Nad jeziorem znalazłam gęś. Taką zwykłą, pospolitą dziką gęś zbożową. Chciała uciec, gęgała, próbowała rozłożyć skrzydła i wzbić się w powietrze, ale nie potrafiła. Coś było z nią nie tak. Podejrzewałam, że myśliwi postrzelili ją w skrzydło.

Myśliwi - konieczność, czy brutalne hobby?
636 interakcji
dołącz do dyskusji

Przyniosłam gęś na swoje podwórko, dałam jej wody, którą piła jak szalona. Próbowała jeść, lecz była coraz słabsza.

Po dwóch dniach umarła. Była przepiękna, z podpalanymi bielą piórami, z tajemnicą pochodzenia - może była ze Szwecji, może z Rosji, kto wie?

Ostatnimi miesiącami od 7 rano rozlegały się strzały. Zwłaszcza w weekendy myśliwi urządzali sobie wypoczynek polegający na tropieniu dzikich zwierząt i strzelaniu do nich.

Moja gęś była tylko wypadkiem przy pracy, odpryskiem dziesiątek ptaków, saren czy dzików zabijanych z rąk rozrywkowych ludzi lubujących się w strzelaniu.

Dziwna to pasja, o której od jakiegoś roku czytam coraz więcej i więcej przez kontrowersyjność nowych ustaw związanych z myślistwem, środowiskiem i rozpadającą się jego ochroną, i przez coraz śmielsze zakusy traktowania przyrody jako źródła zysków i rozrywki, a nie dobra wspólnego.

To trywialna rzecz, ale przyroda jest zachwycająca. Trudno zwracać na nią uwagę w zgiełku codzienności, w świetle ekranów smartfonów, jednak ona wciąż tu jest i trwa. Przetrzebiona, zmieniona, ale wciąż trwa.

Nie tylko potrzebna jest nam do podtrzymywania życia. Do wytwarzania powietrza, którym możemy oddychać, do utrzymywania równowagi ekosystemów, których częścią jesteśmy. Również do inspiracji i utrzymywania spokoju w nas samych.

Niemal codziennie czytam o myślistwie i zawsze napotykam spory. Z jednej strony stoją obrońcy zwierząt, a z drugiej obrońcy myśliwskiej tradycji. Czytam te spory, argumenty i tracę nadzieję w zdrowy rozsądek.

Jednym z głównych argumentów za myślistwem jest to, że spełnia pozytywną rolę - utrzymuje populacje zwierząt pod kontrolą, co jest dobrem dla nich samych i dla nas ludzi, którym zwierzęta potrafią wejść w szkodę.

Pewnie dlatego koło paśnika obok mnie w promieniu 800 metrów stoi pięć ambon myśliwskich, jedna dosłownie obok paśnika. Przecież dokarmianych zwierząt robi się za dużo, więc nie ma siły, wręcz trzeba je odstrzelić. Resztę dokarmiać. Cykle dokarmiania i odstrzeliwania powtarzać do woli.

Czytam też o polskich tradycjach myśliwskich, tak wspaniałych i zakorzenionych w nas samych. Tak, to niesamowite tradycje z dworów pańszczyźnianych i czasów, w których życie zwierzęcia miało pewnie więcej wartości, niż życie przeciętnego chłopa. Tradycja godna podtrzymywania.

Czytam o sporze o żubry z Puszczy Boreckiej i od razu przypomina mi się dokument Loiusa Theroux o polowaniach w RPA. W Polsce Lasy Państwowe sprzedają możliwość odstrzału osobników zagrożonego gatunku niczym na licytacji antyków. Kto da więcej, może zabić chore zwierzę (o ile naprawdę jest chore i powinno się je odstrzelić).

Louis Theroux poleciał kiedyś do Afryki, by obejrzeć biznes opierający się na prywatnych stadach zwierząt, które można odstrzelić za cenę podaną w cenniku. Zwierzęta te hodowane są w celu zapewnienia krwawej rozrywki obcokrajowcom i wzbogacenia się właścicieli terenu.

Tłumaczenia organizatorów polowań mają trochę sensu - gatunki, które zostały niemal wybite przez człowieka, żyją dziś dzięki temu, że ktoś rozmnaża je w zamknięciu, a obcokrajowcy płacą na ich utrzymywanie w formie opłaty za zabicie osobników.

Problem nie tylko w tym, że to ludzie niszczą kolejne gatunki, ale również w tym, że mamy w nosie przywrócenie zagrożonych gatunków do środowiska naturalnego, że destrukcję traktujemy jako naturalne następstwo naszej domniemanej wielkości.

Theroux w filmie próbuje zrozumieć dlaczego ludzie płacą tysiące dolarów za możliwość zastrzelenia praktycznie bezbronnego zwierzęcia skoro polowanie z bronią automatyczną na trzymane na zamkniętym terenie zwierzęta nie ma nawet nic wspólnego z tymi polowaniami z przeszłości. Polowaniami, gdy człowiek musiał zabić by przeżyć i sam przy tym ryzykował, a zabicie zwierzyny nie było łatwą, turystyczną atrakcją.

Ja też tego nie rozumiem.

Może jest w tym jakaś pokręcona logika. Może zamiast zastanawiać się nad tym trzeba zaakceptować brutalną naturę człowieka, odpuścić pojęcie dobra wspólnego, odpuścić romantyczne mrzonki o pięknej naturze i wystawiać już niemal wybite zwierzęta na aukcje typu kto da więcej może zabić i zabrać rogi do domu.

Może faktycznie człowiek w procesie ewolucji wygrał loterię siły i zasługuje na robienie tego co chce, bez względu na konsekwencje?