REKLAMA

Mapy Google się popsuły. Przesiadłem się na Mapy Apple'a, bo miałem dość

Mapy Google uparcie prowadzi autostradami, a Mapy Apple urzekają detalami. Przesiadłem się na aplikację z Cupertino w systemie CarPlay, ale w jednym aspekcie wciąż przegrywa.

Mapy Google się popsuły. Przesiadłem się na Mapy Apple'a, bo miałem dość
REKLAMA

Któregoś dnia uświadomiłem sobie, że to nie ja kieruję na trasie z Tarnowa do Warszawy - robi to za mnie Google.

Aplikacja dominująca na ekranie mojego samochodu uważa, że wie lepiej, którędy należy prowadzić auto i ile kilometrów trzeba nadrobić, by dostąpić zaszczytu jazdy autostradą. Oczekiwałem wyboru: trasy krótszej, wolniejszej lub bardziej malowniczej.

REKLAMA
Tak Mapy Google pokazują trasę do Warszawy

Tymczasem algorytm upiera się, że najlepsza droga na tym odcinku wiedzie przez Kraków albo Rzeszów (prawie 380 kilometrów), zamiast logicznej krajówki połączonej z ekspresówką, która jest krótsza o blisko 55 kilometrów i szybsza o kilkanaście minut. Plus auto spali mniej paliwa przy 80 km/h niż przy 120 km/h, nawet jeśli oprogramowanie nie potrafi się z tym pogodzić.

A tak konkurent Google'a

To nie jest bunt przeciwko drogom szybkiego ruchu. Nie klikam religijnie opcji unikania autostrad. Nawet nie mam włączonej opcji "jeżdżę autem hybrydowym". Więc chciałbym, by w Mountain View przestano zakładać, że autostrada stanowi idealną odpowiedź na wszystkie logistyczne pytania. Nie każdy kierowca to arkusz kalkulacyjny, w którym liczy się wyłącznie średnia prędkość przejazdu. Podróż spokojną drogą krajową, z niższym spalaniem i mniejszym hałasem, bywa znacznie przyjemniejsza.

Bardziej ludzkie spojrzenie na nawigację w CarPlay

W pewnym momencie powiedziałem „dość” i na ekranie systemu CarPlay otworzyłem program, który jeszcze niedawno służył mi głównie do niczego w Polsce ani w Europie.

Od czasu potężnej aktualizacji z 2023 r., która przyniosła nad Wisłę nowe, natywne dane od Apple, ten system przeszedł jednak rewolucję. Mapy Apple okazały się inne nie dlatego, że prowadzą obiektywnie lepiej - z tym bywa różnie - lecz dlatego, że są bardziej... ludzkie, pomocne i szczegółowe.

Nagle podczas jazdy na wyświetlaczu w desce rozdzielczej zaczynają pojawiać się małe, ale genialne szczegóły. W środowisku CarPlay od Apple widać jak na dłoni lokalizację znaków STOP oraz sygnalizacji świetlnej.

Nawet nie wiecie, jak bardzo jest to pomocne: wiem dokładnie, czego się spodziewać kilkadziesiąt metrów przede mną. Sprawdzałem to na własnej skórze w Warszawie, Rzeszowie, Krakowie czy Katowicach, w rejonach, w których mnie jeszcze wcześniej nie było.

Wczesna i wyraźna informacja o znakach stopu czy światłach zawsze pozwala mi się dużo łatwiej przygotować na drodze. I przyznaję, dawało mi to spory komfort psychiczny, jakkolwiek specyficznie by to nie brzmiało.

Jedna funkcja, która zmienia wszystko

Aby nie brzmieć wyłącznie jak entuzjasta rozwiązań z Cupertino, muszę oddać konkurencji to, co do niej należy. Istnieje jedna funkcja, która wciąż trzyma mnie przy dawnym oprogramowaniu. Mowa o niepozornej liczbie w rogu ekranu, pokazującej aktualną prędkość z GPS-u tuż obok maksymalnej wartości dozwolonej na danym odcinku.

Mapy Google od dobrych kilku lat posiadają wbudowany, wirtualny prędkościomierz, który doskonale współpracuje z GPS-em. Gdy kierowca przekracza limit, wskaźnik potrafi zmienić kolor i wyraźnie ostrzec o zbyt szybkiej jeździe.

To rewelacyjne rozwiązanie na autostradzie czy drodze ekspresowej. Pozwala ustawić tempomat idealnie pod obowiązujące ograniczenie, a resztę dystansu swobodnie pokonywać bez nieustannego zerkania na tradycyjne zegary za kierownicą.

Apple w interfejsie CarPlay zauważalnie w tym miejscu przegrywa. Oprogramowanie potrafi dziś wyświetlać same ograniczenia prędkości - małe białe znaczki z czerwonym obramowaniem w prawym górnym rogu, które można aktywować w ustawieniach.

To jednak wciąż nie to samo, co bezpośredni, zaktualizowany w czasie rzeczywistym odczyt, podany na tacy wraz z dyskretnym ostrzeżeniem przed ewentualnym mandatem.

Toksyczny związek z algorytmami

Znalazłem się w technologicznym rozkroku. Algorytmy Google'a bywają uciążliwe, ponieważ próbują wiedzieć lepiej i rzadko pokazują sensowne opcje alternatywne dla autostrad, ignorując zalety krótszych dróg krajowych.

REKLAMA

Mapy Apple dają mi natomiast cudownie ludzką perspektywę - światła, stopy i poczucie, że ktoś przeanalizował zachowanie ruchu, a nie tylko przeliczył dystans. Kiedy jednak wjeżdżam na drogę ekspresową i chcę podróżować idealnie zgodnie z przepisami, wygrywa propozycja z Mountain View.

Walczę więc na małej wojence w głowie: po mieście i na spokojniejszych trasach częściej uruchamiam aplikację Apple w CarPlayu, by widzieć światła i czuć wsparcie cyfrowego partnera na głównym ekranie auta, a nie nadzorcy. Kiedy jednak liczy się spokój na autostradzie i perfekcyjnie trafiony limit prędkości, najpierw włączam propozycję Apple'a, a potem grzecznie wracam do starego oprogramowania w połowie trasy. Obie strony tego skomplikowanego związku doskonale wiedzą, że na ten moment inaczej się nie da.

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-05-04T06:15:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-04T06:00:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-03T09:30:00+02:00
Aktualizacja: 2026-05-03T08:30:00+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA