Sprzęt  / Artykuł

Mój ulubiony wakacyjny aparat fotograficzny. Nie, to nie ten w smartfonie

Plany wakacyjne już zrobione? A może to będzie spontaniczny wyjazd w nieznane? Nieważne dokąd się wybieracie, wyposażcie się w instaksa, bo to jedyny aparat, dzięki któremu zapełnicie album po wyjeździe.

Czy przesadzam? Ależ oczywiście. Już wam nawet tłumaczę dlaczego. Ostatnie zdjęcia z wakacji, które zostały zrobione oraz wywołane, i na których jestem, bo tak się składa, że mam na myśli moje wakacyjne wyjazdy, pochodzą z roku... bodaj 2000 lub 2001. Jeśli dobrze liczę, a tu nigdy nie ma pewności, bo zdarza mi się pomylić, minęło od tego czasu jakieś 16 lat. Oczywiście przez te ostatnich 16 lat robiłam mnóstwo fotografii, choć niekoniecznie dużo podczas samych wyjazdów. Pstrykam je smartfonem, czasem wrzucę coś na Instagrama, którego jednak nie traktuję jak publicznego albumu pamiątkowego a miejsce do pokazania moich zabaw z fotografią mobilną.

W ciągu kilku lat zmieniałam telefony. I podczas jednej takiej zmiany nieszczęśliwie skasowałam część zdjęć z pobytu w Stanach Zjednoczonych.

Dlaczego? Bo nie pomyślałam, oczywiście. I dlatego, że ich nie wywołałam. Bo po co? Przecież mam na telefonie/dysku/komputerze/tablecie. A potem wszystko szlag trafi i wraz z "przywróceniem urządzenia do ustawień fabrycznych" albo przepalonym kabelkiem z dymem idą też wspomnienia uwiecznione w formie zdjęć. Zdjęć, ba!, plików.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o instaksie, przypomniałam sobie o aparacie marki Polaroid, który znowu wrócił do łask, ale z mniejszą mocą niż instaksy właśnie. Zawsze wydawał mi się ciekawy koncept polegający na tym, że mogę zrobić zdjęcie i od razu je mieć. Jasne, że można kupić przenośną drukarkę i drukować TANIEJ zdjęcia ze smartfona. Można też wybudować sobie ciemnię w toalecie i chodzić się kąpać do sąsiada. Można. I co z tego? Instaksy urzekły mnie tym, że robią zdjęcie i od razu jestem w jego posiadaniu, że mają śliczne pastelowo-landrynkowe kolory i wyglądają w gruncie rzeczy jak zabawki. Po prostu musiałam go mieć. I dostałam w ubiegłym roku na urodziny. Żółciutkiego jak kurczaczek.

Obsługa tego aparatu jest dziecinnie prosta.

Aparat ma tak naprawdę dwa przyciski. Jeden służący do włączenia go i wysunięcia się obiektywu (kiedy chcemy aparat wyłączyć, wciskamy obiektyw i wtedy ten samoczynnie się zasłania), a drugi do zrobienia zdjęcia.

Są jeszcze ustawienia. To, co widzicie na powyższym zdjęciu, to małe ikonki oznaczające pogodę, jaka aktualnie panuje na dworze bądź fakt, że jesteśmy wewnątrz budynku. Aparat podpowiada nam, którą opcję powinniśmy wybrać - przy danym ustawieniu zapali się pomarańczowa lampka. I to by było właściwie na tyle. Instax jest wyposażony w wizjer (nie ma ekranu) i lampę błyskową, która czasem sprawia problemy, ale o tym za chwilę. Kiedy naciśniemy górny przycisk robimy zdjęcie. To wysunie nam się u góry aparatu.

Na początku wysunie nam się białe zdjęcie. Fotografia będzie potrzebowała paru minut, aby ukazać się naszym oczom. I tu czasem zaczynają się schody. Nieraz zdjęcie wyjdzie prześwietlone (to właśnie problem ze wspomnianą lampą - nie da się jej wyłączyć; ale kilkuletnia córka mojej przyjaciółki podpowiedziała mi banalnie prostą rzecz - lampę wystarczy zasłonić ręką, jeśli jest dość jasno...). Instax nie nadaje się też raczej do robienia zdjęć krajobrazów. Chodzi o to, by uwiecznić jakąś chwilę z przyjaciółmi, znajomymi i by nie byli oni w zbyt dużej odległości od... obiektywu.

Trzeba powiedzieć sobie szczerze, że to bardziej zabawka niż aparat.

To nie jest też sprzęt do uczenia się fotografii. Ot takie kolorowe pudełeczko, które pozwoli nam przywieźć pamiątki. Na przykład z wakacji.

To właśnie na różnego rodzaju wyjazdach instax najbardziej się przydaje i jego prostota, a także możliwość otrzymania od razu zdjęcia są największymi zaletami. Możemy stworzyć sobie galerię takich małych pocztówek. Nie trzeba będzie się oszukiwać, że "jak wrócimy, to wywołamy lub wydrukujemy" i obudzić się rok później z pustym albumem. Tutaj album "sam" się zapełnia.  Co więcej, możemy podzielić się "wspomnieniem" już na wyjeździe ze znajomymi, podarować im wspólną fotografię i za chwilę "strzelić" taką samą, byśmy i my mieli ją na pamiątkę.

Niestety, największą wadą (którą poniekąd można zamienić w zaletę) jest cena takiej zabawy. Sam aparat nie jest drogi - aktualnie jego koszt (mam na myśli model Instax Mini 8) to ok. 200 zł. Wkłady do aparatu kosztują już całkiem sporo - za dziesięć odbitek kolorowych zapłacimy ok. 30 zł, a za dziesięć odbitek czarno-białych ok. 40 zł. To jednak sprawia, że zaczynamy się zastanawiać, co tak naprawdę chcemy "zatrzymać". Nie pstrykamy zdjęć na prawo i lewo jak w przypadku smartfona. Robimy je rozważniej, a z wakacji przywozimy kilka, kilkanaście sztuk. To też zmienia sposób myślenia i jest miłym powrotem do czasów, kiedy rodzice robili zdjęcia analogowym aparatem.

Jedna klisza to dziesięć zdjęć. Jeśli więc zdecydujemy się włożyć do aparatu wkład z kolorowymi odbitkami, musimy wypstrykać wszystkie kolorowe. Nie da się decydować naprzemiennie po zrobieniu jednej fotografii, czy chcemy teraz zrobić kolorowe czy czarno-białe zdjęcie.

Z tyłu instaksa jest okrągłe okienko z informacją, ile jeszcze zdjęć zostało nam do zrobienia. Po założeniu wkładu musimy wykonać za pierwszym razem tzw. puste zdjęcie i już możemy zaczynać zabawę.

Seria instaksów - a tych jest naprawdę sporo - to maszynka do zarabiania pieniędzy... dzięki gadżetom.

Super pokrowce na aparaty, ramki na zdjęcia (w internecie jest trochę poradników DIY jak wykonać je samodzielnie, np. z pudełka na wkłady do aparatu), no i oczywiście same "klisze". Świat oszalał! Na Instagramie ludzie wrzucają też zdjęcia otagowane m. in. hasztagiem #instax, na których widnieją fotografie wykonane incepcja instaksem.

Dla tych, którzy nie umieją zrezygnować z cyfrowości, ale chcą też mieć swoją małą "drukarnię" zdjęć, mam dobrą wiadomość. W maju tego roku na polskim rynku ukazał się nowy model instaksa, który wyposażony jest w cyfrowy ekran i możemy za jego pomocą zarówno wywołać zdjęcia, jak też przenosić je na inne urządzenia w postaci plików. Ten aparat to istny Instagram w pudełku - przed wykonaniem na zdjęcia możemy np. nałożyć filtry, których do wyboru jest kilkanaście. Jednak główną wadą tego instaksa jest jego cena - ponad 1200 zł.

Ale kto wie, może to jego zabiorę na kolejne wakacje...

*Autorem zdjęć jest Jakub Grygiel

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst