Polska chce aż 64 F-35. To już nie zakup, tylko przebudowa lotnictwa
Polska chce mieć łącznie 64 myśliwce F-35. To nie byłby zwykły zakup, lecz gruntowna przebudowa całego modelu działania lotnictwa.

Polska nie chce poprzestać na 32 myśliwcach F-35A. Resort obrony mówi już o dwóch kolejnych eskadrach maszyn 5. generacji, co oznaczałoby docelowo 64 samoloty. Taka decyzja mogłaby całkowicie zmienić sposób funkcjonowania polskiego lotnictwa bojowego.
Jeżeli ten plan zostanie zrealizowany, to F-35 przestaną być tylko elitarnym dodatkiem do obecnych sił powietrznych. Staną się ich centralnym elementem, czyli maszyną, pod którą trzeba układać szkolenie pilotów, pracę baz, uzbrojenie, łączność, logistykę, modernizację F-16 i rolę lżejszych FA-50. Polska nie kupuje więc wyłącznie myśliwców. Kupuje nową filozofię prowadzenia wojny w powietrzu.
64 sztuk F-35 oznacza zmianę całej architektury sił powietrznych
Pierwszy kontrakt obejmuje 32 samoloty F-35A. To dwie eskadry, które mają zastąpić schodzące ze sceny konstrukcje postsowieckie i dać polskiemu lotnictwu skok generacyjny. Pierwsze maszyny są już w kraju, kolejne mają trafiać do Polski etapami, a pełna realizacja obecnego zamówienia zaplanowana jest na najbliższe lata.
Zapowiedź dwóch dodatkowych eskadr zmienia jednak ciężar całej historii. 32 F-35 to silny komponent 5. generacji. 64 F-35 to już jeden z fundamentów sił powietrznych państwa frontowego NATO. Taka liczba oznacza, że maszyny nie będą używane tylko do najbardziej specjalnych zadań, ale mogą stać się codziennym narzędziem odstraszania, rozpoznania i dowodzenia.
Pamiętajmy, że Polska nie potrzebuje lotnictwa tylko do patrolowania nieba w czasie pokoju. Trzeba brać pod uwagę także znacznie trudniejsze scenariusze, w których pierwsze dni wojny oznaczają ataki rakietowe, naloty dronów, zakłócanie łączności, walkę elektroniczną i próby wyłączenia lotnisk z działania. W takich warunkach samoloty muszą być zdolne do działania mimo silnej obrony powietrznej przeciwnika.
F-35 nie jest tylko myśliwcem
Największy błąd przy ocenianiu F-35 to patrzenie na niego jak na kolejny myśliwiec do walki w powietrzu. Owszem, to samolot bojowy, ale jego największą siłą nie zawsze są rakiety czy bomby. Bardzo często kluczową rolę odgrywają informacje, które potrafi zebrać, przetworzyć i przekazać innym.
F-35 zbiera dane z radarów, sensorów optoelektronicznych, systemów ostrzegania i źródeł zewnętrznych, a następnie składa je w jeden obraz sytuacji. Dzięki obniżonej wykrywalności może działać bliżej strefy zagrożenia niż starsze maszyny. Może wykrywać cele, wskazywać je innym, prowadzić rozpoznanie i pracować jako element większej sieci obejmującej samoloty, obronę powietrzną, wojska lądowe, drony i systemy dowodzenia.
64 maszyny oznaczałyby, że Polska zbuduje nie tylko flotę uderzeniową, ale też latającą warstwę rozpoznawczo-dowódczą. To może zmienić sposób działania całych sił zbrojnych, o ile reszta systemu będzie w stanie wykorzystać dane, które F-35 dostarczą.
F-16 będą musiały wejść w nową rolę
Polskie F-16 nadal będą odgrywać ważną rolę w naszym lotnictwie, ale wraz z pojawieniem się większej liczby F-35 ich zadania zaczną się zmieniać. Właśnie dlatego modernizacja tych maszyn to coś więcej niż zwykłe odświeżenie sprzętu czy wydłużenie jego służby. Chodzi o to, by F-16 mogły bez problemu współpracować z F-35 i funkcjonować jako część jednego systemu.
Oznacza to lepszą łączność, nowsze sensory, nowe możliwości wymiany danych i większą zdolność do używania informacji przekazywanych przez maszyny 5. generacji. F-35 może wykryć cel, którego starszy samolot sam nie zobaczyłby tak wcześnie albo tak bezpiecznie. F-16 może z kolei przenieść uzbrojenie, wykorzystać wskazanie celu i działać jako część większej układanki.
Gdzie w tym wszystkim miejsce dla FA-50?
W tle tego wszystkiego pozostają również FA-50. Te samoloty nie są odpowiednikiem F-35 i nie powinny być tak traktowane. Ich rola jest inna: szkolenie, zadania mniej wymagające, wsparcie operacyjne, podtrzymywanie liczby dostępnych maszyn i odciążanie droższych platform tam, gdzie użycie F-35 byłoby przesadą.
Przy flocie 64 F-35 sens FA-50 może być nawet wyraźniejszy. Najdroższe maszyny 5. generacji powinny wykonywać zadania, do których zostały stworzone: rozpoznanie, przełamywanie obrony, ataki na najważniejsze cele, współpracę w sieci i działania w środowisku silnie nasyconym sensorami przeciwnika. Nie powinny być zużywane do każdej rutynowej misji, patrolu czy prostszego zadania szkoleniowego.
Prawdziwym wyzwaniem będzie więc nie tylko zakup samolotów, lecz także mądre rozdzielenie zadań. Polska będzie miała F-35, F-16 i FA-50, ale sama obecność 3 typów nie tworzy jeszcze nowoczesnego lotnictwa. Tworzą je procedury, szkolenie, dostępność części, uzbrojenie, dowodzenie i zdolność do wspólnego działania.
Same samoloty nie wystarczą. Liczą się też bazy
Pamiętajmy, że F-35 to także ogromne wyzwanie infrastrukturalne. Te samoloty wymagają specjalistycznego zaplecza obsługowego, bezpiecznych systemów informatycznych, magazynów części, symulatorów, odpowiednio przygotowanych hangarów i personelu technicznego. Bez tego nawet najlepszy myśliwiec zostaje bardzo drogim eksponatem.
Już obecny program wymusił modernizację baz i przygotowanie zaplecza w Łasku oraz Świdwinie. Podwojenie floty oznaczałoby dalsze inwestycje w lotniska, ochronę infrastruktury, rozproszenie maszyn i zdolność do działania po ataku. W wojnie z przeciwnikiem takim jak Rosja baza lotnicza będzie jednym z pierwszych celów. Nie wystarczy mieć F-35. Trzeba mieć gdzie je ukryć, zatankować, uzbroić i naprawić.
Dlatego większa flota to nie tylko więcej samolotów. Potrzebna jest też silna obrona powietrzna, odpowiednio zabezpieczone hangary, zapasowe miejsca do startów i lądowań, sprawna logistyka paliwowa oraz możliwość szybkiego przywracania maszyn do służby. Nawet najnowocześniejszy myśliwiec niewiele pomoże, jeśli jego baza i zaplecze zostaną wyłączone z działania już na początku konfliktu.
Polska może wejść do europejskiej pierwszej ligi F-35
Gdyby Polska rzeczywiście doszła do 64 F-35, to znalazłaby się w gronie największych europejskich użytkowników tego samolotu. To zmieniłoby naszą pozycję w NATO. Nie bylibyśmy już tylko państwem kupującym prestiżową technologię, ale krajem budującym znaczącą flotę 5. generacji na wschodniej flance.
To ma ogromne znaczenie nie tylko dla wojska, lecz także dla pozycji Polski w NATO. Większa liczba F-35 oznaczałaby większy udział Polski w planach NATO, łatwiejszą współpracę z USA i innymi krajami używającymi tych maszyn oraz większą rolę naszych baz lotniczych. Polska mogłaby więc stać się jednym z najważniejszych punktów na wschodniej flance, z którego Sojusz obserwuje sytuację i zabezpiecza przestrzeń powietrzną regionu.
Przeczytaj także:
Jednak im większa rola, tym większa odpowiedzialność. 64 F-35 to nie tylko prestiż. To konieczność utrzymania wysokiej gotowości, interoperacyjności, bezpieczeństwa danych i ciągłego szkolenia. Ten samolot jest częścią systemu, który działa najlepiej wtedy, gdy państwo potrafi utrzymać cały technologiczny ogon za nim.
O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.