Drony wyszły z frontu i weszły nad lotniska. Powstał rynek wart miliardy
Lotnisko może wykryć drona w kilka sekund. Problem zaczyna się później, bo jego zestrzelenie lub zagłuszenie nad cywilną infrastrukturą może wywołać jeszcze większy chaos.

Drony jeszcze kilka lat temu kojarzyły się głównie z wojskiem i hobbystami. Dziś coraz częściej trafiają na listę zagrożeń przygotowywaną przez zarządców lotnisk, portów, rafinerii czy innych obiektów infrastruktury krytycznej. Pojawienie się niezidentyfikowanego bezzałogowca w pobliżu pasa startowego potrafi wstrzymać operacje lotnicze, wywołać opóźnienia i uruchomić procedury bezpieczeństwa, których koszt liczony jest w setkach tysięcy euro.
To właśnie dlatego rynek systemów antydronowych nagle bardzo przyspieszył. Wojna na Ukrainie, ataki na Bliskim Wschodzie i seria incydentów przy europejskich lotniskach pokazały, że tanie bezzałogowce mogą siać chaos daleko poza klasycznym polem walki. A skoro dron może kosztować niewiele, ale zatrzymać operacje warte miliony, to wszyscy zaczęli szukać sposobu, by zobaczyć go wcześniej i zatrzymać bez katastrofy.
Lotnisko nie może po prostu strzelać do drona
Największy problem cywilnych obiektów polega tak naprawdę na tym, że wojskowe rozwiązania nie dają się łatwo przenieść jeden do jednego. Na froncie można użyć karabinu, zagłuszarki, amunicji programowalnej, drona przechwytującego albo rakiety. Nad lotniskiem sprawa robi się znacznie trudniejsza.
Nie można bez namysłu odpalić broni w rejonie pełnym pasażerów, samolotów, terminali, cystern z paliwem i zabudowy. Nie można też swobodnie zagłuszać sygnałów, bo zakłócenia radiowe i GPS mogą uderzyć w komunikację, nawigację, systemy bezpieczeństwa i zwykły ruch lotniczy. To dlatego wiele lotnisk koncentruje się najpierw na wykrywaniu, klasyfikowaniu i śledzeniu dronów, a dopiero potem na pytaniu, kto i czym może je neutralizować.
Wszystko tak naprawdę zaczyna się od odpowiedzi na kilka prostych pytań: co właściwie leci, gdzie się znajduje, na jakiej wysokości i czy to rzeczywiście dron. Może to być ptak, popularny quadcopter, większy bezzałogowiec, nieostrożny hobbysta albo ktoś działający celowo. Bez takiej wiedzy łatwo zareagować za późno albo przeciwnie – wywołać alarm bez potrzeby.
Wojna przyspieszyła rynek. Lotniska płacą za to wysoką cenę
Drony zakłócają lotnictwo od lat. Wystarczy przypomnieć wielkie problemy lotniska Gatwick jeszcze sprzed obecnej fali wojen dronowych. Nowe jest jednak tempo i skala zagrożenia. Drony używane na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie pokazały, że małe platformy mogą wykonywać rozpoznanie, uderzać w infrastrukturę, latać daleko i działać w grupach.
Cywilni operatorzy zaczęli kupować technologie, które jeszcze niedawno kojarzyły się głównie z wojskiem. Na rynku pojawiają się radary krótkiego zasięgu, czujniki radiowe, kamery elektrooptyczne, systemy AI do klasyfikacji obiektów, zagłuszarki, drony przechwytujące i rozwiązania łączące kilka warstw detekcji naraz.
Jak podaje Reuters, norweski operator Avinor, zarządzający 43 lotniskami, zainstalował już system wykrywania dronów, bo incydenty z bezzałogowcami powodowały zakłócenia i opóźnienia w ruchu lotniczym. Inne porty w Europie także szukają mocniejszych zabezpieczeń, szczególnie po alarmach i podejrzeniach dotyczących dronów w rejonie lotnisk w Monachium czy Kopenhadze.
Firmy od ochrony przed dronami mają teraz żniwa
Analitycy szacują, że globalny rynek technologii antydronowych jest dziś wart od 3 do 7 mld dol. i rośnie o ok. 20 proc. rocznie. Jedna z prognoz zakłada wzrost do 14,5 mld dol. w 2030 r. To już nie jest nisza dla wojskowych laboratoriów. To coraz większy segment przemysłu bezpieczeństwa.
Na tej fali rosną takie firmy, jak Dedrone, RobinRadar, DroneShield, Echodyne, Hensoldt czy producenci większych systemów wojskowych. Jedni sprzedają radary, inni czujniki radiowe, kolejni systemy zakłócania albo oprogramowanie, które ma odróżniać drony od ptaków i fałszywych alarmów.
Wzrost popytu jest tak szybki, że część firm rozbudowuje moce produkcyjne. Echodyne zapowiada nowy zakład, który ma zwiększyć roczną produkcję radarów do ponad 30 tys. sztuk. Dla branży to złoty moment, ale dla klientów oznacza także ryzyko. Gdy rynek działa w trybie paniki, łatwo kupić coś bardzo drogiego, co dobrze wygląda na prezentacji, ale gorzej działa w rzeczywistym środowisku.
Najtrudniej odróżnić zagrożenie od zwykłego szumu
Lotnisko, port albo rafineria nie potrzebują systemu, który co chwilę podnosi alarm bez powodu. Fałszywy alarm także kosztuje: zatrzymuje operacje, angażuje służby, opóźnia loty i z czasem obniża zaufanie do całego systemu. Właśnie dlatego detekcja dronów to nie tylko złapanie kropki na radarze.
Mały bezzałogowiec może wyglądać w danych podobnie do ptaka, zakłócenia albo odbicia od tła. Może lecieć nisko, w pobliżu budynków, drzew, anten i metalowej infrastruktury. Może mieć mało elementów odbijających fale radaru. Może też nie nadawać sygnału radiowego w sposób łatwy do przechwycenia.
Właśnie dlatego nowoczesne systemy antydronowe łączą kilka warstw: radar, czujniki radiowe, optykę, termowizję, akustykę i algorytmy klasyfikacji. Dopiero z takiego zestawu da się zbudować obraz, który nie tylko pokazuje coś latającego w powietrzu, ale pozwala zdecydować, czy to rzeczywiście zagrożenie.
Największy kłopot to prawo
Na wojnie odpowiedź bywa brutalnie prosta. W cywilnej przestrzeni powietrznej jest znacznie trudniej. Kto może wydać decyzję? Policja? wojsko? operator lotniska? służby ochrony? Czy wolno zagłuszać? Czy wolno przejąć kontrolę? Czy wolno użyć drona przechwytującego? Kto odpowiada, jeśli spadający bezzałogowiec coś uszkodzi?
To dlatego część firm może mieć świetną technologię, ale jej użycie zależy od państwa, przepisów i procedur. Same lotniska nie mogą rozwiązać tego problemu zakupem pudełka z antenami. Potrzebują jasnych zasad, kto reaguje i jak daleko można się posunąć.
W Europie ten problem będzie wracał coraz częściej. Drony stały się tanie i powszechne, a infrastruktura krytyczna coraz bardziej zależy od ciągłości jej działania. To bardzo zła kombinacja: mały obiekt za kilka tysięcy zł może zatrzymać system, którego przerwa kosztuje wielokrotnie więcej.
Polska też nie jest poza tym problemem
Dla Polski to nie jest problem, który dotyczy tylko lotnisk w Norwegii, Niemczech czy Danii. Także nasze lotniska i obiekty infrastruktury krytycznej muszą brać pod uwagę różne scenariusze z udziałem dronów – od nieodpowiedzialnego hobby, przez świadome naruszenia przestrzeni powietrznej, aż po działania o charakterze hybrydowym. Zresztą incydenty z dronami przy polskich lotniskach już nieraz pokazywały, że naprawdę niewiele potrzeba, by stworzyć zagrożenie dla ruchu lotniczego.
Do tego dochodzi wojna tuż za naszą wschodnią granicą. Drony stały się jednym z podstawowych narzędzi walki, rozpoznania i presji psychologicznej. Trudno więc zakładać, że ich rola zatrzyma się na froncie. W logice wojny hybrydowej bezzałogowiec nad lotniskiem, rafinerią, portem albo elektrownią nie musi niczego zniszczyć, żeby osiągnąć efekt. Czasem wystarczy, że zmusi wszystkich do zatrzymania pracy i sprawdzenia, co się dzieje.
Przeczytaj także:
Właśnie dlatego systemy antydronowe będą coraz częściej pojawiać się nie tylko w wojsku, ale też przy cywilnych obiektach. Pytanie nie brzmi już, czy je kupować. Pytanie brzmi, jak nie kupić drogiej iluzji bezpieczeństwa.
*Źródło grafiki wprowadzającej: alexandrumagurean, Getty Images Signature, Canva Pro / Canva Pro
O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.