Mówiono o technofobii, oszołomstwie, ciemnogrodzie czy luddyzmie. Dzisiaj tezy, które głosiła już 15 lat temu Zofia Dzik, założycielka Instytutu Humanites, który łączy systemowo tematykę człowieczeństwa i technologii, stają się globalnym, alarmistycznym konsensusem. Tylko, że tutaj nigdy nie chodziło o to, kto ma rację w jakimkolwiek publicystycznym sporze. Tu nie ma miejsca na schadenfreude, bo koszty społeczne tego spóźnienia ponosimy już wszyscy. Widzimy to choćby w kwestii wprowadzanych zakazów w zakresie mediów społecznościowych.
Kiedy Dzik zakładała Humanites, a następnie Centrum Etyki Technologii, miała za sobą lata zarządzania międzynarodowymi spółkami z obszaru fintech. Pracowała na styku kapitału izraelskiego i brytyjskiego – na rynkach, które były awangardą transformacji cyfrowej, direct sales i e-commerce. I właśnie tam, wewnątrz tego mechanizmu, stało się dla niej oczywiste, że największym wyzwaniem tej transformacji nie będzie sama technologia. Kod można napisać, serwery, modele można zakupić. Od zawsze prawdziwym wyzwaniem było i nadal jest to, w jakim stopniu my jako ludzie zachowamy swoją podmiotowość i integralność w zderzeniu z maszyną. Zmiany społeczne i miejsce człowieka w nowym ekosystemie – to tam pojawia się alert, którego nikt nie chciał dostrzec.
W rozmowie z magazynem Spider’s Web+ Zofia Dzik, podkreśla, że krytyczne spojrzenie na technologie staje się standardem i koniecznością. Zwraca także uwagę na negatywne skutki nadmiaru cyfrowych produktów w naszym życiu i powiązaniu ich z chorobami cywilizacyjnymi.
Rafał Pikuła: Piętnaście lat temu zaproszenie na prestiżową konferencję biznesową i technologiczną wybitnego profesora teologii czy filozofa traktowane było jako wizerunkowy sabotaż. A Ty zapraszałaś np. protestanckiego profesora, filozofa, żeby mówili o istocie człowieczeństwa.
Zofia Dzik: Dokładnie tak było! Pamiętam ten potężny wyłom w środowisku. Biznes i technologia uważały, że są samowystarczalne, że nie potrzebują humanistyki, etyki ani metafizyki do samostanowienia.
Jeszcze kilka miesięcy temu na profilu wybranych osób, ewangelizujących w zakresie nowych technologii, można było przeczytać np. apel: dlaczego AI nie ma jeszcze w przedszkolach?. Pisany w momencie, gdy globalna debata naukowa i społeczna coraz mocniej skupiała się na tym, jak drastycznie ograniczyć dostęp dzieci i młodzieży do ekranów i algorytmów ze względu na negatywne skutki dla ich psycho-fizycznego rozwoju. Dziś widzę na tych profilach inteligentną woltę – w kierunku bycia orędownikiem humanizmu i godności człowieka w erze AI. Ciekawe przewartościowania, przynajmniej w narracji. Ważnym głosem w tym zakresie w ostatnich miesiącach była bez wątpienia papieska encyklika Magnifica Humanitas.
Może to jednak dobrze, że tacy ludzie zaczynają się w ogóle zastanawiać? Bez względu na to, jak koniunkturalna jest to refleksja. Lepiej, żeby wielki biznes zmieniał zdanie teraz, niż żeby trwał w ślepym pędzie.
Chciałabym wierzyć, że to szczera refleksja. Mnie ta nagła wolta myślowa o 180 stopni u wielu liderów intryguje, ale też w jakimś stopniu smuci, gdy myślę o naszym potencjale jako dwudziestej gospodarce świata, która powinna mieć odwagę wytyczania nowych ścieżek. Potwierdza bowiem starą prawdę, że jako ludzie mamy tendencję podejmowania działań dopiero, gdy dochodzimy do przysłowiowej ściany. Przez pierwszych dziesięć lat od założenia Instytutu Humanites, który systemowo łączy tematykę człowieczeństwa i technologii, słyszałam, że tracę czas na błahe tematy, a nawet, że być może się ośmieszam lub ryzykuję zaszufladkowanie jako osoby technofobicznej.
Jak to wygląda obecnie?
Teraz, po 16 latach działania Instytutu, to, co mówiliśmy, staje się mainstreamem. To nie jest kwestia mojej osobistej satysfakcji, ale właśnie smutku, mądrości po szkodzie. Straciliśmy kilkanaście lat. W tym czasie ukształtowaliśmy całe pokolenie cyfrowych tubylców, oddając ich we władanie niekontrolowanym algorytmom mediów społecznościowych. I czy teraz w dobie obecnego wyścigu technologicznego wyciągniemy stosowne wnioski w kontekście AI? Takie kraje jak Norwegia już podjęły w tym zakresie decyzje dotyczące używania, a raczej nie używania generatywnej AI w szkołach.
Cofnijmy się o krok i spróbujmy zdiagnozować źródła tej zbiorowej ślepoty. Dlaczego globalnie – bo to przecież nie była tylko specyfika Polski – byliśmy aż takimi naiwnymi optymistami? Skąd wzięła się ta bezkrytyczna chłonność wobec opowieści z Doliny Krzemowej? Moja robocza teza jest taka, że po katastrofie kryzysu finansowego z 2008 roku ludzkość była potwornie zmęczona, poturbowana i rozczarowana tradycyjnymi instytucjami kapitałowymi. Dolina Krzemowa weszła w tę pustkę z piękną, mesjanistyczną narracją o tym, że zbawi świat, zdemokratyzuje dostęp do wiedzy, połączy nas w globalną wioskę. Kupiliśmy to, bo chcieliśmy wierzyć w jakąś świetlaną przyszłość.
Twoja teza o zmęczeniu kryzysem 2008 roku i poszukiwaniu nowego świeckiego zbawcy jest celna, ale pod tą warstwą psychologiczną kryje się przede wszystkim struktura twardego kapitału. Tylko w zeszłym roku tak zwana Wielka Piątka (Big Five) wydała na rozwój i infrastrukturę technologiczną około 400 miliardów dolarów. W tym roku same te największe podmioty zapowiedziały już inwestycje przekraczające 600 miliardów dolarów. Jeżeli inwestujesz tak astronomiczne pieniądze, to nie robisz tego z pobudek filantropijnych, twoi inwestorzy oczekują zwrotu.
Za te pieniądze wokół gigantów powstał złożony ekosystem poddostawców, firm konsultingowych, agencji PR-owych i usłużnych ekspertów, którzy żyli z tych pieniędzy.
Ten ekosystem sprzedawał użytownikom jedyną słuszną wizję przyszłości. Każda wątpliwość bywała niejednokrotnie wręcz wyśmiewana. Pamiętam moje panele dyskusyjne z tamtych lat, w których siedziałam naprzeciwko szefów polskich oddziałów Google czy innych globalnych gigantów. Gdy podawałam twarde argumenty, powołując się na pierwsze, niepokojące analizy dotyczące destrukcyjnego wpływu mediów społecznościowych na psychikę dzieci czy na strukturę gospodarki – bo przecież "darmowe" aplikacje wbrew pozorom generują ogromne koszty alternatywne dla produktywności i dobrostanu – to w odpowiedzi słyszałam protekcjonalne, rzucone z uśmiechem: "Zofia, nie bój się!".
Bo w takiej dyskusji jak w polityce, łatwiej strywializować rozmowę niż wejść w dyskusję merytoryczną na argumenty. Narzucane tempo zmian nie dawało i ciągle nie daje przestrzeni na refleksję, wzmacnia syndrom FOMO i utwierdza w myśleniu, że "musisz", bo "coś ważnego cię omija". Ta narracja jest częścią zaprojektowanych działań dla modeli biznesowych opartych na monetyzacji naszej uwagi i danych.
To klasyczny gaslighting w wydaniu korporacyjnym. Próba sprowadzenia merytorycznej dyskusji o ryzykach biznesowych i społecznych do poziomu irracjonalnego, emocjonalnego lęku jednostki.
Dokładnie. Czułam się czasem w takiej narracji sprowadzana do poziomu zalęknionej luddystki, ignorując fakt, że jako osoba zarządzająca wieloma spółkami fintechowymi i od 20 lat zasiadająca w radach nadzorczych zaawansowanych technologicznie spółek z różnych sektorów, czy też będąc częścią rady naukowej Instytutu IDEASodnajduję się całkiem dobrze w świecie nowych technologii.
Dziś ten sam Google, który przez dekady epatował pięknymi hasłami o humanocentrycznym środowisku pracy, o wolności i inkluzywności, w ciągu jednej nocy zdejmuje ze swoich stron politykę w zakresie różnorodności i zwalnia tysiące ludzi za pomocą automatycznego maila wysłanego w nocy, bez jakiegokolwiek osobistego kontaktu, bez elementarnego szacunku dla pracowników i nie słyszymy słowa krytycznego komentarza w tym zakresie także od polskiego zespołu zarządzającego, który przez lata wskazywał na wagę powyższych wartości.
Nagle cała ta narracja o prawach kobiet, "kobietach w IT", o potrzebie permanentnego kształcenia milionów nowych programistów, pękła jak bańka mydlana, bo algorytm generatywny okazał się "tańszym pracownikiem". To pokazuje, odarty ze złudzeń cynizm tego tych firm..
Ktoś mógłby jednak rzucić kontrargument: to, co daje nam dzisiaj Google Maps, Uber czy komunikatory wideo, to przede wszystkim niesamowita, bezprecedensowa wygoda. Ludzie mówią: "Klikam i mam". Po co mam iść do oddziału ubezpieczyciela, po co mam dzwonić po korporację taksówkową, skoro mam to w telefonie? Czy problemem są same technologie, czy może raczej kwestie własnościowe, gigantyczna koncentracja niekontrolowanej władzy i zwykła, krótkowzroczna chciwość garstki miliarderów?
Dobrze, że to rozróżniasz. Problem dzisiejszego rozwoju technologicznego polega właśnie w szczególności na tym, że pod szyldem dostarczania wygody, Big Techy przeprowadziły najbardziej potężny proces koncentracji władzy w historii ludzkości.
Od lat na konferencjach demaskuję i punktuję jeden z największych mitów współczesności: że nowe technologie i sztuczna inteligencja "demokratyzują" świat. To jest fałszywa, ale bardzo mocno rezonująca obietnica, na bazie której wielkie firmy technologiczne budowały przez dekady swoją pozycję organizacji wnoszących do świata nową egalitarną jakość. Rozwój generatywnego AI nie tylko nie demokratyzuje, ale istotnie pogłębia, polaryzuje i wręcz przypieczętowuje globalne nierówności.
Jak to wygląda?
Pod koniec swojego życia Hawking, który przez lata był naukowym i technologicznym optymistą, sformułował głęboko niepokojące ostrzeżenie. Powiedział, że AI stanie się narzędziem, które da garstce ludzi technologiczną władzę do kontrolowania, uciskania i formatowania mas. I te słowa realizują się na naszych oczach. Obserwujemy kumulację majątku i wpływów, która przekracza wyobraźnię i budżety wielu suwerennych państw demokratycznych. Mamy na świecie pierwszych nieoficjalnych bilionerów, którzy mogą sterować algorytmami, przykładowo wpływającymi na wyniki wyborów w wybranych krajach .
A kim w tym układzie jesteśmy my, użytkownicy?
Przepraszam za określenie, ale jesteśmy traktowani jak cyfrowy plankton. Staliśmy się obiektem, globalnego eksperymentu behawioralnego na żywym organizmie. Zastanów się nad tym paradoksem: zwykłe żelazko, czajnik elektryczny czy nowa partia jogurtu nie mogą trafić na rynek bez rygorystycznych atestów, certyfikatów bezpieczeństwa, i udowodnienia, że produkt nie otruje ani nie okaleczy konsumenta. Tymczasem Big Techy wypuszczają na rynek potężne, nieprzewidywalne systemy algorytmiczne, dając nam do nich "darmowy" dostęp. My, zachwyceni tą – podkreślę – pozorną darmowością, sami stajemy się paliwem dla tych systemów: nieopłacanymi dostawcami danych, emocji i ich testerami. Te cyfrowe narzędzia zaczynają nas bezwzględnie uzależniać, formatować i przebudowywać nasze więzi społeczne, a ich twórcy nie ponoszą póki co absolutnie żadnej odpowiedzialności za długoterminowe, dewastujące skutki psychiczne, społeczne czy kulturowe.
To jest idealny model biznesowy – sprywatyzować gigantyczne zyski, a koszty społeczne i psychiczne (takie jak epidemia depresji u młodzieży czy stany lękowe) uspołecznić. Niech państwa i systemy opieki zdrowotnej radzą sobie z tym same.
Dokładnie tak. Ale kilka lat temu wygłosiłam tezę – i mam nadzieję, że ona również okaże się prorocza, choć znowu będzie to satysfakcja podszyta goryczą horyzontu czasowego – że przyjdzie taki moment w historii, kiedy Big Techy zaczną ponosić cywilnoprawną i karną odpowiedzialność odszkodowawczą na skutek zbiorowych pozwów. Porównałam ich sytuację do afery azbestowej oraz do tego, co spotkało przemysł tytoniowy. Dzisiaj w publicystyce amerykańskiej i europejskiej zaczynają pojawiać się pierwsze analizy wprost porównujące mechanizmy uzależniające social mediów do "Big Tobacco". Droga do pozwów zbiorowych za systemowe niszczenie zdrowia psychicznego całego pokolenia dzieci jest już otwarta. Wpływ tych technologii na architekturę ludzkiego mózgu jest potężniejszy i wydaje się być bardziej destrukcyjny niż dym tytoniowy.
AI stanie się narzędziem, które da garstce ludzi technologiczną władzę do kontrolowania, uciskania i formatowania mas. Ilustracja: Shutterstock / Alphavector.
To fascynujące porównanie, ale znowu – kiedy trwał złoty wiek przemysłu tytoniowego w latach 50. i 60. w Stanach, czy w szarym PRL-u, palił niemal każdy, a lekarze w reklamach zachwalali filtry papierosowe. Głosy krytyczne były marginalizowane. Dzisiaj jednak opór rośnie znacznie szybciej. Czy nie uważasz, że w tej cyfrowej matrycy wciąż istnieje przestrzeń na to, co Václav Havel nazywał "siłą bezsilnych"? Czy konsumencka masa, zorganizowana wokół nowej świadomości, jest w stanie wymusić zmianę reguł gry?
Głęboko w to wierzę. Jakiś czas temu stworzyłam autorską typologię liderów, których potrzebujemy w tym rozchwianym świecie, który prof. Bauman nazywał interregnum, bo jesteśmy w takim świecie "pomiędzy", wyłaniania się nowego porządku.
Pierwsza kategoria to pozytywni rebelianci. To jednostki, które mają odwagę jako pierwsze wstać i głośno zakwestionować dominujący status quo, ryzykując ostracyzm, wyśmianie czy utratę pozycji w establishmentowej strukturze.
Ale obok nich potrzebujemy armii cichych bohaterów. To menedżerowie, dyrektorzy, inżynierowie i pracownicy średniego szczebla, którzy nie zabiegają o rozgłos, ale w swojej codziennej pracy mają odwagę postawić twardą, etyczną granicę; zakwestionować określone decyzje biznesowe czy projektowe, jeśli uznają że są szkodliwe społecznie, stojące w sprzeczności z fundamentalnymi prawami człowieka, jego godnością. Kiedy widzą, że wdrażany system algorytmiczny ma za zadanie manipulować klientem, oszukiwać go lub bezprawnie profilować pracownika, mówią: "Nie".
A co z masowymi ruchami społecznymi? Czy bojkot konsumencki w świecie cyfrowym w ogóle działa? Przecież próby bojkotowania Facebooka czy X (dawnego Twittera) zazwyczaj kończyły się fiaskiem – sieciowa korelacja i monopol są zbyt silne.
Tak, to kolejna ważna kategoria na mojej liście przywództwa. Bojkoty korporacyjne bywają czasem ułomne, ale spójrz, co wydarzyło się jednak po wybuchu wojny w Ukrainie. Gdyby nie oddolna presja konsumencka i społeczna w internecie, wiele globalnych koncernów nigdy nie podjęłoby decyzji o wycofaniu się z rynku rosyjskiego. Dopiero gdy konsumenci zaczęli bojkotować produkty, nastąpiły dezinwestycje i zamknięcia operacji na tym rynku. Mamy zbiorową siłę, tylko rzadko z niej korzystamy w sposób zorganizowany.
Wyobraź sobie, że pewnego dnia miliony ludzi decydują się po prostu wyłączyć określoną aplikację. Ja sama pięć lat temu całkowicie wyłączyłam WhatsApp – aplikację należąca do Meta. Wobec spółki zapadły wyroki sądowe, a zeznania sygnalistów opisują mechanizmy naruszania prywatności użytkowników oraz świadome projektowanie uzależniających algorytmów, szczególnie szkodliwych dla młodych odbiorców.
Wszyscy to od dawna wiemy i co? Nic
Niby jest to powszechna wiedza i mamy na ten temat coraz więcej publikacji, a nawet zakazów dostępu dla młodych osób, a jednak, nie ma tygodnia, żebym nie była pod presją pytań - : "Zofia, jak ty żyjesz bez WhatsAppa? Przecież wszyscy tam są, mamy tam grupy projektowe, towarzyskie", tylko Ciebie nie ma, może zrobisz wyjątek.
I co robi Pani wyjątek?
Nie, ostatnio, gdy miałam wystąpienie na dużym, międzynarodowym wydarzeniu , organizatorzy prosili, abym zainstalowała WhatsAppa chociaż na kilka tygodni, pomimo, że całe wydarzenie było poświęcone właśnie tematyce pomiędzy algorytmami a człowieczeństwem. Wyjaśniłam, że mam właśnie mówić o wolności wyboru, o odzyskiwaniu podmiotowości przez człowieka w świecie technologii. Jak więc mogę zacząć od tego, że złamię własne zasady i zainstaluję aplikację, która stoi w sprzeczności wobec tych zasach?.
Nie zainstalowałam. I wdzięczna jestem organizatorom, że to podejście w efekcie uszanowali.
W rozmowach pojawił się także ważny wątek, że zwyczajnie nie patrzyli na to w ten sposób. Że rzeczywiście często wybierając pozorną wygodę firmujemy w pewien sposób nieświadomie mechanizmy, które stoją w sprzeczności z naszymi wartościami.
No dobrze. Pani odinstalowała WhatsApp’a, twardo trzyma się tej decyzji, ale szerzej bunt jednostki nic nie zmienia. Jakoś miliony nie poszły za Panią.
Wierzę w efekt motyla. Miliony nie, ale jednostki już tak. Pierwsze klocki domina zostały już przewrócone. W dodatku nie jestem jedyną osobą, spotykam coraz wbrew pozorom coraz więcej osób, które także decydują się na takie działania. Kropla drąży skałę. A ten proces może być dodatkowo przyspieszony przez prace Unii Europejskiej w zakresie budowania rozwiązań dających nam większą suwerenność technologiczną. Mam też wielką nadzieję, że będzie towarzyszyć temu odwaga tworzenia przez Europę własnej, bardziej humano-centrycznej ścieżki rozwoju nowych technologii.
Takie działanie może realnie zmienić świat?
Żyjemy w momencie potężnego napięcia geopolitycznego, technologicznego. Potrzebujemy nowego, spójnego przywództwa, które potrafi połączyć twarde cele biznesowe z fundamentalnym myśleniem o dobru wspólnym. W ogóle od przywrócenia tego pojęcia do dyskursu społeczno-gospodarczego. Odczuwamy kryzys autorytetów i liderów, którzy byliby spójni – u których nie byłoby rozdźwięku między deklaracjami w wystąpieniach na scenie lub na LinkedInie a codzienną praktyką biznesową. Często dopiero zgliszcza i kryzysy zmuszają nas do powrotu do korzeni. Szkoda, że jako cywilizacja potrzebujemy często ruin, żeby to niebo dostrzec. To także dowód, że jako ludzie mamy zdolność budzenia się i wychodzenia nawet z największego mroku. To daje nadzieję.
Idąc tropem tej potężnej, egzystencjalnej metafory ruin i zgliszcz – muszę przywołać bombę atomową. Ludzkość potrzebowała potwornej tragedii Hiroszimy i Nagasaki, żeby zrozumieć, czym jest broń jądrowa i żeby wypracować międzynarodowe mechanizmy jej ścisłej regulacji i nierozprzestrzeniania. Ta analogia nie jest przypadkowa – sam Sam Altman, twórca OpenAI, bezczelnie i dumnie stwierdził, że jego firma realizuje "drugi projekt Manhattan". Czy z uregulowaniem sztucznej inteligencji nie będzie dokładnie tak samo? Czy najpierw nie musi dojść do jakiejś spektakularnej, cyfrowej katastrofy, żeby mocarstwa usiadły do stołu?
Sam Altman to postać głęboko niepokojąca w kontekście braku dojrzałości i odpowiedzialności społecznej za produkt, który przekazuje na rynek. Sądzę, że nie bez powodu niemal wszyscy wybitni naukowcy, współtwórcy i etycy, którzy budowali z nim OpenAI, odeszli z tej firmy w geście protestu po zmianie kierunku działalności OpenAI z non-profit.
Twoja analogia do projektu Manhattan i regulacji broni atomowej jest trafna, ale kryje się w niej geopolityczna pułapka. Kwestie atomowe udało się uregulować i zamknąć system dopiero wtedy, gdy największe mocarstwa – USA i ZSRR – zbudowały już swój arsenał. Wtedy postawiono granice reszcie świata. Jest duże prawdopodobieństwo, że w przypadku super-AI scenariusz będzie podobny. USA, Chiny, może Francja czy Wielka Brytania zbudują potężne, militarne modele i wtedy wprowadzą globalny zakaz rozwijania tej technologii dla mniejszych graczy.
Jesteśmy w procesie powrotu do przywództwa opartego na sile. Aby doszło do realnego, globalnego traktatu regulacyjnego, najpewniej czeka nas jakieś przesilenie. Może to nie będzie konflikt kinetyczny – to takie nowe, modne słowo w geopolityce, które ma zastąpić słowo "wojna" – albo jakaś np. awaria systemów, która wymknie się spod kontroli twórców niczym syntetyczny wirus i sparaliżuje globalną infrastrukturę krytyczną.
Bez takiego wyzwalacza nie widzę dzisiaj na świecie woli politycznej ani jakości przywództwa zdolnej do narzucenia Big Techom takich zasad ruchu, jakie wprowadziliśmy ponad sto lat temu przy rozwoju motoryzacji. Przecież na całym świecie, niezależnie od tego, czy jeździmy po prawej, czy po lewej stronie, mamy uniwersalne, czytelne znaki nakazu, ostrzeżenia i – co kluczowe – znaki zakazu. W świecie cyfrowym znaki zakazu wciąż są traktowane jako zamach na wolność rynku.
Choć pojawiają się pierwsze, bardzo zaskakujące wyłomy w tym murze. Wszyscy ekscytujemy się europejskim AI Actem, który opiera się na klasyfikacji ryzyk. Tymczasem zaskoczyły nas też Chiny.
Tak, Pekin w jakimś stopniu zaskoczył świat, wprowadzając regulacje dotyczące antropomorfizacji algorytmów i ich wpływu społecznego na jednostkę. To fascynujący paradoks: totalitarne państwo, które samo buduje najbardziej zaawansowany system cyfrowej inwigilacji obywateli (Social Credit System), nagle wprowadza prawo, które chroni psychikę jednostki przed zawłaszczeniem przez komercyjne AI.
Oczywiście, nie można na ten akt patrzeć w oderwaniu od oceny całokształtu systemu autokratycznego państwa, które go stworzyło i które od dawna inwigiluje i kontroluje swoich obywateli. Ale jeśli odrzucimy ten kontekst polityczny, sama warstwa merytoryczna tego zapisu jest słuszna, gdyż dotyka kwestii antropologicznych. Chińczycy wprost zdefiniowali zagrożenia antropologiczne: zakazali tworzenia systemów, które udają ludzi, które wchodzą z ludźmi w głębokie interakcje emocjonalne, uzależniają ich psychicznie i zawłaszczają ich czas oraz autonomię decyzyjną. Unijny AI Act skupia się na procedurach, audytach danych i technokratycznym zarządzaniu ryzykiem handlowym. Chińczycy uderzyli w sam rdzeń: w psychologiczny i społeczny wpływ maszyny na istotę ludzką. To pokazuje, że nawet reżimy autorytarne doskonale rozumieją, że niekontrolowane AI ma dużą moc destrukcyjnego wpływu społecznego.
Przejdźmy teraz do twardej praktyki, bo jak sama powtarzasz, Instytut Humanites nie powstał po to, żeby być kolejną akademicką wieżą z kości słoniowej, która produkuje grube raporty odkładane potem na półkę. Nazwałaś waszą strukturę "Think and Do Tank". Kiedyś dziennikarze i edytorzy namiętnie wycinali Ci to sformułowanie z tekstów, twierdząc, że w języku polskim i w politologii nie ma takiego pojęcia.
O tak, mam całe archiwum maili od korektorów, którzy pisali: "Pani Zofio, skreślamy to 'and do', bo nie ma czegoś takiego jak think and do tank, są tylko think tanki". Odpowiadałam im wtedy: "Właśnie dlatego to tworzę, bo tego nie ma, a tradycyjna formuła think tanku były w mojej ocenie niewystarczająca".
Gdy rok temu odbierałam ze wzruszeniem pewną nagrodę, usłyszałam komentarz, że prof. Muhammad Yunus, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, początkiem roku, stwierdził publicznie, że era tradycyjnych think tanków się skończyła i że teraz potrzebujemy "action tanków".
Osoba wręczająca mi nagrodę dodała: "Zofia zrobiła to piętnaście lat przed Yunusem". To była ta mała satysfakcja, bo od początku budowałam Humanites w oparciu o dwa fundamentalne założenia. Po pierwsze – długoterminowy efekt dźwigni społecznej. Przy ograniczonych zasobach finansowych i ludzkich, jakimi dysponuje organizacja pozarządowa, nie możesz pomóc każdemu z osobna. Musisz precyzyjnie znaleźć ten jeden, konkretny, pierwszy klocek domina, którego przewrócenie uruchomi lawinę pozytywnych zmian w całym systemie.
A po drugie?
Stworzyłam model wioski, czyli szerokiego ekosystemu społecznego, który ma na celu analizowanie i tworzenie sprzyjającej, stymulującej przestrzeni, w której człowiek może wzrastać i osiągać wyższy poziom swojego potencjału.
Jednym z naszych pierwszych, flagowych projektów, który idealnie obrazuje ten mechanizm dźwigni, jest globalny ruch społeczny "HumanBE – Dwie Godziny dla Rodziny / Dla Człowieka". Kiedy startowaliśmy z tą inicjatywą kilkanaście lat temu, zadaliśmy sobie fundamentalne pytanie: jakie jest największe, ukryte ryzyko systemowe – społeczne, technologiczne i gospodarcze – które w perspektywie dekady uderzy w człowieka, ale też w efekcie w gospodarkę? Analizowaliśmy dziesiątki raportów z rynków azjatyckich, amerykańskich i zachodnioeuropejskich. I znaleźliśmy wspólny mianownik: galopujący kryzys więzi i samotności.
Wtedy, piętnaście lat temu w Polsce, ten temat był ignorowany, a zjawisko wydawało się marginalne. Słyszałam od polityków i publicystów, że "Polska to tradycyjny, rodzinny kraj". U nas nie ma ryzyka rozwoju samotności, to jest problem wyalienowanego Zachodu, zapracowanych Amerykanów lub Japończyków w Tokio, a nie nasz. Ignorowano głębokie, tektoniczne zmiany cywilizacyjne, jakie zaszły u nas po 1989 roku: rozpad rodzin wielopokoleniowych, masowe migracje zarobkowe i fakt, że dokonując udanej transformacji gospodarczej, całkowicie zostawiliśmy bez opieki transformację społeczną. Dziś samotność dotyka średnio 30 proc. populacji, a wśród młodych do 30 roku życia na poczucie samotności zarówno w domu jaki w środowisku pracy wskazuje nawet co druga osoba.
Zamiast pójść z akcją "HumanBE.- Dwie Godziny dla Rodziny/Dla Człowieka" do parafii, szkół czy domów kultury – co byłoby naturalne dla tradycyjnego sektora NGO – poszłaś z tym wprost do zarządów największych korporacji i banków.
To była totalna zmiana paradygmatu – z perspektywy zatrudniania pracownika – na zatrudnianie człowieka z całą jego gamą ról zawodowych i społecznych. Piętnaście lat temu świat rodziny i świat pracy były bowiem traktowane jak dwa odrębne terytoria. Pracodawca uważał, że życie prywatne pracownika to jego prywatna sprawa, byleby tylko dostarczał wyniki w biurze. Jednocześnie pracodawcy cały czas szukali mierzyli się z niskim poziomem zaangażowania oraz walczyli o pozyskanie talentów. My zaczęliśmy pokazywać zjawisko samotności i kryzysu więzi nie jako problem łzawego humanitaryzmu, ale jako mierzalne ryzyko makroekonomiczne, które rzutuje na poziom zaangażowania ludzi w organizację i tworzenie kultury współpracy, która jest bazą innowacyjnych organizacji.
Są na to twarde dane?
Tak, choćby badanie "Alone and Lonely. The Economic Cost of Solitude for Regions in Europe" pokazuje, że wysoki odsetek osób odczuwających samotność i mających nisko poziom kontaktów społecznych jest negatywnie skorelowany ze wzrostem PKB regionów.
W zeszłym roku w Polsce opublikowano badania "Kapitał społeczny i zaufanie w polskim biznesie 2025", które precyzyjnie wyliczyły koszt braku kapitału społecznego w przestrzeni biznesowej. Nazwano to zjawisko "podatkiem od nieufności" i wyceniono jego koszt na jeden bilion złotych rocznie. To są straty wynikające z faktu, że w Polsce niemal nie dochodzi do strategicznych fuzji, sojuszy czy głębokiej współpracy między rodzimymi firmami, bo partnerzy z założenia sobie nie ufają. Projekty publiczno-prywatne praktycznie nie istnieją. Biznes częściej zakłada nielojalność niż dobrą wolę drugiej strony.
Według danych Polskiego Instytutu Ekonomicznego, zaledwie 20-24 proc. polskich przedsiębiorców kiedykolwiek podjęło wspólne, partnerskie przedsięwzięcie biznesowe z konkurentem lub podmiotem pokrewnym, a aż 57 proc. uważa taką współpracę za skrajnie ryzykową. Tracimy gigantyczny potencjał innowacyjny gospodarki, bo nie potrafimy ze sobą rozmawiać bez lęku, że zostaniemy oszukani. Samotność i izolacja drastycznie ten lęk potęgują. W ubiegłym roku Gartner umieścił samotnośc na liście ryzyk biznesowych, obok cyberberbezpieczeństwa.
Zaprosiliśmy do debaty uznanych ekonomistów pokazując, że fundamentem efektywnej gospodarki rynkowej jest współpraca i zdolność do sprawnej komunikacji. Nie da się nabywać i budować tych kompetencji w izolacji społecznej. One rozwjają się one wyłącznie poprzez doświadczenie i fizyczną iterację społeczną z drugim człowiekiem. Im mniej tych iteracji w życiu prywatnym i zawodowym, tym bardziej te umiejętności ulegają atrofii.
A jak to przekłada się na mikropoziom, na wnętrze konkretnej firmy? Przecież te konflikty wewnątrzkorporacyjne są legendarne i pożerają setki godzin roboczych.
Podam autentyczny, niemal anegdotyczny przykład z jednej z dużych firm, która dołączyła do naszej akcji "HumanBE".
W tej konkretnej firmie dwaj kluczowi dyrektorzy – szef pionu sprzedaży i szef pionu IT – byli w stanie konfliktu i przerzucania odpowiedzialności. Spotkania projektowe kończyły się niejednokrotnie eskalacją problemów na poziom zarządu..
Podczas naszej akcji, gdzie motywem przewodnim była muzyka, ci dwaj menadżerowie, w dyskusji na temat wspomnień z najważniejszych dla nich życiowo koncertów nagle odkryli, że kilkadziesiąt lat temu jako studenci byli na tym samym kultowym w ich ocenie koncercie Kory. Ten jeden, banalny punkt wspólny zburzył mur. Zobaczyli w sobie ludzi, a nie wrogie funkcje, gdzie IT nie rozumie sprzedaży i spóźnia się z rozwiązaniami, a sprzedaż przekazuje życzeniowe, źle opisane wymagania i potem jest rozczarowana, że rozwiązanie rozmija się z faktyczną potrzebą. Od tamtego momentu poziom komunikacji i rozwiązywania problemów operacyjnych wszedł na poziom, który wcześniej był nieosiągalny za pomocą żadnych procedur agile czy zewnętrznych audytów.
Zaledwie 20-24 proc. polskich przedsiębiorców kiedykolwiek podjęło wspólne, partnerskie przedsięwzięcie biznesowe z konkurentem lub podmiotem pokrewnym, a aż 57 proc. uważa taką współpracę za skrajnie ryzykową. Ilustracja: Shutterstock / Alphavector.
To piękny przykład, ale muszę wejść w rolę adwokata diabła. Kiedy rozmawiam z top menedżerami, to na poziomie deklaratywnym oni wszyscy są aniołami humanizmu. Wszyscy potakują głowami, a potem wracają do biur, odpalają Excela, przychodzi codzienna orka, presja kwartalna z centrali i ci sami ludzie zwalniają setki pracowników mailem, albo budują kulturę opartą na drapieżnym, neoliberalnym darwinizmie, gdzie liczy się tylko bycie "rekinem biznesu". Czy Twoja akcja nie jest dla wielu firm po prostu wygodnym, korporacyjnym alibi?
Przy takiej skali może oczywiście się tak zdarzyć, że część firm wchodzi w to koniunkturalnie, bo np. jest już w akcji inna firma z branży lub motywacją jest presja raportowania ESG. Widzę te mechanizmy. Ale widzimy wiele przykładów, że nawet jeśli wydawało się, że dana firma wchodziła koniunkturalnie to na bazie zaczerpniętych inspiracji w pierwszym roku uczestniczenia,w kolejnym roku wchodziły do akcji już z większą świadomością i zaangażowaniem.
Są firmy, która na skutek udziału w naszej akcji przebudowały istotnie całą politykę personalną, może trudno w to uwierzyć w dzisiejszych czasach, ale niektóre z nich zdecydowały się np. po praz pierwszy zrobić badanie satysfakcji pracowników. Taki był nasz zamiar, aby nasza z pozoru prosta akcja była tym pierwszym klockiem domina zmiany zarówno w zakresie ciekawości drugiego człowieka jak również zmiany kultury pracy i świadomych działań mających na celu przeciwdziałanie postępującemu kryzysowi więzi.
Akcję co roku budujemy wokół jednego wybranego konkursowo motywu przewodniego – były pasje, była muzyka, w tym roku kultura. Przygotowujemy też corocznie specjalne talie kart ASK ME z pytaniami, które mają pomóc ludziom zejść z poziomu "stanowisko-stanowisko" na poziom "człowiek-człowiek w domu i w pracy". To wszystko sprawia, że akcja żyje wśród ludzi, a nie tylko w komunikacji korporacyjnej.
Więzi ma też wzmacniać powrót do biur z pracy zdalnej.
Popatrzmy na obecny, arbitralny odwrót wielkich firm od pracy w zdalnej i wręcz nakazowy powrót ludzi do biur. Przecież jeszcze trzy lata temu zarządy tych samych firm deklarowały z dumą, że biura są przeżytkiem, że oszczędzą miliony na optymalizacji przestrzeni, a ludzie będą efektywni na home office po wsze czasy.
Z umiejętnościami społecznymi jest inaczej niż z jazdą na rowerze – tego się nie projektuje raz na całe życie. Ilustracja: Shutterstock / Alphavector.
Dlaczego zmienili zdanie?
Bo twarde wskaźniki pokazały istotny spadek zaangażowania, niski poziom współpracy prowadzący do impasu w zakresie innowacyjności i kreatywności oraz zerwania ciągłości transferu wiedzy wewnątrz organizacji. Ludzie odcięci od fizycznego kontaktu ze strukturą przestali utożsamiać się z firmą.
A do tego dochodzi głęboki lęk przed powrotem do relacji. Wielu pracowników protestuje przeciwko powrotowi do biur nie dlatego, że oszczędzają na dojazdach, ale dlatego, że po prostu oduczyli się przebywania z ludźmi.
Rzeczywiście. Najnowsze badania neurologiczne pokazują, że przewlekła samotność zaczyna funkcjonować w strukturach mózgowych dokładnie tak samo jak bezdomność. Jeśli przez dłuższy czas pozostajesz w przestrzeni z ograniczonymi kontaktami społecznymi, w twoim mózgu zachodzą trwałe zmiany neurobiologiczne.
Z umiejętnościami społecznymi jest inaczej niż z jazdą na rowerze – tego się nie projektuje raz na całe życie. Nasze neurony i powłoki mielinowe potrzebują permanentnego, fizycznego bodźcowania poprzez mikro-interakcje: uścisk dłoni, odczytanie mikro-mimiki twarzy, tonu głosu, mowy ciała. Jeśli zamykamy się w cyfrowych bańkach, te ścieżki neuronalne po prostu zarastają i zanikają.
By dać możliwość firmom zmierzenia, w jakim stopniu ich kultura pracy wspiera współpracę i tworzenie wspierających sieci społecznych stworzyliśmy we współpracy z Panią Profesor Barbarą Fatygą z Uniwersytetu Warszawskiego specjalne narzędzie – HumanLINK – Badanie Sieci Społecznych.
Jak na to wszystko wpływają technologie?
Najpierw za pomocą algorytmów społecznościowych doprowadziliśmy do atomizacji, gamifikacji oraz degradacji głębokich więzi co w efekcie stało się katalizatorem globalnej pandemii samotności. A teraz co robi np. OpenAI czy inne platformy? Zaczynają tę samotność monetyzować! Ich najnowsze modele generatywne i plany biznesowe wprost celują w rynek spersonalizowanych, cyfrowych towarzyszy, awatarów do złudzenia udających przyjaciół czy partnerów życiowych, a także w zamknięte, płatne serwisy relacyjno-erotyczne dla dorosłych.
W naszym najnowszym raporcie z badania "Między samotnością a innowacją– człowiek i gospodarka w świecie AI", który pełną premierę będzie miał jesienią, aż co trzeci respondent zadeklarował, że woli lub wybiera kontakt ze sztuczną inteligencją zamiast z drugim człowiekiem, a co czwarty regularnie, przynajmniej raz w tygodniu, omawia swoje najgłębsze problemy osobiste z chatbotem!
Czyli stworzyliśmy problem, a teraz sprzedajemy na niego syntetyczny, cyfrowy substytut, który pogłębia chorobę?
Ale za to genialne generuje subskrypcje. To póki co mocno, negatywna weryfikacja idei "rozwoju ludzkości przez technologię", skłaniająca do refleksji i powrotu do fundamentalnych pytań o rolę, podmiotowość i godność człowieka w kontekście rozpędzonej technologicznej rewolucji.
Jako Polska jesteśmy dumni, zajmujemy dwudziestą pozycję wśród największych gospodarek świata, zagraniczne media zachwycają się naszym skokiem cywilizacyjnym. A jednocześnie jesteśmy w awangardzie najsmutniejszych statystyk: mamy jedną z najszybszych dynamik starzenia się społeczeństwa w Europie, katastrofalną zapaść demograficzną, potężny kryzys autorytetów wśród młodzieży i gigantyczny zwrot ku radykalnemu, egocentrycznemu narcyzmowi.
Cieszę się, że nasza część świata się budzi. Bo mam poczucie, że ciągle dosyć bezrefleksyjnie kopiujemy model amerykański, zamiast jako Europa i jako Polska szukać własnej, podmiotowej ścieżki rozwoju. Czy my naprawdę chcemy być drugą Ameryką? Krajem niewyobrażalnych rozwarstwień społecznych, patologii systemowych, gett biedy, pasów rdzy i faktu, że elity finansowe zamiast rzeczywiście pozytywnie kontrybuować do świata, prześcigują się często w żenujący sposób w klakierstwie czy też budują luksusowe bunkry w Nowej Zelandii
Skoro powtarzamy jak mantrę, że największym kapitałem i bazą wzrostu Polski jest nasz innowacyjny kapitał ludzki, to dlaczego nie widzę żadnych strategicznych, ponadpolitycznych programów państwowych nakierowanych na ochronę tego kapitału przed degradacją wywoływaną przez samotność? Brakuje mi takiego odważnego, dalekosiężnego myślenia. Gdzie jako społeczeństwo i gospodarka chcemy być za trzydzieści, piędziesiąt, sto lat?
Rafał Pikuła (po lewej) w rozmowie z Zofią Dzik.
Inne kraje to rozumieją – powstają Ministerstwa Samotności w Wielkiej Brytanii czy Japonii, uruchamiane są potężne fundusze celowe. A u nas?
U nas dyskusja o demografii wciąż sprowadza się do dosyć prymitywnego, politycznej narracji: "Co zrobić, żeby polskie kobiety rodziły więcej dzieci?". Z przymusu ani z zasiłków tych dzieci nie będzie więcej, jeśli młodzi ludzie będą tak potwornie samotni, zalęknieni m.in. geopolitycznym obrotem spraw i niezdolni do zbudowania trwałej relacji z drugim człowiekiem! W dodatku temat rodziny i więzi został w Polsce potwornie spolaryzowany i zawłaszczony politycznie. We wspomnianym powyżej badaniu "Między samotnością a innowacją", zadaliśmy respondentom pytanie o to, czy widzą związek między poziomem samotności a kondycją gospodarki. Zastanawialiśmy się , jak ludzie zareagują na tak nieco abstrakcyjne sformułowanie. I wyobraź sobie, że aż 70 proc. respondentów wprost odpowiedziało, że intuicyjnie czuje i widzi, że samotność społeczeństwa drastycznie hamuje rozwój innowacyjnej gospodarki. Ludzie to czują, nawet jeśli nie potrafią tego nazwać profesjonalnym językiem ekonomicznym.
Jeśli ktoś był w Dolinie Krzemowej, to wie, że jej pierwotny sukces nie wziął się z komputerów, ale z unikalnej kultury współpracy. Tam idziesz ulicą, podwórka są otwarte, ludzie siedzą razem, piją kawę, bezustannie rozmawiają, wymieniają się błędami i porażkami, budują szersze sojusze. W Polsce jednym z największych wyzwań naszych startupów i młodych przedsiębiorców nie jest brak dostępu do kapitału – bo pieniądze na rynku są – ale właśnie brak zaufania, otwartości, budowania trwałych koalicji i wytrwałości w relacjach. Postępująca samotność i związana z nią alienacja społeczna tylko jeszcze mocniej zamyka nas w tym schemacie.
I to jest chyba idealna puenta naszej rozmowy. Żadne miliardy z funduszy venture capital, żadne dotacje unijne ani najbardziej zaawansowane modele językowe sztucznej inteligencji nie zastąpią prostego, organicznego zaufania i relacji międzyludzkich. Samotność to nie jest prywatny smutek pana Kowalskiego wpływający na zdrowie fizyczne i psychiczne. Samotność to już twardy, palący problem ekonomiczny.
Dokładnie tak. Firma to nie są tylko liczby w tabeli. Firma to ludzie. Jeśli to proste zdanie i rozróżnienie, na które wskazywałam – czy zatrudniamy ludzi czy tylko pracowników uleci z pamięci naszych liderów i stracimy człowieka z horyzontu, to za kilka lat zmiany w zakresie naszego funkcjonowania jako ludzi w warstwie kognitywnej – zdolności do samodzielnego wnioskowania i społeczne – budowania więzi, mogą być już trudne do odtworzenia i funkcjonowania na bazie wewnętrznej a nie zewnętrznej sterowalności.
Myślę, że dobrze to oddają słowa naszej misji Humanites – żeby człowiek potrafił dobrze wykorzystać szanse, które niosą nowe technologie, ale nie przestawał myśleć, uczyć się i kochać. To my dorośli, a nie tylko dzieci spędzamy w sieci średnio 5-6 godzin dziennie. Nie będzie zmiany makro, jeśli nie będzie zmiany na poziomie człowiek-człowiek. po. Zacznijmy rozmawiać, wyłączmy na chwilę ekrany, odzyskajmy naszą wioskę. Czas ucieka.