Operatorzy  / Felieton

Do internetowych marud: u nas naprawdę jest tanio, ale ma to konsekwencje

„Łoooo panie, ale drogo!” – tak pod nowymi ofertami telekomunikacyjnymi komentują zagorzali fani liczenia wszystkiego co do grosika. Zaraz potem dodają: „to już koniec tego operatora, do końca roku pójdą z torbami, ja wynoszę się gdzie indziej!”. I tak w koło Macieju od wielu lat.

Zawsze podziwiałem te cięte, komentatorskie pióra na temat ofert, które można mieć w cenie niecałych 2 zestawów z McDonalda. Szczególnie że piszący nierzadko chwalili się zaawansowanymi i wcale nie tanimi smartfonami.

W przedostatnim felietonie pisałem o tym, czy będzie drożej czy taniej odnosząc, się do nowych ofert Heyah i Play. Teraz pora spojrzeć na sytuację na polskim rynku z szerszej perspektywy i rozwinąć trochę wątek cenowy.

Nasi sąsiedzi mają dużo drożej

Abonamenty z nielimitowanymi połączeniami głosowymi do wszystkich sieci mają już ponad 8 lat. Na starcie kosztowały niespełna 80 zł, a to bez pakietu transmisji danych. Dzisiaj znalezienie abonamentu za 30-40 zł z 20-gigabajtową paczką danych, nawet w prepaidzie, nie stanowi najmniejszego problemu. Doszła więc mobilna transmisja, ceny spadły o połowę, choć inflacja w tym czasie wyniosła około 10%. A jak to wygląda u naszych sąsiadów?

Wybierzmy się na chwilę za naszą południową granicę, do Czech. Za taryfę z nielimitowanymi połączeniami i kilkoma gigabjtami transferu u każdego z trzech operatorów trzeba zapłacić ponad 100 zł, paczki powyżej 20 GB to już koszt nawet 200 zł miesięcznie. Idąc z kolei na północny wschód: Litwa, Łotwa, Estonia – około 80-90 zł za abonament z kilkudziesięcioma gigabajtami transferu.

Siła nabywcza we wszystkich państwach na średnim, europejskim poziomie, analogicznym do polskiego. Kraje na podobnym etapie rozwoju, z podobnym bagażem historii. Od polskiego różni je jednak jedna rzecz: tam walczy ze sobą trzech dużych operatorów, a w Polsce czterech. Wysoki poziom konkurencji jest w dużym stopniu odpowiedzialny za to, że mamy tak tanie usługi mobilne.

Przychody w Polsce spadają

Ciekawe dane serwuje nam ostatni raport Urzędu Komunikacji Elektronicznej na temat stanu polskiego rynku telekomunikacyjnego w 2019 r. Operatorzy w tym czasie zanotowali spadek przychodów z usług mobilnych w ujęciu rocznym na poziomie aż ponad 20 proc. W tym czasie użytkownicy rozmawiali i wysyłali wiadomości z podobnym zaangażowaniem, ale o 16 proc. wzrósł wolumen przetransferowanych danych. Ciężko się to spina w ramach jednego roku, bo w otoczeniu makroekonomicznym nie wydarzyło się nic, co by to tłumaczyło.

Strona przychodowa nie wygląda więc zachęcająco, a swoje dorzuci pandemia i lockdown. Sieci są coraz bardziej obciążone, najczęściej w ramach już zakupionych przez klientów paczek danych. Z danych BIG InfoMonitor wynika, że wyraźnie wzrasta liczba dłużników usług telekomunikacyjnych, a niemała grupa osób będzie rozglądać się za tańszymi usługami. Presja na i tak malejące przychody jest więc duża. 

A inwestycje przed nami

Czerwcowe dane serwisu Speedtest.net pokazują, że średnia prędkość pomiarów w sieciach mobilnych wyniosła w Polsce 35,38 Mb/s. To o 1 Mb/s więcej niż średnia światowa, ale mniej aż o 12,44 Mb/s niż w Czechach, 12,89 Mb/s niż w Estonii i 17,28 Mb/s niż na Litwie. No, od Łotwy jesteśmy o ponad 1 Mb/s szybsi, ale to dość specyficzny kraj pod względem gęstości zaludnienia, a co za tym idzie filozofii budowy sieci. To pokazuje, że żeby dogonić naszych sąsiadów z Europy Środkowej, pojemność sieci należałoby zwiększyć, przede wszystkim poprzez ilość stacji, głównie w miastach.

Operatorzy mają też przed sobą perspektywę budowy sieci 5G. Od strony kosztowej nie jest więc różowo. Wydatki inwestycyjne są powiązane z przychodami i dużo nie zaokrąglając można powiedzieć, że oscylują wokół 10%. To znaczy, że im mniejsze przychody, tym mniejsze inwestycje. Strona przychodowa i kosztowa musi się spinać, zapewniając przy okazji godziwy zysk właścicielom.

Jak żyć?

Jako klienci jesteśmy przyzwyczajeni do niskich usług cen telekomunikacyjnych. I tego, że jednak nikt nie bankrutuje wraz z pojawianiem się nowych ofert. Nie ma masowych ruchów pomiędzy operatorami. Każdy ma mniej więcej podobną ofertę i lepszą bądź gorszą percepcję w świadomości konsumentów. Ma to jednak swoje konsekwencje, związane głównie z inwestycjami.

Sytuacja rysuje się jednak jako „not bad, not terrible”, bo albo będziemy mieli nie zawsze nadążającą za potrzebami klientów rozbudowę sieci, albo ceny usług wzrosną. Obstawiałbym, że jednak podskoczą, stymulowane prawdopodobnie poprzez większe zróżnicowanie ofert, a nie tylko przez wielkość paczki danych. Wprowadzone mogą być limity prędkości w niższych taryfach (5-10 Mb/s?), które można spotkać w ofertach telekomów z krajów, o których pisałem w dzisiejszym felietonie.

Wszyscy handlowcy jednak dobrze wiedzą, że jak raz zejdzie się z ceny, to potem szalenie trudno wrócić do wyższej, więc najprawdopodobniej będziemy świadkami najróżniejszych wygibasów ofertowych i „twórczego” podejścia działów marketingu.

Na koniec ogłoszenie duszpasterskie: wyjeżdżam na urlop, więc w przyszłym tygodniu felietonu nie będzie. Proszę nie regulować odbiorników!

Witold Tomaszewski. Założyciel i wieloletni redaktor naczelny TELEPOLIS.PL, później odpowiadający za wsparcie procesu inwestycyjnego budowy sieci Play na polu relacji publicznych. Teraz niezależny doradca działający na rynku telekomunikacyjnym, specjalizujący się w zakresie strategii komunikacji i procesie legislacyjnym. Specjalizacja: 5G.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj Spider's Web w Google News.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst