieczkę z systemu, bo ten jest już dla nich tak niewydolny, że nie widzą w nim jakiejkolwiek przyszłości dla swoich dzieci.

Pandemia i pierwszy lockdown trochę zweryfikowały szkoły, które próbowały zakazywać np. smartfonów. Nagle się okazało, że w zdalnym nauczaniu są one wręcz niezbędne. Czy po 1,5 roku, kilku lockdownach i powrocie do nauki stacjonarnej będzie większe zrozumienie, że mimo wielu negatywnych kwestii nie da się myśleć o edukacji bez tych narzędzi i bez zauważenia zmiany, jaka następuje w ludziach pod wpływem technologii?

Mamy już dużą grupę nauczycieli, która wyniosła z edukacji zdalnej sporo nowych kompetencji, umiejętności oraz zupełnie inne spojrzenie na edukację. Nauka zdalna unaoczniła też, że bez dobrych relacji wewnątrz grupy nie ma możliwości rozwoju i autentycznego uczenia się. Nauczyciele, którzy byli w stanie tworzyć autentyczne, głębokie relacje z uczniami, budować grupę, która chce się ze sobą spotykać i uczyć, nie mieli problemu z przejściem na edukację zdalną.

Żałuję, że nie rozmawiamy tak często o tych korzyściach. I szkoda, że wciąż mamy nauczycieli myślących o szkole stacjonarnej w kategorii szkoły „normalnej”, w której cały czas eliminujemy nowe technologie „dla dobra” młodych ludzi. Z końcem teleszkoły wracają dyskusje o tym, czy powinny być zakazane smartfony, bo strasznie dużo używaliśmy ich w ostatnich miesiącach. Więc teraz dla równowagi zakażmy ich, by dzieci mogły przyzwyczaić się do świata bez telefonów. Z jednej strony jest to absurdalne, życzeniowe myślenie. Z drugiej pokazuje, że nauczyciele i generalnie szkoła mają problem z uczeniem się na błędach.

Z drugiej strony niestety ciągle powtarzaliśmy, razem z mediami głównego nurtu, że musimy wrócić do „normalności”, czyli do szkoły stacjonarnej. W dużej mierze rozumiem, że dla wielu uczniów ten okres zdalnej nauki był trudnym doświadczeniem. Jednak myślę, że dla części był to czas zbawienny. Zaczynając od tego, o czym piszę w książce, że mogli się wyspać, bo nie musieli wstawać dwie godziny przed zajęciami. To było też ciekawe doświadczenie dla osób, które czuły się swobodniej, pisząc na czatach; mogąc się wypowiadać, jednocześnie nie widząc innych. 

fot. Olesya Kuznetsova / Shutterstock.com

Oczywiście jestem w stanie wyobrazić sobie szkołę bez mediów cyfrowych i wcale nie jestem takim człowiekiem, dla którego aplikacje i komunikatory są zbawieniem dla edukacji. Myślę, że dobra rozmowa i jedna książka może być superprzestrzenią do rozwoju. O ile osoba, z którą rozmawiam, chce tę książkę przeczytać, jest to dla niej coś ważnego i chce ze mną o niej porozmawiać. 

Natomiast kultura cyfrowa, cyfrowe narzędzia, aplikacje, mogą uprościć naukę i sprawić, że uczeń będzie bardziej efektywny w swoich działaniach, ale także uatrakcyjnić naukę. Żyjemy w świecie, który jest szybki, multimedialny, polisensoryczny. Trzeba pamiętać, że młodzi ludzie są przyzwyczajeni do bardzo konkretnego rodzaju treści. Jeśli w szkole nie spotykają się z nim,i a zamiast tego szkoła stosuje rozwiązania rodem z XIX wieku i narzeka, że młodzi ludzie są „straconym pokoleniem”, które nie potrafi się już uczyć i myśleć, to taka postawa będzie prowadziła do coraz głębszego kryzysu edukacji. I koniec końców do zlikwidowania obecnego modelu, co mnie akurat cieszy. 

Teoretycznie biorąc pod uwagę rozwój technologii – liczenia maszynowego, analizy big data, robotyzacji pewnych działań – moglibyśmy liczyć na to, że szkolnictwo stanie się coraz bardziej zindywidualizowane. Mając bazę informacji na temat poszczególnych uczniów, można by dzielić klasy na podstawie choćby lepszego dla konkretnych osób trybu pracy, na grupy uczniów „skowronków” i „sów”. Mimo tych możliwości nic takiego się nie dzieje.

Pamiętajmy, że skuteczność edukacji to oczywiście nie tylko kwestia snu, ale też motywacji. Naczelnym problemem szkoły jest to, że jej obecny model został stworzony na początku XIX wieku, gdy naprawdę niewiele wiedzieliśmy na temat świata i człowieka. Dziś moglibyśmy wykorzystać te nowe narzędzia, ale myślę, że problemem jest rozjechanie się technologii idei i technologii rzeczy. 

Problem ze szkolnictwem jest taki, że do XX wieku technologia idei wyprzedzała technologię rzeczy. Więcej rzeczy mogliśmy wymyślić niż zrobić, bo nie mieliśmy bardzo często takich możliwości. Dzisiaj technologia rzeczy i rozwój technologii wszelakich prześciga technologię idei. W dużej mierze odpuściliśmy myślenie o nowych ideach i nowych rozwiązaniach na rzecz myślenia o nieustannym tworzeniu innowacji technologicznych, które miały rozwiązywać bieżące problemy, ale nie projektować jakichś większych rozwiązań dla ludzkości po to, żebyśmy mogli lepiej żyć. 

Wydawało się, że dobre życie to życie dostatnie, w którym rozwiązujemy sobie bieżące problemy i to wszystko. Ludzie są jednak istotami, które potrzebują większego sensu; potrzebują rozumieć, po co coś robią. Odnosi się to też edukacji, w której młodzi ludzie nie wiedzą, po co robią te wszystkie rzeczy w szkole, po co się uczą tego wszystkiego, po co czytają lektury z XIX wieku i uczą się budowy komórki na biologii. 

Myślę, że to jest większy problem niż wstawanie o godz. 8 rano. To byłoby łatwiejsze do zrobienia, jeśli chodziłoby się do szkoły, która porusza ważne tematy. Takie jak kształtowanie świata przez big data albo w jaki sposób dzisiaj możemy podchodzić do mediów społecznościowych. Gdyby jednocześnie wprowadzić rozmaite nowe instrumenty, koncepcje i wiedzę, młodzi ludzie zupełnie inaczej patrzyliby na szkołę i zupełnie inaczej funkcjonowaliby nauczyciele. Wielu z nich na pewno towarzyszy poczucie bezsensu, ponieważ muszą tylko realizować podstawę programową, zamiast dzielić się z uczniami swoimi pasjami i tym, co napędza ich życie. 

Chciałbym, żebyśmy wykorzystywali technologie do lepszego zarządzania oświatą. Dzisiaj przecież lekcje nie muszą odbywać się w starej formie. Mogą być np. podcastami do odsłuchania w wolnej chwili, a zajęcia mogą być dyskusją nad konkretnymi problemami, kwestiami, które zainteresowały młodych ludzi. Nic nie stoi na przeszkodzie.

Ależ wiemy, co stoi na przeszkodzie: „mental”.

On bierze się z tego, że cały czas przekonujemy kolejne pokolenia, że potrzebują nauczyciela, że muszą być szkole, w trakcie zajęć, siedzieć i słuchać, wykonywać jakieś ćwiczenia, czytać podręczniki... Chociaż gdy sami przychodziliśmy do szkoły jako młodzi ludzie, oburzaliśmy się, że to nie ma sensu. Mając już własne dzieci, nagle zapominamy, jakim bezsensem była taka nauka. Dopada nas „absolutna amnezja” – jak w tytule książki Izabeli Filipiak, którą cytuję i która była dla mnie bardzo ważna. Zupełnie nie pamiętamy, że to, co robiliśmy w szkole, bardziej służyło dyscyplinowaniu, a oduczenie się podążania za ciekawością było wręcz przemocowo wymuszane – mamy się uczyć tej konkretnej rzeczy, w tym konkretnym momencie i zdać ten egzamin.

Jak powtarza często dr Marzena Żylińska zajmująca się neuropedagogiką, „muszę” jest wrogiem „chcę”. Szkoła, która przymusza nas do różnego rodzaju działań wbrew naszym potrzebom i dodatkowo piętnuje nasze porażki niezależnie od tych naszych potrzeb, bardzo często zabija w nas „chcenie”. 

Mamy na szczęście takie osoby, które prędzej czy później przypominają sobie, jak to było być uczniem i podejmują działania – tworzą alternatywne szkoły, kooperatywy rodzicielskie, starają się przechodzić na edukację domową. Gdy ktoś przechodzi na edukację domową, to pierwsze wrażenie rodziców jest takie, że gdy dziecko się już „odszkolni”, nagle okazuje się, że wszystko to, co ma do zrobienia, robi znacznie szybciej niż w szkole i ma dużo więcej czasu dla siebie, a jednocześnie poprawia mu się humor.

Co musi się stać, aby to krytyczne podejście do szkolnictwa przeszło na masową skalę? Te zmiany, o których pan mówi, wciąż dotyczą wąskiej grupy uczniów, ich rodziców i nauczycieli.

Przede wszystkim cały czas musimy pracować nad świadomością zbiorową, bo większość ludzi chciałaby rewolucji bez rewolucji. Chcieliby, żeby szkoła się zmieniła, żeby wyglądała zupełnie inaczej, ale jednocześnie się nie zmieniła. Żebyśmy mieli szkołę, w której nie ma tak dużo sprawdzianów, ocen i zadań domowych, ale wciąż z tyłu głowy mają myślenie „ale jak to szkoła bez ocen, bez zadań domowych?”.

Moja książka komunikuje jedną rzecz – nie będzie zmiany szkoły bez porzucenia jej modelu. Wielu osobom nie mieści się to w głowie. Twierdzą, że to za radykalne podejście. Tyle że większość problemów, z którymi się mierzymy, jest fundamentem szkoły. I te problemy będą się nawarstwiały tak długo, jak długo będzie funkcjonował model szkoły przymusowej, realizującej jakąś podstawę programową, w której mamy egzaminy centralne decydujące o przyszłości absolwentów.

Jeśli chcemy, aby zmiany nastąpiły na masową skalę, to najpierw musimy przygotować do tego ludzi. Przekonać, że oceny nie mają absolutnie żadnego znaczenia, że możliwa jest edukacja bez przymusu chodzenia do szkoły. Pozostawić wolny wybór uczniom, na jakie zajęcia chcą chodzić. 

Czytałem niedawno świetny wpis Dariusza Napory, który prowadzi demokratyczną szkołę językową The Lemon Tree. Darek napisał, że kiedy jego uczniowie nie muszą chodzić na jakiekolwiek zajęcia, to zaczynają chodzić też na te, na które nie powinni i nagle chodzą na więcej zajęć, bo wybierają to, co ich interesuje. Co oczywiście też może rodzić problemy: zbyt wielu uczniów na danej lekcji…

Będziemy mieć problem tak długo, jak długo nie będziemy rozumieć, że te negatywne zjawiska wynikają z filozofii człowieka, który stoi za obecnym szkolnictwem. Czy postrzegamy człowieka jako leniwą istotę, która jeśli nie będzie dyscyplinowania od najmłodszych lat, to przez całe życie nic nie zrobi? Czy patrzymy na człowieka jako na istotę, która z natury chce od urodzenia się rozwijać i poznawać świat?

Zrobiło nam się dość pesymistycznie, ale chciałabym skupić się także na pozytywach, bo jak sam pan mówił, widzimy tę zmianę. Póki co oddolna, trochę elitarystyczna, ale może to całe pandemiczne tąpnięcie będzie pretekstem do jej umasowienia?

Widzę bardzo dużo pozytywów. Mamy wzrost dzieciaków na edukacji domowej. Widzimy rozwój takich projektów jak Szkoła w Chmurze, a tam także dzieją się rzeczy niesamowite pod kątem prototypowania i testowania nowoczesnych rozwiązań edukacyjnych. Mamy świetne szkoły niepubliczne, demokratyczne, mikroszkoły, które rozwijają się w naszym kraju. I w końcu mamy coraz większą świadomość rodziców i dyrektorów szkół w szkołach publicznych, które mimo funkcjonowania w masowym systemie, potrafią komunikować się z rodzicami i przede wszystkim przy projektowaniu zmian poważnie traktować uczniów, widzieć ich jako podmiot. 

fot. David Tadesovian / Shutterstock.com

Żeby jednak pojawiła się synteza, potrzebujemy antytezy dla tezy. Więc bardzo mocno trzeba podważać obecny model edukacji. W trzech rozdziałach mojej książki piszę o tym, jak szkoła niszczy ludzi, społeczeństwo i świat, ale pod koniec skupiam się na tym, że mamy gotowe rozwiązania, które można zastosować oraz wiemy, w którą stronę pójść i co zrobić. To się sprawdza w wielu miejscach na świecie i myślę, że to jest tendencja, którą trudno będzie odwrócić, a pandemia jeszcze ją przyspieszyła.

Zaczął nam się też zmieniać pod wpływem pandemii świat. Być może jeszcze nie zauważamy pełnego kształtu tych zmian, ale widzimy, jak coraz mniejsza liczba pracowników chce wyłącznie pracy stacjonarnej. Dyskutujemy o krótszym tygodniu pracy, bezwarunkowym dochodzie podstawowym. 

Obecny system edukacji pojawił się w odpowiedzi na rewolucję przemysłową, która stworzyła pracę poza domem i szkołę pełniącą funkcję „przechowalni” dzieci, dodatkowo kształcącą je do przyszłej pracy. W momencie, gdy zaczynamy żyć w świecie, który jest coraz bardziej nomadyczny i coraz bardziej pozwala na zdalne życie i pracę, szkoła będzie musiała pełnić już zupełnie inną funkcję. Dla części osób mogłaby funkcjonować np. w formie zdalnej, pomagającej w edukacji domowej. To też wpłynie na nasze społeczeństwo i sprawi, że nadwątlone w ostatnich czasach przez nadmiar pracy relacje rodzinne będą wyglądały zupełnie inaczej. Już mamy silny nurt rodzicielstwa bliskości. Być może za kilka lat okaże się, że byliśmy już w momencie zmiany systemu, tylko jeszcze nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. 

Skoro jesteśmy teraz w trakcie rewolucji cyfrowej, to konieczna jest odpowiedź szkolnictwa na to; przemyślenia, kogo i po co kształcimy. Czy wyjście ze szkoły to koniec czy początek edukacji? Czy może później powinniśmy zacząć dzielić tę edukację na różne etapy?

Nie będzie to zmiana wyłącznie na poziomie szkolnictwa, ale także pracy. Chciałbym, żebyśmy mieli przestrzeń do testowania rozmaitych modeli i rozmaitych rozwiązań. Byłoby wspaniale, gdybyśmy myśleli o edukacji właśnie w kontekście takiego prototypowania. 

Nauczyciel jest już przestarzały jako pewna rola. Nawet z samej nazwy – nauczyciel jest tym, który naucza, przekazuje wiedzę, jest takim pasem transmisyjnym, a nie osobą, która wspomaga proces uczenia się. Nie potrzebujemy też już uczniów, którzy muszą zapamiętać całą wiedzę jak w XIX wieku czy na początku XX wieku, bo nie mieli wtedy dostępu do jej zasobów. Wszystko, czego mogli dowiedzieć się o świecie, mogli dowiedzieć się tylko w szkole. Wtedy szkoła miała sens. Dziś – jeśli masz zdolność wyszukiwania i selekcji informacji oraz odsiewania fake newsów – wchodzisz do internetu i bardzo szybko potrafisz znaleźć odpowiednie informacje.

Po co nam ludzie, którzy na pamięć znają definicję mitochondrium lub potrafią streścić fabułę „Zbrodni i kary”? Potrzebujemy takich, którzy rozwijają się w określonym kierunku, a przy okazji nabywają to wszystko w naturalny sposób – czytając, oglądając, słuchając i będą potrafili to robić w trybie ciągłym, cały czas się rozwijać i rozumieć świat jako pewną całość.

To też moim zdaniem duży problem w dzisiejszej szkole. Zmusza nas do myślenia o świecie jak o pokrojonym na kawałki torcie, w którym jest biologia, chemia, fizyka itd. Jeśli nie podchodzimy do świata w holistyczny sposób, nie widzimy, że jest skomplikowany i powiązany na wielu poziomach, a przez to szkodzimy sobie, innym i całej planecie. Dlatego potrzebujemy szkoły, w której uczysz się poprzez działanie, tworzenie projektów, start-upów, niekoniecznie komercyjnych, ale społecznych, rozwiązujących realne problemy. W ten sposób zdobywa się wiedzę, określone kompetencje, staje się ekspertem i wchodzi na rynek pracy nie jako człowiek z dziesięcioma certyfikatami, ale jako ktoś, kto spędził swoje życie, podążając za swoją pasją.

Zdjęcie tytułowe: Prostock-studio / Shutterstock.com