Widły na superinteligencję. Jak strach przed AI rodzi nowy populizm 

Lokalne protesty pod Warszawą, koktajle Mołotowa w Dolinie Krzemowej i rosnący lęk przed cyfrowym feudalizmem. Opór wobec sztucznej inteligencji przestał być domeną "foliarzy" i teorii spiskowych – staje się nowym ruchem społecznym. Czy protesty przeciwko serwerowniom i rzekomemu "cyfrowemu Bogu" to ślepy bunt neoluddystów, czy trzeźwy zryw w obronie ludzkiej sprawczości?

Widły na superinteligencję. Jak strach przed AI rodzi nowy populizm 

Podwarszawskie Piaseczno. Przy ulicy Energetycznej trwa protest mieszkańców. To już kolejna manifestacja części lokalnej społeczności sprzeciwiającej się budowie centrum danych. Za inwestycję odpowiada spółka Sien Real, kontrolowana przez Budimex. Według danych Przedsiębiorstwa Wodociągowo-Kanalizacyjnego w Piasecznie obiekt może zużywać do 286 m³ wody na dobę, co odpowiada dziennemu zapotrzebowaniu osiedla liczącego około 2–3 tysiące mieszkańców.

Jak zauważają protestujący: "Nikt nie chce mieszkać obok takiego obiektu przemysłowego, który będzie hałasował przez 24 godziny na dobę, zanieczyszczał powietrze i tworzył wyspę ciepła".

W centrum danych ma działać 112 dry coolerów, czyli urządzeń chłodniczych. Każde z nich ma emitować hałas na poziomie do 93 decybeli. Dla porównania to głośność młota pneumatycznego lub maksymalna dopuszczalna norma hałasu wydechu dla samochodów osobowych z silnikiem benzynowym.

Choć przedstawiciele Sien Real oraz zaproszeni eksperci próbują uspokajać, że nawet osoby mieszkające bliżej niż 100 metrów od planowanej inwestycji nie mają się czego obawiać, a eksploatacja obiektu nie wpłynie na środowisko, część mieszkańców wie swoje.

I choć w Piasecznie zarzewiem konfliktu są zużycie wody, pobór prądu i obawy o niszczenie środowiska, pojawiają się też głosy, że nie chodzi wyłącznie o zasoby. Liczy się także przeświadczenie, że "za rozwojem AI stoją źli ludzie".

To nie pierwsze i z pewnością nie ostatnie protesty przeciwko centrom danych w Polsce. Fala niechęci do takich inwestycji – a szerzej: do nowoczesnych technologii – rozlewa się po całym kraju, obok Piaseczna były już protesty: w Regułach, Michałowicach czy Bielsku-Białej. 

Kiedyś sprzeciwiano się masztom 5G i wiatrakom, dziś obiektem niechęci staje się AI. 

Można by powiedzieć: z jednej strony nic nowego; z drugiej, o ile wiatraki wbrew twierdzeniom niektórych nie wpływały na to, że "kury przestawały się nieść, a kobiety rodzić", to centra danych mogą mieć jakiś wpływ na życie ludzi i zwierząt.

Rzecz w tym, że rozwój sztucznej inteligencji – do czego przyznają się eksperci dalecy od spiskowych teorii oraz osoby przychylne nowym technologiom – bardzo często wiąże się z realnymi stratami. Protesty przeciwko centrom danych czy nieregulowanemu rozwojowi AI to nie ciemnogród – wręcz przeciwnie. To objaw rosnącej świadomości, choć trzeba pamiętać, że krytyczne myślenie leży tu niebezpiecznie blisko doomeryzmu i populizmu.

Stany widmowe 

Widmo krąży po Polsce – widmo populizmu. To nie naiwny neoluddyzm, to też żaden rajd wyznawców teorii spiskowych. To bunt tych, którym obiecano raj, a dostają ochłapy, toną w ścieku, gubią się w dezinformacji, zmywa ich fala gównianych treści, produkcji i narracji. 

Przestajemy wierzyć w czarnoksiężników w golfach, którzy deklarują, że za chwilę zbawią lub unicestwią ludzkość. Jeszcze Szamani AI próbują zaklinać rzeczywistość, głoszą kaweczyzmy tego świata, ale zaklęcia tracą moc. Widły na elity superinteligencji i ich pomagierów (nazwijmy tak tych wszystkich ewangelistów i tanich entuzjastów AI) ostrzą jednak populiści, wśród których prym wiodą młodzi. Zetki boją się sztucznej inteligencji, choć to w ich życiu jest ona najbardziej obecna: korzystają z nią, konsumują ją, żyją w jej ekosystemie. 

Gdy tylko ChatGPT pomoże im wymyślić zgrabne hasła, malować transparenty i iść na manifestację, ci bardziej zapłaczywi rzucają koktajlami Mołotowa w domy technofeudalów. Kończy się spalonym trawnikiem, grzywną i poparzonymi dłońmi aktywisty. Walec historii jedzie dalej, choć może walec to niewłaściwe słowo. To raczej superszybki bolid miażdżący maluczkich.

Doomeryzm opiera się na skrajnym pesymizmie, fatalizmie oraz nihilizmie wobec przyszłości. Doomeryści jojczą o katastrofie. Im nawet promptów dla protestsongów w Gemini nie chce się pisać. Co innego populiści. Oni sami się nakręcają. Czy skończą jak Ostatnie Pokolenie? Na koniec dnia okaże, się, że to kolorowa, głośna, wyśmiewana, ale za to pozbawiona sprawczości grupa? 

Żeby na to odpowiedzieć trzeba nam wiedzieć kim w rzeczywistości są populiści AI (doomerystów na razie zostawiamy, im i tak jest już smutno i źle). 

– Pojęcia takie jak "doomeryzm" czy "populizm" stały się dziś dyżurnymi pałkami w debatach publicznych. Ale jak mądrze przypomina politolog Jan-Werner Müller, sam sprzeciw wobec elit to za mało, by ogłosić kogoś populistą. Do prawdziwego populizmu potrzeba antypluralizmu i przekonania, że tylko my reprezentujemy „prawdziwy lud”, a reszta to sprzedajni wrogowie – zauważa Krzysztof Kornas, publicysta popularnonaukowy, kurator projektów naukowo-artystycznych, analityk trendów.


Zwraca uwagę na inicjatywę Pro-Human Assembly, głośne wydarzenie, które odbyło się 15 września tego roku w Waszyngtonie. 

Konferencja Pro-Human Assembly, za której organizacją stoi fundacja Future of Life Institute, przynajmniej w założeniach wygląda na wydarzenie inkluzywne i pluralistyczne. W jednej sali spotkali się progresywni demokraci, wolnorynkowcy, związkowcy, hierarchowie kościelni, artyści i naukowcy. I nikt nie ukrywał tam różnic w podejściu do wielu kwestii.

Ale czy gdy przy jednym stole siadają demokratyczny socjalista Bernie Sanders, szef kampanii wyborczej i doradca prezydenta Donalda Trumpa Steve Bannon, noblista Daron Acemoglu, biskupi oraz związkowcy, to czy możemy mówić o populizmie?

– W założeniach to rzadka próba zbudowania inkluzywnego, ponadpartyjnego sojuszu. Z drugiej strony trudno nie zauważyć, kto pociąga za niektóre sznurki. Organizator wydarzenia, przez lata zasilany milionami Elona Muska, opanował do perfekcji sztukę tworzenia medialnego szumu – zauważa Jacek Mańko, asystent w Katedrze Zarządzania w Społeczeństwie Sieciowym w Akademii Leona Koźmińskiego.

Czegóż tam zresztą nie było! Wszystkie kataklizmy świata, zastępy jeźdźców cyfrowej apokalipsy, trąd i malaria AI, smutek, rozbicie i rezygnacja. Z drugiej strony: lud idący na barykady oraz hasła o tym, że czas zburzyć Bastylię Doliny Krzemowej, przejąć władzę i zmienić oblicze ziemi. Tej ziemi.

Rzecz w tym, że straszenie apokalipsą i "wszechobecną superinteligencją" – zakazywanie AI budowania broni masowego rażenia czy uczenia się "unikania wyłączenia" – bywa zarówno strategią populistów, jak i cyniczną grą PR-ową ich oponentów: szefów wielkich firm technologicznych. W rzeczy samej nadawanie technologii boskich, wręcz demonicznych cech paradoksalnie umacnia jej twórców. Jeżeli przekonamy społeczeństwo, że tworzymy cyfrowego Boga, to tylko my – kapłani z Doliny Krzemowej – będziemy mogli nad nim panować. A przy okazji przemyci się narracja o konieczności monopolizacji rynku.

Niechęć społeczna nie bierze się jednak ze strachu przed zbuntowaną pralką czy Terminatorami. Bierze się ze zrozumienia, czym w gruncie rzeczy jest obecny boom na AI: prywatyzacją zysków przy jednoczesnym uspołecznieniu kosztów. I na tym wyrastają dwie głowy tej bękarciej hydry: populizm oraz doomeryzm.

– Oni wszyscy są bardzo podobni w swoim sekciarskim podejściu do AI. W tym sensie doomerzy, populiści i ewangeliści AI stanowią spójną grupę – podkreśla z kolei prof. Aleksandra Przegalińska, filozofka, futurystka i badaczka rozwoju nowych technologii, profesorka Akademii Leona Koźmińskiego.

Badaczka zauważa, że niechęć do AI w Stanach Zjednoczonych jest dużo większa niż w Europie czy w Polsce.

– Nad Wisłą wciąż dominuje myślenie, że chcemy gonić, a nawet przegonić Zachód, podczas gdy za Oceanem niechętni sztucznej inteligencji są zarówno wyborcy Demokratów, jak i Republikanów. To mocny temat polityczny – dodaje Przegalińska.

To właśnie zza Oceanu dochodzi do coraz częstszych prób podpaleń centrów danych, tam zdarzają się fizyczne ataki na baronów AI, tam trwają największe protesty, ale tam też – gdzie kapitalizm ma najbardziej bezwzględne oblicze – widać pierwsze ofiary technologicznej (r)ewolucji.

– Ludzie mogą uważać sztuczną inteligencję za pożyteczną, a mimo to kwestionować jej bezpieczeństwo lub to, kto nad nią sprawuje kontrolę. Jednym z czynników jest zaufanie. W badaniu Quinnipiac University AI Poll z września 2026 roku 74 proc. Amerykanów zadeklarowało małe zaufanie lub brak zaufania do liderów firm zajmujących się AI. Istotne jest również doświadczenie w kontakcie z tymi technologiami. W naszych badaniach nad osobowością AI opublikowanych w Harvard Business Review zachowaliśmy te same możliwości techniczne, zmieniając jedynie sposób jej zachowania. Manipulacyjna i kierująca się własnym interesem sztuczna inteligencja wywoływała większy dyskomfort i opór. Tak więc niechęć może wynikać w mniejszym stopniu z samej AI, a w większym z tego, jak ludzie jej doświadczają – zauważa dr Tamilla Triantoro, badaczka związana z Uniwersytetem Quinnipiac i współautorka (wraz z prof. Przegalińską) książki "Przenikanie umysłów". 

To nie zawsze, a raczej rzadko chodzi o technologię samą w sobie. Laboratoria sztucznej inteligencji jawią się teraz niczym nowe oblicza amerykańskiej oligarchii – przerażająca koncentracja władzy ekonomicznej i społecznej, prowadząca do narastającego, skrajnego modelu nierówności, który od dziesięcioleci niszczy życie Amerykanów. Jeśli przyszłość należy do sztucznej inteligencji, jak nam się często powtarza, to dla wielu jest niepokojące, a dla niektórych wręcz oburzające, że tak niewielu ludzi sprawuje nad nią tak absolutną kontrolę.

– Trzeba jednak wyraźnie odróżnić criti-hype i futurewashing od autentycznych problemów, uzasadnionych ostrzeżeń płynących z wnętrza branży oraz doświadczeń poszkodowanych obywateli. W firmach AI szeregowi programiści bywają kneblowani, o tym również mówiono podczas Pro-Human Assembly. O awariach, braku kontroli nad systemami AI, oszukiwaniu badaczy podczas testów ewaluacyjnych czy łamaniu zabezpieczeń zewnętrznych firm przez agentów AI dowiadujemy się często dopiero po fakcie, od poszkodowanych lub sygnalistów – dodaje Krzysztof Kornas. 

Amerykanie mają wrażenie, że liczy się tylko AI. Nawet prezydent USA Donald Trump tak bardzo się o nią troszczy, że nakazuje zmianę nazwy ze sztucznej inteligencji, na superinteligencję.

Tymczasem Stany Zjednoczone zmagają się obecnie z poważnym kryzysem kosztów utrzymania, napędzanym w dużej mierze przez niedobór mieszkań, wynoszący około 10 milionów jednostek. W zeszłym USA wydały więcej pieniędzy na budowę infrastruktury AI niż na domy jednorodzinne. Zbudowano 10 razy więcej centrów danych niż kolejny największy deweloper (Niemcy). Zainwestowano w AI ponad 20 razy więcej pieniędzy niż drugi największy inwestor na świecie (Chiny). 

Według niedawnego sondażu Quinnipiac jedyną grupą dochodową, która z optymizmem patrzyła na rolę technologii w codziennym życiu, były osoby zarabiające ponad 200 tysięcy dolarów rocznie.

Ludzie widzą, że liczy się wyłącznie "superinteligencja", a oni sami traktowani są jak zwykle – jako biomasa, bo przecież nawet nie jako pionki. Te ostatnie – trzymając się szachowej analogii – mają przynajmniej jakąś siłę i mogą zbić hetmana. W tym wypadku przeciętny Smith nie ma nawet wstępu do sali, w której stoi szachownica.

Laboratoria sztucznej inteligencji jawią się teraz niczym nowe oblicza amerykańskiej oligarchii – przerażająca koncentracja władzy ekonomicznej i społecznej, prowadząca do narastającego, skrajnego modelu nierówności, który od dziesięcioleci niszczy życie Amerykanów. Ilustracja: Shutterstock / Andrea Danti

W polskiej kolonii po staremu  

Jak słusznie przewidywał swego czasu zespół Big Cyc: tu nie będzie rewolucji.

Z perspektywy Warszawy czy Krakowa amerykańskie emocje wokół AI mogą wydawać się zamorską egzotyką. Nie znaczy to jednak, że w Polsce nic się nie dzieje. Warszawa i okolice skupiają dziś około 80 proc. mocy obliczeniowej polskich serwerowni. Rynek ten obejmuje już dziesiątki dużych, komercyjnych obiektów – według danych DC Atlas to 62 operacyjne centra danych o potencjalnej mocy 548 MW, a szersze katalogi mówią nawet o 100–200 takich punktach.

Gdy Francuzom coś się nie podoba, wychodzą na ulice, co doskonale widać w pierwszych tygodniach października. Tam narodowy gen rewolucji spotyka się – niestety – z naturalną skłonnością do zadym. Może i chodzi o ideały, ale na koniec dnia "warto" wybić parę sklepowych witryn, ukraść kilka torebek Louisa Vuittona i spalić tuzin radiowozów.

W Stanach Zjednoczonych jest spokojniej, co nie znaczy, że bez emocji. Są pikiety, pikniki i festyny; są studenci, mniejszości i politycy. Na kampusach trwają strajki pod hasłami, że "AI zabiera nam przyszłość" i odbywają się debaty, jak wspomniana wcześniej inicjatywa The Pro-Human Assembly.

W Polsce panuje natomiast wyczekiwanie: po której stronie się opowiedzieć i jak zareagować. Mistrzem tej postawy jest minister Gawkowski, który jedną ręką grozi Big Techom, a drugą ściska dłonie ich przedstawicieli. Czy rewolucja AI to szansa, czy zagrożenie? Jeśli szansa, to ile skapnie nam z typowo nadwiślańskiej "murzyńskości" (cytując Radosława Sikorskiego) i lojalności?

Jak zauważa Jacek Mańko, choć w Polsce pojawiają się lokalne (by nie użyć paskudnego słowa: franczyzowe) inicjatywy, takie jak Pause AI Polska czy AI Safety Polska, trudno tu o ruchy masowe. 

– Nie wiem, czy w Polsce mamy warunki do rozwoju tego rodzaju aktywizmu.  Na pewno AI Safety Polska jest o tyle ciekawe, że jest tam sporo osób powiązanych z instytutami badawczymi czy akademią, bardzo zainteresowanych technicznymi aspektami badań nad AI, na przykład wyjaśnialnością modeli – podkreśla. 

Zarazem niepokoją silne powiązania tego ruchu z efektywnym altruizmem. 

– W tym kontekście zastanawia mnie też, dlaczego część osób, które wcześniej alarmowały o rychłej zagładzie ludzkości z powodu zmian klimatycznych, dziś zaczęła koncentrować się na zagrożeniach ze strony AI. Czy zmienia się przedmiot katastroficznej narracji, czy raczej utrwala pewien sposób myślenia o przyszłości? – pyta retorycznie Mańko.

W rzeczy samej nasza debata publiczna wciąż bywa zdominowana przez hurraoptymistycznych popularyzatorów i "ewangelistów AI" – przede wszystkim związanych z biznesem, choć część naukowców i popularyzatorów nauki również ma tu coś na sumieniu. Jak zauważyła w rozmowie z nami Karen Hao, jedna z najbardziej znanych dziennikarek technologicznych na świecie i autorka książki Imperium sztucznej inteligencji. Sny i koszmary w OpenAI Sama Altmana, Polska jest jedynie klientem technologii. A klienci raczej się nie buntują – oni pytają o cenę i korzyści.

– Do pewnego stopnia wynika to zapewne z sukcesów polskich założycieli firm z branży AI. OpenAI ma silną polską reprezentację, a ElevenLabs znajduje się obecnie w ścisłej czołówce polskich spółek pod względem wyceny. Najbardziej frustrujące jest jednak bezrefleksyjne powielanie narracji z Doliny Krzemowej o AGI (ogólnej sztucznej inteligencji – przy. red). Niektórzy liderzy opinii sprawiają wręcz wrażenie, jakby nie mogli się doczekać końca epoki dominacji "białkowych dwunogów", którzy przekażą koronę stworzenia nowemu, rzekomo doskonalszemu gatunkowi –  komentuje Krzysztof Kornas.

Jego zdaniem wciąż zbyt słabo słyszalny jest głos kognitywistów i badaczy mózgu, którzy wiedzą o umyśle, inteligencji i świadomości znacznie więcej niż informatycy czy fizycy. Potrafią też niuansować dyskusję o różnicach między „myśleniem” systemów AI a funkcjonowaniem ludzkiego mózgu. 

– Doomeryzm może wydawać się w Polsce zjawiskiem odległym, ponieważ nie prowadzimy z nikim bezpośredniego wyścigu o dominację w AI na miarę rywalizacji USA z Chinami. Zakładam więc, że paliwem dla narracji proludzkich będą u nas przede wszystkim konkretne ludzkie doświadczenia – podkreśla Kornas. 

W Polsce wolimy widzieć, że ElevenLabs jest "polskie" a w OpenAI to przecież polski produkt niemalże jak śliwka w czekoladzie, ale nie dostrzegamy sieci, która tkają wokół naszej administracji, infrastruktury i instytucji Big Techy, o czym zresztą świetnie pisała Sylwia Czubkowska w książce “Bóg Techy”. 

Tymczasem polski rząd zacieśnia współpracę z Palantirem i Microsoftem. Warto odnotowac ścisłe związki Alexa Karpa, a pośrednio także Petera Thiela, z koncernem Axel Springer, który jest właścicielem i wydawcą wielu tytułów medialnych w Polsce, od Onetu, przez Newsweek po Forbes. 

– Rodzice, nauczyciele, artyści i młodzi ludzie – również w Polsce – coraz wyraźniej dostrzegają zagrożenia związane z zalewem kultury i edukacji tak zwanym slopem, plagą uzależnień behawioralnych oraz niszczeniem relacji międzyludzkich. Szkoda tylko, że tak niewiele mówią na ten temat hierarchowie kościelni, zwłaszcza po publikacji Magnifica humanitas Leona XIV. A przecież mogłoby to stanowić istotny głos w polskiej debacie – zauważa Kornas.

Zdaniem Kornasa nie brakuje przy tym postulatów, które mogą połączyć ludzi ponad podziałami politycznymi.

– To na przykład right to grow, czyli prawo do rozwoju, zakaz podszywania się botów pod ludzi, obowiązkowe testy bezpieczeństwa przed wdrożeniem systemów (analogiczne do tych stosowanych przy lekach) czy osobista odpowiedzialność karna menedżerów firm technologicznych za wyrządzone szkody. To kwestie uniwersalne i ważne niezależnie od lokalnego kontekstu politycznego – wymienia.

Siewcy strachu szykują się na żniwa

Wszyscy wiemy, że rewolucje tożsamościowe zawsze kończą się tak samo – stają się jedynie produktem na półkach sklepowych. Nie trzeba być szczególnie bystrym, by zauważyć, że ruchy takie jak LGBTQ+ czy BLM najlepiej wypadły na koszulkach, klapkach i kubkach. Populizm i doomeryzm wokół AI również mogą być wyłącznie trampoliną dla polityków, aktywistów i działaczy.

– Strach przyciąga uwagę, co może przynosić korzyści politykom, mediom, grupom kampanijnym i firmom technologicznym. Przedstawianie AI jako technologii niezwykle potężnej może również wzmacniać twierdzenia firm na temat ich własnych produktów – zauważa dr Tamilla Triantor.

Fundamentalną strategią obrony pozycji, wpływów i pieniędzy przez Big Techy wydaje się więc rozsądne zarządzanie strachem. W tym sensie populizm i doomeryzm są poręcznymi narzędziami, a nie przeszkodą w ich biznesie.

– Rozwój mediów społecznościowych pokazał, jak łatwo zlekceważyć długofalowe konsekwencje technologii, które początkowo przedstawiano jako narzędzia komunikacji i demokratyzacji dostępu do informacji. Czy dziś, w kontekście sztucznej inteligencji, popełniamy podobny błąd? Z jednej strony coraz częściej krytykujemy algorytmy platform społecznościowych za ich nieprzejrzystość i destrukcyjny wpływ na życie społeczne, z drugiej – chatboty i modele językowe traktujemy często jako zupełnie odrębną kategorię technologii. Tymczasem za obiema stoją te same firmy, podobne mechanizmy koncentracji władzy i nieprzejrzyste systemy algorytmiczne. Dlaczego tak trudno dostrzec tę ciągłość? I czy zamiast koncentrować się na hipotetycznej zagładzie ludzkości przez AI, nie powinniśmy przede wszystkim rozliczyć branży technologicznej z realnych konsekwencji jej dotychczasowej działalności? – tłumaczy Mańko.

Pustynnienie krajobrazu, wysychające rzeki, wyższe temperatury. Te plastyczne obrazki działają na wyobraźnię – i to właśnie takie wizje podsuwają nam same firmy technologiczne. To ten rodzaj populizmu chcą pompować i nim grać.

W Piasecznie, Iowa czy Katalonii łatwiej mówić o problemach z wodą, które niesie rozwój AI (i które da się rozwiązać), niż o kwestiach nierówności, polaryzacji czy ogłupienia (których tak łatwo rozwiązać się nie da).

– Ważna jest przy tym właściwa diagnoza problemu. To nie jest tylko kwestia zasobów, czy monopoli. Błędem jest myślenie, że wystarczyłoby rozbić Facebooka na mniejsze firmy i postawić na ich czele "milszych ludzi", by problem zniknął. Jakby źródłem problemu nie była sama architektura produktów Mety – wyjaśnia Kornas i dodaje, że kosmetyczne zmiany nie wystarczą, bo potrzebne są twarde regulacje.

– Ich wprowadzanie dodatkowo utrudnia hype i mydlenie oczu futurologią. Technobaronowie chcą, byśmy bali się ich rzekomo boskiej potęgi na tyle, żebyśmy uznali pęd technokapitału za nieuchronny, a im samym pozwolili tworzyć dla siebie łagodne zasady gry w ramach tzw. samoregulacji – podsumowuje.

Vox Populi, vox Dei

W czasie, gdy w Stanach Zjednoczonych, a w mniejszym stopniu na całym świecie rośnie fala populizmu i doomeryzmu AI, to wyłasnicy firmy Anthropic, pielgrzymują do papieża Leona XIV wyprosić, żeby ten uznał, że sztuczna inteligencja, czy już nawet superinteligencja ma duszę. Pontifeks wykazuje się godną podziwą trzeźwością i odpornością na takie propozycje, więc wciąż niebo i piekło zarezerowane są wyłącznie dla ludzi.

Boimy się AI tak jak wojny, choroby czy kataklizmu naturalnego, a zarazem wierzymy, że za możliwą klęską stoi człowiek, a nie Bóg. To myśl co najmniej pokrzepiająca. Negocjacje z Bogiem są trudne, jeśli w ogóle możliwe, a człowiek – nawet tak aspołeczny jak Sam Altman – jest do urobienia. Albo do uregulowania.

Technologia nie jest prawem natury. To rezultat konkretnych decyzji ekonomicznych, politycznych i społecznych. Możemy wybierać, gdzie ją wdrażać, jak ją regulować i jakie obszary ludzkiej aktywności chronić przed automatyzacją. Możemy też uznać, że nie wszystko, co da się zoptymalizować, powinno zostać zoptymalizowane. Wymaga to jednak odrzucenia przekonania, że wydajność jest najwyższą miarą postępu, a oszczędność czasu zawsze oznacza poprawę jakości życia.

Jak zauważa Krzysztof Kornas, strach przed AI może być wymarzonym narzędziem marketingowym i politycznym dla Big Techu i polityków. Oczywiście pod warunkiem, że sami go reżyserują i wyznaczają jego granice. Może być jednak również szansą, nawet jeśli niewielką, dla mas.

Wolność nie polega na tym, że nie musimy już niczego robić. Polega na tym, że możemy świadomie zdecydować, co warto robić, nawet jeśli wymaga to czasu, cierpliwości i pracy. I być może właśnie od tej prostej myśli powinien zacząć się poważny spór o sztuczną inteligencję.

W tym przypadku głos ludu może być głosem boskim. Takim, który nadaje kształt, siłę i wolę. Głosem człowieka, który – idąc nie tylko za biblijną egzegezą – został stworzony na obraz Boga. Głosem ludu, a nie elit: tak samo żarłocznych, co krótkowzrocznych.

Ilustracja tytułowa: Shutterstock / Andrea Danti