Tech  / Felieton

Piotr Lipiński: CYTRYNOWY SMARTFON, czyli kosmiczna choinka

Dziś nie do końca można pojąć, czym kiedyś była cytryna. A była ona w ubiegłym stuleciu czymś w rodzaju smartfona działającego tydzień bez ładowania. Albo telewizora wielkości ściany w cenie paczki zapałek. Albo komputera, który nigdy się nie starzeje.

W święta Bożego Narodzenia cytryna w PRL-u była pożądana jak papier toaletowy na co dzień. Ale cytryna była symbolem dostatku, przepychu i wielkiego, odległego świata. O którym Polacy mogli wyrobić sobie pogląd z telewizyjnych opowieści o podróżach Baltazara Gąbki do Krainy Deszczowców.

Władze już na początku grudnia - przy pomocy gazet, radia i telewizji - informowały o płynących do Polski statkach, wypełnionych po brzegi cytrynami i pomarańczami. Cytrusy trafiały na czołówki dzienników jak dziś jadłospis posłanki Pawłowicz. Gdyby wówczas w Polsce działał Internet, to fora płonęłyby sporami, czy cytryny będą bardziej czy mniej nadgniłe, niźli rok wcześniej. Zmierzały owe egzotyczne owoce do nas z odległych krain, abyśmy poczuli się częścią świata, a nie tylko szarym kawałkiem Europy boleśnie wschodniej.

Kiedy już cytryny i pomarańcze dopływały, było ich oczywiście za mało. Bo wszystko było wówczas odwrotnie, niż dzisiaj. Dziś wszystkiego jest za dużo, wówczas było za mało. Ludzie więc stali w długich kolejkach, żeby kupić cytrusy. Z pewnością dłużej, niż potem je konsumowali. To było ciekawe ówczesne zjawisko – na przykład w pociągach sypialnych wciąż brakowało miejsc. Ludzie więc stali całą noc w kolejce po bilet, żeby potem pojechać pół nocy sypialnym.

Oczywiście cytryn również nie wystarczało dla wszystkich. Ale polska gospodarka socjalistyczna miała taką niezwykłą właściwość, że im bardziej czegoś brakowało, tym bardziej ludzie to mieli. To zapewne jakiś wyjątkowo szczególny przypadek teorii względności. Tak więc krajowy rynek chronicznie cierpiał na niedostatek cytrusów, ale te i tak pojawiały się na każdym świątecznym stole.

Tylko co właściwie cytryny i pomarańcze mają wspólnego z Bożym Narodzeniem? To tajemnica, której nigdy nie udało mi się rozwikłać.

cytryna

Można by kwestię nawet rozszerzyć – po co w ogóle potrzebne są komuś na przykład cytryny? Przecież cytryna nie jest do niczego potrzebna. A już najmniej do herbaty. Cywilizowani ludzie, tacy jak brytyjska królowa, nie używają cytryny do herbaty. Bo jakby smakował zmieszana z mlekiem? Ale Polacy wtedy niezbyt wiele dobrego słyszeli o królach i królowych. Wzorcami osobowymi byli pierwsi sekretarze partii, którzy pewnie lubili herbatę z cytryną.

Słyszeliście ostatnio „Jingle Bells”? Jak nie słyszeliście, to znaczy, że macie drona, która za was robi zakupy. Czyli lata do sklepu po te nieszczęsne cytryny i pomarańcze. Ale wyobraźcie sobie, że kiedyś w sklepach przed Bożym Narodzeniem wcale nie grały zagraniczne piosenki. A moja znakomicie wybiórcza pamięć twierdzi, że podczas świat Bożego Narodzenia nawet w radiu nie puszczano „White Christmas” oraz „Let it Snow". Radiem wówczas rządził zespół „Mazowsze” z polskimi kolędami.

Dziś nie sposób włączyć radia tydzień przed świętami, żeby z głośników nie sypnął śnieg. Choć ostatnie doświadczenia z pogodą wskazują, że słuchanie „Driving Home for Christmas” jadąc w strugach deszczu przypomina choinkę bez prezentów.

Cały czas obracamy się wokół tematu, który moglibyśmy nazwać komercjalizacją świąt. Czy to za pomocą pożądanej przez masy cytryny, czy to za pomocą fury smartfonów, tabletów i telewizorów, które pragną nam podarować przeróżne firmy, bylebyśmy tylko związali się z nimi abonamentowo na rok albo dwa. To nawet ciekawe, jak te gadżety stały się synonimem ludzkiego pożądania. Nikt przecież nie oferuje w zamian za abonament gratisu w postaci książki albo biletu do filharmonii. A nawet kilograma cytryn.

Jak więc widać, świat się zmienia czasami na lepsze, a czasami na trochę gorsze. To drugie głównie w trosce, abyśmy mieli na co narzekać.

śnieg-snow

Ja na przykład chciałbym ponarzekać na to, że mam coraz słabsze marzenia. W dzieciństwie święta kojarzyły mi się z kosmosem. I to nie za sprawą Gwiazdy Betlejemskiej. Kiedy miałem kilka lat, odbywałem podróże kosmiczne pomiędzy bombkami wiszącymi na choince. Każda była jakąś tajemniczą, niezbadaną planetą. Istnieje niezbyt naukowa teoria, że po to wymyślono grudniowe święta, żebyśmy mieli jakieś miłe wspomnienia z dzieciństwa.

Robiłem z kartki papieru moją rakietę i całymi dniami przemieszczałem się szukając nowych cywilizacji. Aż mnie babcia zawołała na obiad.

Potem wracałem do choinki i planowałem podróż w stronę jakiejś komety. Wtedy jeszcze nie było mody na walkę z przeróżnymi smokami i czarami. Miłośnicy fantastyki żyli więc między gwiazdami. Pewnie najczęściej bywałem wówczas pilotem Pirxem z opowieści Stanisława Lema. A dzisiaj to ja sobie mogę podróżować pilotem po kanałach telewizyjnych bezowocnie szukając jakiejś żywej inteligencji.

Ale jak już dorosłem, to święta niestety stały się problemem. Przez święta nie dawało się pracować. I wcale nie chodzi mi o to, że od dzieciństwa marzyłem, aby zostać korpoludkiem, który zaraz po Wigilii ochoczo biegnie na dyżur w call-center. (Wiemy już przecież, że chciałem być Pirxem, a piloci muszą przestrzegać ograniczonego czasu pracy). Uwielbiam obijać się, mógłbym za to dostać nawet jakiś ładny order od prezydenta, ale mam wielką awersję do sztucznie tworzących się wakacji w okresach okołoświątecznych.

choinka-śnieg-swięta

Kiedy z górą dwadzieścia lat temu zacząłem pracę jako dziennikarz, dość szybko odkryłem, że właściwie nie daje się nic zrobić między świętami a sylwestrem. Nagle wszyscy urzędnicy, którzy mogliby służyć dziennikarzowi jak zawsze błędnymi informacjami, udają się na urlopy. A cała reszta społeczeństwa uprzejmie prosi, żeby jej nie zawracać głowy i odezwać się po nowym roku.

Coś w tym jest dziwnego. Bo niby pracujemy w tym okresie okołoświątecznym, ale jakoś tak bez przekonania. Tu sobie weźmiemy jeden dzień wolnego, tam dwa i w sumie nam wychodzi kilka tygodni wolnego. To jakaś bardzo specyficzna matematyka. Czas jakoś w tych okresach wariuje jakbyśmy dolecieli do czarnej dziury.

W takich okresach wszystko odbywa się na „pół gwizdka”. Próbując załatwić jakąś sprawę trzeba się upewnić, czy urzędnik albo bibliotekarka nie przypomnieli sobie, że mają do odebrania wolne dni, które im się nagromadziły w zeszłym roku, ubiegłej dekadzie albo poprzednim wcieleniu.

Z roku na rok mam wrażenie, że te wolne dni mnożą się w jakiś cudowny sposób, jakby nas nimi obdarowywał święty Mikołaj. Szczęśliwie nauczyłem się radzić sobie w ten sposób, że gromadzę na ten okres pracę, którą mogę wykonać bez niczyjej pomocy. Do nikogo nie dzwonię, nawet nie wysyłam maili. Przecież wiem, że wypoczynek stał się mrocznym przedmiotem pożądania. Jak cytryna w PRL-u.

Ale miłośników ciągłego skracania czasu pracy chciałbym przy okazji ostrzec, że na końcu tej cudownej drogi jest nirwana zwana bezrobociem.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

*Część grafik pochodzi z Shutterstock.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst