11 marca 2024 roku, Bruksela.

– Bez zbędnej zwłoki podejmiemy działania przygotowawcze do wdrożenia dyrektywy do prawa polskiego – mówi Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, szefowa Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, zaraz po tym jak na posiedzeniu EPSCO, czyli unijnej Rady do spraw Zatrudnienia, Polityki Społecznej, Zdrowia i Ochrony Konsumentów, przyjęto dyrektywę w sprawie poprawy warunków pracy za pośrednictwem platform internetowych znają jako dyrektywę o pracy platformowej.

Dziemianowicz-Bąk jest wtedy szefową resortu od trzech miesięcy. Na jego czele stanęła 13 grudnia 2023 roku po tym, jak Koalicja Obywatelska wraz z Trzecią Drogą i Nową Lewicą przejęły władzę po 8 latach rządów Prawa i Sprawiedliwości. Wywodząca się z lewicowych środowisk polityczka na sztandar bierze poprawę losu pracowników, w tym których pracę zmieniają technologie. Podkreśla, że "nie można patrzeć tylko na innowacyjność i wygodę zautomatyzowanych systemów i aplikacji", lecz trzeba "widzieć przede wszystkim ludzi i ich pracę i zapewnić im odpowiednią ochronę".

– Świat pracy się zmienia. To ważne, by polityka i prawo nadążały za tymi zmianami - a kiedy trzeba, nadawały im właściwy i bezpieczny kierunek – dodawała na X szefowa resortu pracy.

Rok później, marzec 2025 roku.

O wdrożenie dyrektywy ministrę pyta w specjalnej interpelacji poseł Waldemar Sługocki z Koalicji Obywatelskiej. W odpowiedzi Agnieszka Dziemianowicz-Bąk pisze, że „projekt przepisów wdrażających dyrektywę trafi do uzgodnień w drugiej połowie roku”, czyli prawdopodobnie jesienią 2025 roku. Ale nic takiego się nie wydarza.

Prace nad projektem się wydłużają o kolejne miesiące. W lutym 2026 roku, czyli już dwa lata po przyjęciu unijnej dyrektywy resort – co zapowiada dziennik "Rzeczpospolita" –  zapowiada że ostatecznie projekt ustawy trafi do konsultacji w I kwartale 2026 roku.

Jednak i tym razem nic takiego się nie dzieje.

Czas płynie. Od dumnych zapowiedzi niezwłocznych działań mijają kolejne miesiące. Świat pracy zgodnie z tym, co mówiła Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, faktycznie dynamicznie się zmienia. Jego zasady do góry nogami wywracają technologie upowszechniające pracę platformową, której konstrukcja systemowo odbiera pracownikom fundamentalne prawa.  

Jak to wygląda od lat opisujemy w Magazynie Spider’sWeb+. Platformy pod płaszczykiem rzekomej innowacyjności, niezależności i elastyczności czynią np. z kurierów "niezależnych przedsiębiorców", co pozwala im omijać tradycyjne obowiązki pracodawcy zawarte w Kodeksie Pracy.

W efekcie "pracownicy-przedsiębiorcy" nie wiedzą czy i ile będą pracować, ile będzie wynosić ich wypłata. Są też pozbawieni prawa do płatnego urlopu, zwolnień lekarskich, odpraw czy ubezpieczenia. A algorytmiczne zarządzanie pozbawia ich realnej możliwości negocjowania warunków czy zrzeszania się w związki zawodowe, tworząc asymetrię rynkową, w której całe ryzyko biznesowe począwszy od przestojów, przez awarie sprzętu, aż po wypadki przy pracy, zostaje przerzucone bezpośrednio na barki jednostki.

Pyszne pl gadżety
Warunki pracy kurierów znacznie odbiegają od standardów tradycyjnego zatrudnienia. Artem Stepanov / Shutterstock

Mimo głośnych publikacji, interwencji posłów i Adama Bodnara, Rzecznika Praw Obywatelskich ani poprzedni rząd Prawa i Sprawiedliwości ani obecny, na czele którego stoi Donald Tusk nic z pęczniejącym problemem pracy platformowej nie zrobił. Dlaczego?

– Przez lata wygodną wymówką było zwlekanie do momentu powstania regulacji na poziomie Unii Europejskiej, co uzasadniano tym, że dopiero wtedy międzynarodowe przepisy będą skuteczne – mówi Dominik Owczarek, ekspert rynku pracy z Instytutu Spraw Publicznych.

Ale w 2024 roku wraz z przyjęciem dyrektywy na poziomie unijnym ta wymówka powinna się skończyć. Nie skończyła a czas płynął dalej pozwalając pracy platformowej rozlać się na kolejne zawody, obejmując już nie tylko taksówkarzy czy kurierów dostarczających jedzenie z restauracji, lecz również tłumaczy, grafików, księgowe, pielęgniarki.

Wymieniać patologie można dużo dłużej, a polskich regulacji lub chociaż propozycji jak miałyby wyglądać, jak nie było, tak nie ma. A to nie pozostaje bez konsekwencji. Zwraca na to uwagę dr Jan Oleszczuk-Zygmuntowski, ekonomista, spółdzielca, specjalizujący się w dziedzinie gospodarki cyfrowej.

– Konsekwencje braku regulacji widzimy gołym okiem. Z jednej strony mamy do czynienia z masowym ściąganiem imigrantów, często z bardzo odległych części świata, by pracowali za pośrednictwem aplikacji cyfrowych, które całkowicie pozbawiają ich praw pracowniczych. Z drugiej zaś, wraz z rozpowszechnieniem się pracy platformowej, z dalszą erozją rynku pracy i przyzwoleniem do degradację standardów zatrudnienia. Z trzeciej zaś utrudnianie działalności tym firmom, które próbują działać etyczne i przestrzegać istniejącego prawa – mówi dr Jan Oleszczuk-Zygmuntowski.

Na polskim podwórku mowa tu przede wszystkim o Pyszne.pl. To firma mająca polskie korzenie. Powstała w 2010 roku we Wrocławiu a cztery lata później przejął ją globalny koncern Just Eat Takeaway. Na czele Pyszne.pl pozostał jednak jej współzałożyciel Arkadiusz Krupicz.

Od konkurencji, czyli przede wszystkim firm Uber, Glovo, Bolt czy Wolt różni się tym, że zatrudnia, a właściwie zatrudniała (o czym za chwilę) swoich kurierów na umowach zlecenie, bezpośrednio lub przez agencję pracy tymczasowej. Dla pracowników oznaczało to jako taką stabilność, przewidywalność nie tylko zatrudnienia, ale i tego ile zarobią, bo obowiązuje ich minimalna stawka godzinowa. Pyszne.pl kurierom oferowało też odzież i sprzęt, a wcześniej hub, czyli miejsce gdzie mogą naprawić rower, skorzystać z toalety, napić się wody itd. Ten ostatni zlikwidowwano pod koniec zeszłego roku, prawdopodobnie ze względu na oszczędności.

Konkurencja kurierom nie oferuje nic, bo w ogóle nie uważa ich za swoich pracowników. Platformy cyfrowe uznają, że są  tylko dostawcą technologii, a kurierzy formalnie umowy podpisują z dodatkowym podmiotem – partnerem flotowym. Ten zaś często oferuje im dwie umowy. Jedną umowę zlecenie w minimalnym zakresie np. na 1 godzinę oraz drugą na najem pojazdu: roweru, skutera a nawet telefonu. Tak jest po prostu taniej. A niska cena to klucz, aby przyzwyczaić konsumentów do swoich usług.

Prezes Pyszne.pl niejednokrotnie publicznie mówił więc o tym, że to gra na nierównym boisku i apelował o wdrożenie unijnej dyrektywy platformowej. Uzasadniał to tym, że jego firma starając się zachować chociaż minimalne standardy pracownicze, co w branży uznawano za luksus, ma wyższe koszty działalności. Podkreślał też, że brak działań państwa, to pozwalanie na nieuczciwą konkurencję.   

– Firmy powinny konkurować innowacjami, a nie cięciem wydatków na pracowników. Nie chcemy konkurować kosztami pracy kurierów, bo odbywa się to ze stratą dla nich np. poczucia bezpieczeństwa, przewidywalności zarobków – mówił w 2024 roku w Gazecie Wyborczej. – Bardzo mocno wierzymy, że dostawca jest pracownikiem – dodawał przyznając, że sprawą próbował zainteresować premiera Donalda Tuska i ministrów w jego rządzie, do których pisał listy.

Fot. Karolis Kavolelis / Shutterstock.com
Poprzez aplikacje często pracują migranci, nierzadko pochodząc z odległych państw. Fot. Karolis Kavolelis / Shutterstock.com

Trudno powiedzieć czy doczekały się odpowiedzi, ale na pewno nie doczekały się wyrównania boiska, aby gra była fair. 

To też zapewne przyczyniło się do tego, że kilka dni temu Pyszne.pl zrobiło zwrot o 180 stopni. Postanowiło zwolnić około 5000 tysięcy swoich kurierów i śladem Ubera, Wolta czy Glovo zacząć zatrudniać ich przez partnerów flotowych. Słowem: wyrównało warunki pracy w dół, aby dostosować się do istniejących realiów.

– Pyszne.pl bardzo zależało na przyjęciu dyrektywy, bo liczyło na ukrócenie samowoli konkurentów. Jednak w pewnym momencie, widząc brak jakichkolwiek postępów w resorcie, zrozumieli, że wdrożenia dyrektywy w Polsce w najbliższym czasie nie będzie a jeśli będzie, to z wielomiesięcznym opóźnieniem i długim okresem karencji. A to oznaczałoby, że przez kolejny rok albo dwa nic się na rynku nie zmieni – słyszymy od jednej z osób, która zna kulisy decyzji podjętej przez Pyszne.pl.

Zwraca ona uwagę, że takich decyzji zwykle nie ogłasza się publicznie z wielkim rozgłosem. Przeciwnie zmianę przeprowadza się po cichu, aby uniknąć kryzysu wizerunkowego.

– To że Pyszne.pl zdecydowało się na tak jawny ruch to nie przypadek, lecz przemyślana zagrywka taktyczna, mająca na celu skierowanie uwagi mediów i opinii publicznej na resort pracy i wybicie przekazu: "zobaczcie, do czego doprowadza wasza opieszałość". To celowy, brudny ruch wywarty na resort, aby zmusić go do działania – dodaje.

Potwierdzenia tych słów, choć oczywiście w PR-owej szacie, można doszukać się w oficjalnych komunikatach firmy.

"Przez lata szliśmy pod prąd z własnym, droższym i mniej elastycznym modelem logistycznym. Promowaliśmy to unikalne podejście i przekonywaliśmy do niego decydentów na różnych szczeblach, zarówno w Polsce, jak i w strukturach europejskich. Rzeczywistość pokazała jednak, że nasz dotychczasowy model nie stanie się powszechnie obowiązującym standardem rynkowym. Przestał być dla nas przewagą konkurencyjną" – tłumaczył w Rzeczpospolitej zmianę strategii Krupicz, podkreślając, że wciąż czeka na dyrektywę o pracy platformowej.

Dla kurierów oznacza to wiele poważnych zmian. Do najważniejszych należy zaliczyć to, że nie będzie dotyczyła już ich minimalna stawka godzinowa i będą opłacani wyłącznie za zrealizowane dostawy. W praktyce może to oznaczać, że zarobią mniej niż stawka minimalna bądź nie zarobią nic, jeżeli akurat nie będzie zamówień. To też przymus ponoszenia dodatkowych opłat na rzecz partnera flotowego, bo ci w umowach zawierają zwykle dość absurdalny mechanizm, w którym to zatrudniony płaci zatrudniającemu za… możliwość pracy. To też brak wspomnianego sprzętu czy utracenie prawa do zrzeszania się w związkach zawodowych czy strajku.

Decyzja Pyszne.pl wywołała wstrząs. W licznych głosach oburzenia wybrzmiewało nie tylko to, że tysiące ludzi będzie miało gorsze warunki pracy, ale także to, że jest to skutek opieszałości Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki społecznej we wdrażaniu do polskiego porządku prawnego dyrektywy o pracy platformowej.

W odpowiedzi szefowa resortu pracy zawnioskowała do Głównego Inspektora Pracy o pilną kontrolą zatrudnienia w Pyszne.pl i to pomimo, że kontrola toczyła się tam już wcześniej. Potrzebę kontroli uzasadniono tym, że plan masowych zwolnień zakłada ponowne zatrudnienie tych samych osób, lecz na gorszych warunkach, u jednego z pięciu wybranych partnerów flotowych. O tym naszą redakcję alarmowali członkowie Związku Zawodowego Konfederacja Pracy kurierów Pyszne.pl.

Fot. Karolis Kavolelis / Shutterstock.com
Praca dla platform takich jak Glovo czy UberEats to wyzysk. Fot. Karolis Kavolelis / Shutterstock.com

"W powyższym kontekście, w mojej ocenie szczególnie pilna jest weryfikacja podstawy zatrudnienia kurierów i kurierek w Pyszne.pl" – pisała we wniosku do GIS Agnieszka Dziemianowicz-Bąk.

Wczoraj, czyli we wtorek 21 lipca do akcji wkroczył też Zakład Ubezpieczeń Społecznych, który wszczął własną kontrolę. Co ważne nie chodzi tylko o Pyszne.pl, lecz szerzej o firmy platformowe. Ich nazw w oficjalnym komunikacie ZUS nie wymienił, ale mogą to być nie tylko te oferujące dowóz jedzenia i zakupów (jak Glovo, Bolt, czy Wolt), ale także przewozowe jak Uber czy Bolt.

Problem w tym, że gdyby jej resort wcześniej wdrożył przepisy dyrektywy o pracy platformowej w Polsce, mogłoby w ogóle nie dojść do tej sytuacji. Zwraca na to uwagę Michał Lewandowski z OPZZ.

– Brak działań regulacyjnych doprowadził do tego, że na rynku zaczyna się niebezpieczne równanie w dół, co pokazał przypadek Pyszne.pl, która jako jedyna w branży stosowała minimalne standardy zatrudniając kurierów na umowach cywilnoprawnych. Przedstawiciele firmy wielokrotnie sygnalizowali, że jeśli unijna dyrektywa nie wejdzie szybko w życie w Polsce, w pewnym momencie zostaną zmuszeni do odejścia od dotychczasowych standardów wobec pracowników. I niestety z tym czarnym scenariuszem mamy do czynienia właśnie teraz – mówi w rozmowie ze Spider’sWeb+ Michał Lewandowski z OPZZ.

Być może nie zdecydowałaby się na taki krok, gdyby obowiązywały przepisy, które ograniczyłyby wyzysk pracowników platformowych i nieuczciwą konkurencję. A to właśnie ma zmienić dyrektywa platformowa.

Jej założeniem jest bowiem lepsza ochrona praw osób pracujących za pośrednictwem platform. Co ważne ma obejmować zarówno osoby pracujące bezpośrednio, jak i przez pośredników, czyli tzw. partnerów flotowych.

W jaki sposób? Najważniejszą zmianą jest wprowadzenie prawnego domniemania stosunku pracy, czyli mówiąc wprost, że kurier czy kierowca jest pracownikiem, jeśli platforma kontroluje jego pracę. Oznacza to koniec fikcyjnego samozatrudnienia i przekonywania, że kurier jest niezależnym przedsiębiorcą. Jeśli zaś platforma twierdziłaby inaczej, to przed sądem będzie musiała to udowodnić.

Pracownik zyskałby pełnię praw pracowniczych, czyli m.in. płacę minimalną, płatny urlop i zwolnienia lekarskie, okres wypowiedzenia, ubezpieczenie społeczne i wypadkowe, a do tego chroniłyby go przepisy dotyczące BHP.

Na tym nie koniec, bo dziś pracą kurierów sterują algorytmy. To jakimi kierują się kryteriami pozostaje dla nich tajemnicą. Po zmianie przepisów pracownik musiałby wiedzieć, jak algorytm wylicza wynagrodzenia, przydziela zadanie, na jakiej podstawie ocenia jego pracę. Co ważne, miałby prawo do gwarancji ludzkiego nadzoru, co oznacza że nie mógłby być zablokowany przez automatycznie działający system. Decyzję zawsze musiałby pojąć i uzasadnić człowiek, a pracownik miałby prawo do tego, by się od niej odwołać. Pracownicy zyskaliby też możliwość zrzeszania się w związkach zawodowych, co pozwoliłoby formalnie negocjować podwyżki, warunki pracy czy decydować o strajku. Dziś takiego prawa kurierzy nie mają.

To tylko niektóre zmiany, a i tak ich wdrożenie byłoby zupełną zmianą zasad gry. Oczywiście nie wiadomo, w jakiej formie przepisy byłby przyjęte w Polsce. Wiadomo zaś, że nasz kraj ma czas do 2 grudnia tego roku, aby implementować dyrektywę o pracy platformowej do naszego porządku prawnego.

Jednak, jak zwraca uwagę Katarzyna Duda, autorka książki "Uberyzacja. O warunkach pracy kurierów", niepokojące jest to, że zostało już niewiele czasu na rzeczową dyskusję i stworzenie przepisów, których nie będzie trudno ominąć.

– Ministerstwo Pracy zapowiadało, że oficjalny, rządowy projekt ustawy ujrzy światło dzienne najpóźniej na wiosnę. Mamy koniec lipca, a projektu jak nie było, tak nie ma. A przecież to jest gigantyczna reforma strukturalna, która wymaga głębokich, rzetelnych konsultacji społecznych ze związkami zawodowymi, z kurierami oraz ludźmi, którzy ten rynek znają od podszewki. Tego nie da się przepchnąć kolanem w dwa tygodnie w trakcie wakacji – mówi Katarzyna Duda i dodaje, że obawia się scenariusza, w którym brak szerokiej, transparentnej debaty społecznej zaowocuje „potworkiem legislacyjnym”.

Fot. Creative Lab / Shutterstock.com
Platformy takie jak Bolt czy Glovo nie uznają kurierów za swoich pracowników. Fot. Creative Lab / Shutterstock.com

– Nawet jeśli ministerstwo przepisze dobre, propracownicze unijne rozwiązania, to bez dogłębnej znajomości realiów rynkowych ta ustawa będzie dziurawa jak ser szwajcarski. A korporacje technologiczne reagują błyskawicznie. W sekundę po wejściu w życie nowych przepisów ich działy prawne wygenerują dziesiątki kreatywnych sposobów na obejście prawa. Widzieliśmy to już w innych krajach europejskich. Jeśli nie zaprosimy do stołu ludzi, którzy doskonale znają ten rynek od środka, nie będziemy w stanie przewidzieć kolejnych ruchów platform i skutecznie zabezpieczyć interesów pracowników – dodaje.

Aby takiego scenariusza uniknąć ministerstwu powinno zależeć na wcześniejszej publikacji projektu ustawy i merytorycznej nad nim dyskusji. O tym jednak nie ma mowy. Jak udało nam się nieoficjalnie ustalić, resort w reakcji na sprawę Pyszne.pl zadeklarował, że do końca lipca skieruje projekt ustawy do wykazu prac rządu. To jednak dopiero początek legislacyjnej drogi, bo dopiero po uzyskaniu wpisu zaczną się konsultacje społeczne czy uzgodnienia międzyresortowe.

– Nic o tym projekcie ustawy nie wiemy poza tym, że podobno jest gotowy. Nie został on jeszcze on jeszcze w żaden sposób przedstawiony ani skonsultowany ze stroną społeczną. Trudno w tej chwili przewidzieć, czego konkretnie możemy się po nim spodziewać – mówi Michał Lewandowski z OPZZ.

Związkowiec podkreśla, że OPZZ od dawna postulowało uregulowania pracy platformowej, ale po stronie rządowej "nie działo się nic konkretnego". Jedynym objawem prac było funkcjonowanie jednego z zespołów Rady Dialogu Społecznego, gdzie miała toczyć się dyskusja dwustronna – przedstawicieli związków zawodowych oraz pracodawców.

– Z naszej perspektywy rozmowy były mocno pozorowane przez organizacje pracodawców. Ze strony związkowej pojawiały się konkretne propozycje i pomysły prawne. Natomiast strona pracodawców najchętniej nie zrobiłaby nic i dążyła do utrzymania status quo. A obecny system niestety premiuje bardzo patologiczne formuły zatrudniania – łącznie z fikcyjnymi umowami najmu pojazdów, omijaniem zobowiązań podatkowych i naruszaniem przepisów prawa pracy. Dlatego w czasie tych rozmów nie zdołaliśmy wypracować żadnego sensownego rozwiązania – mówi Michał Lewandowski.

Strona biznesu nawet w oficjalnych komunikatach nie ukrywała, że niespecjalnie zależy jej na szybkiej zmianie. Związek Przedsiębiorców Polskich pisał, że "popiera zachowawcze podejście rządu", przekonując, że wprowadzenie domniemania stosunku pracy wyłącznie na rynku platform budziłoby wątpliwości w zakresie „zgodności z Konstytucją”. Postulował też wypracowanie „minimum zabezpieczenia społecznego poza stosunkiem pracy”.

Nic więc dziwnego, że obie strony nie doszły do porozumienia. Ale czy to jedyna przyczyna ślimaczego tempa prac? Kiedy pytam o to Michała Lewandowskiego z OPZZ odpowiada, że powstawaniu tego rodzaju regulacji zawsze towarzyszy silny lobbing ze strony organizacji pracodawców oraz korporacji cyfrowych. Nie byłby to zresztą pierwszy raz, bo o tym, jak Uber zwodził urzędników i grał na czas, aby opóźnić regulacje powstały już kilka lat temu dziennikarskie śledztwa i badania naukowców, w tym polskich.

– Podmioty te nie są zainteresowane nowymi regulacjami, ponieważ wymuszają one na nich zmianę dotychczasowego, wysoko dochodowego modelu prowadzenia biznesu – uważa Michał Lewandowski.

Zgadza się z nim dr Jan Oleszczuk-Zygmuntowski: – Gra na zwłokę to elementarz lobbingu cyfrowych gigantów. Mamy do czynienia z bardzo sprawnym i licznym aparatem lobbingowym. Takie firmy zatrudniają do rzesze PR-owców, prawników i ekonomistów, aby rozmydlać procesy legislacyjne, opóźniać dyskusje i dbać o to, by ostatecznie uchwalone przepisy były dziurawe i łatwe do obejścia – mówi dr Jan Oleszczuk-Zygmuntowski. – Lobbyści grają na czas, a polityczna opieszałość i brak woli politycznej i bierna postawa ministerstwa tworzą dla nich idealne środowisko, w którym nie muszą nawet przeprowadzać agresywnych kampanii – dodaje.

Nie bez wpływu na tempo prac legislacyjnych była też zwykła polityka. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej nie bez trudu przepchnęło reformę Państwowej Inspekcji Pracy. Nasz rozmówca związany z resortem zauważa, że zwyczajnie nie było więcej politycznej siły na kolejną trudną, propracowniczą reformę.

– Codzienna polityka w tak złożonej koalicji to walka interesów i ciągłe kompromisy. Niestety rewolucyjny zapał do tej reformy zderzył się ze ścianą i gasł z każdym kolejnym miesiącem, a lewicowe ideały ginęły na ołtarzu innych projektów. A słynna już sprawczość okazała się mieć granice w woli szefa, czyli Donalda Tuska – mówi nam jeden z rozmówców.

W ministerstwie panowało przekonanie, że praca platformowa to temat mały, nisza, która "nie grzeje" szerokiego elektoratu i nie przyniesie punktów w kampanii wyborczej. Niestety, panuje tu czysty polityczny cynizm: pracownicy migranci z Ukrainy czy Bangladeszu nie mają praw wyborczych w Polsce, więc z punktu widzenia słupków poparcia ich los nie jest priorytetem – mówi inny nasz rozmówca.

Fot. Wacky Racers Photography / Shutterstock.com
Kurierzy często poruszają się na elektrycznymi rowerami, którymi stwarzają niebezpieczeństwo na ścieżkach rowerowych. Fot. Wacky Racers Photography / Shutterstock.com

Czy to słuszna strategia pokażą najbliższe wybory. Pewne jest jednak, że dotychczasowy elektorat ugrupowań lewicowych i progresywnych skupiony jest przede wszystkim w dużych aglomeracjach. A to właśnie w dużych miastach narasta niezadowolenie społeczne związane z brakiem kontroli nad platformami – od kwestii bezpieczeństwa na ulicach i ścieżkach rowerowych, przez patologie zatrudnienia, po dominację cyfrowych gigantów. Ignorowanie tego problemu może budować negatywny sentyment w bazowym elektoracie.

– Niestety często wpadamy w pułapkę szufladkowania pracy platformowej wyłącznie jako zajęcia dla kurierów i kierowców. Coraz częściej są to specjaliści: programiści, graficy, tłumacze, redaktorzy, zatrudnieni na podstawie umów cywilnoprawnych bądź prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą. Wśród nich znajduje się znaczna część elektoratu partii tworzących obecną koalicję rządzącą. Oczywiście udział migrantów, szczególnie w dostawach jest znaczny, ale szerzej ogromną grupę pracowników platformowych stanowią Polacy mający prawa wyborcze. Według badań Instytutu Spraw Publicznych to może być nawet pół miliona osób, które w kontekście wyborów mogą stanowić decydujący języczek u wagi. Podczas ostatnich wyborów prezydenckich przekonaliśmy się, że nawet mniejsza liczba głosów może decydować o wygranej – mówi Dominik Owczarek.

Dodaje też, że ministerstwo i szerzej rząd robi niewiele, aby przyspieszyć przyjęcie przepisów regulujących pracę platformową. Powstaje wrażenie, że przyzwalają na nieuczciwe praktyki wielu platform i nie stają wystarczająco w obronie pracowników, obywateli i uczciwych przedsiębiorców.

– Nie można być zarówno za jak i przeciw regulacjom. A pamiętajmy, że premier polskiego rządu uczynił z deregulacji jeden ze swoich głównych sztandarów, stawiając Rafała Brzoskę, jako jej personifikację. Przyjęcie dyrektywy o pracy platformowej to właśnie wprowadzenie regulacji, bo przepisy nakładałyby realne ramy i ograniczenia na platformy cyfrowe, zwłaszcza te stosujące agresywne modele biznesowe. Nie można oprzeć się wrażeniu, że reformy regulacyjne ze względów politycznych są opóźniane i ograniczane do minimum – dodaje Owczarek.

Nieoficjalnie od osób związanych z resortem słyszymy jednak, że ministerstwie nie ma poczucia "opóźnień", bo nie tylko Polska, lecz wiele państw w Unii Europejskiej nie wdrożyło jeszcze dyrektywy do krajowych porządków prawnych. Kiedy mówię o tym Dominikowi Owczarkowi, zwraca jednak uwagę, że inne kraje nie czekały, jak Polska, na dyrektywę, lecz przyjęły własne przepisy. W innych zaś obecny stan zaawansowania prac legislacyjnych jest nieporównywalnie wyższy niż w Polsce. Polskim partnerom społecznym nadal nie przedstawiono projektu przepisów wdrażających dyrektywę.

– To jest argumentacja dziecka na zasadzie, że inni uczniowie w klasie też na klasówce dostali jedynkę – mówi obrazowo Dominik Owczarek i podkreśla, że niektóre kraje w Europie uregulowały tę materię znacznie wcześniej. –  Przykładem jest Hiszpania ze swoim słynnym ustawodawstwem Riders' Law, przyjętym już w 2021 roku. Oddzielne przepisy i to znacznie korzystniejsze dla pracowników niż zakładał kompromis przyjęty w dyrektywie uchwalono też na Malcie w 2022 roku. Można, tylko trzeba chcieć – dodaje. 

 Czy w Polsce uda się przyjąć dyrektywę na czas? Historia wdrożeń innych unijnych regulacji pokazują, że może być trudno. Z opóźnieniem przyjmowaliśmy choćby dyrektywę o przejrzystości wynagrodzeń czy o ochronie sygnalistów. W przypadku dyrektywy platformowej czas również gra znaczącą rolę. Bo brak jednoznacznego uregulowania wpływa na sytuację kolejnych grup pracowników, jak również eliminuje z rynku uczciwie działających przedsiębiorców. 

Czy i tym razem trzeba liczyć się z opóźnieniami?

– Chciałbym, aby udało się na czas, czyli do 2 grudnia, ale jestem realistą. Czasu nie jest wiele, a dalsze przeciąganie prac i czekanie na ostatnią chwilę nie sprzyja interesom i bezpieczeństwu pracowników – dodaje Michał Lewandowski z OPZZ.

Zapytaliśmy biuro prasowe Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej na jakim aktualnie etapie są prace nad implementacją do polskiego porządku prawnego tzw. dyrektywy o pracy platformowe, z czego wynikają dotychczasowe opóźnienia, kiedy można spodziewać się publikacji projektu ustawy oraz czy grudniowy termin wdrożenia dyrektywy jest zagrożony.

Jednak do czasu publikacji nie uzyskaliśmy na nie odpowiedzi.