Nic po nas nie zostanie. Technologie zmieniają nawet wspomnienia

Nasi rodzice zostawili po sobie domy pełne pamiątek, zakreślonych książek i ciężkich albumów ze zdjęciami. My mamy wynajęte kawalerki, meble z sieciówki i całe życie zarchiwizowane w chmurze. Gdy znikniemy, jedyne, co po nas zostanie, to historia przeglądarki, stworzone playlisty na Spotify czy wspomnienia zniekształcone przez sztuczną inteligencję.

fot. Shutterstock / Jorm Sangsorn

Fotografia była już niemal zupełnie wyblakła. Kontury twarzy ledwo widoczne. Nie było już widać oczu, ust i policzków. Nieco wyraźniejsze były włosy. Patrząc na czarno-białe zdjęcie, można było dostrzec zarysy bujnej fryzury. Idealnie zachowały się zaś rzeczy, a konkretnie ubrania. Czarny jak smoła garnitur i zawiązany pod szyją krawat oraz śnieżnobiała koszula.

Takie wypłowiałe już zdjęcie nieznanego mi człowieka na jedną z facebookowych grup do "ożywiania" zdjęć za pomocą sztucznej inteligencji wrzucił na początku października jego syn. Napisał krótko, że prosi o odświeżenie zdjęcia taty, bo mało go pamięta. Nagrobkowa fotografia zwana porcelanką była prawdopodobnie jedną z ostatnich, a może i jedyną pamiątką po zmarłym ojcu.

Nie mam pewności, bo choć próbowałem skontaktować się z autorem prośby o „ożywienie” zdjęcia, to nie dostałem żadnej odpowiedzi. Byłem ciekaw, czy udało mu się ostatecznie odświeżyć wizerunek taty i czy "ożywione" zdjęcie było zgodne z tym, co pamięta on sam lub jego bliscy. Słowem: czy udało mu się odzyskać wspomnienie tego, jak wyglądał jego zmarły ojciec. I czy to wspomnienie jest prawdziwe?

Post z prośbą o odświeżenie dawnego zdjęcia fot. Facebook
Post z prośbą o odświeżenie dawnego zdjęcia fot. Facebook

To o tyle ważne pytanie, że wspomniana prośba o "ożywienie" zdjęcia nie była wyjątkiem. Im bliżej było dnia Wszystkich Świętych i Zaduszek, tym podobnych postów przybywało. Aż w końcu widziałem prawdziwe zatrzęsienie. I nie ma co się temu dziwić. Wiele osób próbuje użyć technologii, aby poprawić jakość lub przywrócić pamiątki po zmarłych bliskich. Nie ma wątpliwości, że wraz z tym, jak generatywna sztuczna inteligencja trafiła pod strzechy, takich prób będzie więcej. A to budzi poważne wyzwania w erze, kiedy tego rodzaju maszyny stają się swego rodzaju strażnikami naszej przeszłości.

Fałszywa pamięć

Wraz z użyciem narzędzi technologicznych, w tym sztucznej inteligencji, nasze wspomnienia mogą ulegać poważnym zmianom i zniekształceniom. Do takich wniosków doszli naukowcy z Massachusetts Institute of Technology, czyli światowej sławy uniwersytetu badawczego w Stanach Zjednoczonych. Przeprowadzili oni eksperyment, w którym pokazali 200 uczestnikom zdjęcia przedstawiające ślub, miejską ulicę i wyścig. Po przerwie części ochotników pokazano te same zdjęcia ponownie, a części fotografie zmodyfikowane przez sztuczną inteligencję. Następnie przeprowadzono test pamięci.

Wyniki zaskoczyły badaczy. Okazało się, że u osób oglądających zmienione przez AI obrazy zaobserwowano wzrost liczby fałszywych wspomnień. Co gorsza, w tej grupie pewność co do prawdziwości fałszywych wspomnień była większa.

– To bardzo niebezpieczne – oceniła prof. Pattie Maes, współautorka badania, podkreślając w rozmowie z Washington Post, że sztuczna inteligencja może nie tylko zniekształcać to, co pamiętamy, ale wręcz "wszczepiać" nam fałszywe wspomnienia. Krótko mówiąc: sprawiać, że zapamiętamy rzeczy, które się nie wydarzyły; sprawić, że będziemy przekonani, że coś miało miejsce, chociaż w rzeczywistości tak nie było.

Oczywiście na tym możliwa ingerencja sztucznej inteligencji we wspomnienia się nie kończy. Jako że AI potrafi przechowywać ogromne ilości informacji i wyszukiwać je w zaledwie kilka sekund, wydaje się idealną maszyną do archiwizowania przeszłości. Tyle tylko, że jednocześnie jest to maszyna ryzykowna, bo rekonstruując, może narzucać własną interpretację, podsumowanie, a nawet wprowadzać w błąd. Inne badania pokazują, że używając AI, zacieramy granice między naszymi własnymi myślami a myślami wygenerowanymi przez maszynę, co ostatecznie wpływa na to, co pamiętamy. A więc sztuczna inteligencja może sprawić, że nie będziemy wiedzieli, kim tak naprawdę jesteśmy.

Dlaczego?

Cienie przeszłości 

Pamięć, przechowując naszą przeszłość, definiuje nas na wiele sposobów. Nasze przeszłe doświadczenia, zwłaszcza te z dzieciństwa, mają ogromny wpływ na nasze poczucie własnej wartości, podejmowane wybory, budowane relacje i ostatecznie to, kim jesteśmy. Wspomnienia prowadzą nas przez świat, dostrajają uwagę, wpływają na to, jak przyswajamy informacje, postrzegamy teraźniejszość i rzeczywistość. Kształtują też to, czego uczymy się w późniejszym życiu. Słowem: modelują naszą tożsamość, ale i przyszłość.

"Wspomnienia są cieniami przeszłości, ale także latarkami przyszłości" – jak trafnie ujęła to Yasemin Saplakoglu, dziennikarka specjalizująca się w neurobiologii w naukowym magazynie Quanta Magazine.

Jednocześnie pamięć okazuje się jednym z najsłabszych punktów naszego umysłu. Zapamiętujemy tylko ułamek tego, co nas spotyka. Szczegóły szybko znikają. Do tego wspomnienia zacierają się i zmieniają z czasem. Ba, naukowcy uważają, że mogą ulegać zmianie za każdym razem, gdy do nich powracamy.

Aby to zrozumieć, trzeba wyjaśnić, jak działa ludzka pamięć. Choć mamy tendencję do wyobrażania sobie naszej pamięci jako ogromnej szafki na dokumenty czy dysku twardego, gdzie w poszczególnych szufladach i folderach znajdują się wierne zapiski z przeszłości, to tak nie jest. Pamięć to nie skarbiec z naszymi doświadczeniami, gdzie informacje są zapisywane i archiwizowane do późniejszego wykorzystania. Patrząc anatomicznie, to sieć miliardów łączących się ze sobą neuronów rozproszona w naszym mózgu. Im silniejsze między nimi połączenie, tym wspomnienie jest bardziej utrwalone.

fot. Shutterstock / Jorm Sangsorn
Emocje odgrywają kluczową rolę w naszej pamięci fot. Shutterstock / Jorm Sangsorn

A kluczową rolę w zapamiętywaniu odgrywają emocje, szczególnie te negatywne. Im bardziej czujemy strach, lęk, wstyd czy gniew itd., tym doświadczenie skuteczniej jest przechowywane. To efekt ewolucji. Mózg każe zapamiętywać nam niebezpieczne dla nas wydarzenia, aby unikać ich w przyszłości, czyli pozwolić nam przetrwać. Dlatego silniej zapamiętamy wypadek samochodowy, w którym o mało nie zginęliśmy, niż to, że na wakacjach zjedliśmy pyszną pizzę. To pierwsze wspomnienie będzie jaskrawe przez lata, drugie prawdopodobnie wyblaknie w zaledwie kilka dni.

Na tym jednak nie koniec. Silne emocje oznaczają też, że do pewnych postaci, wspomnień i wydarzeń wracamy, co tylko utrwala ich zapis w pamięci. To trochę jak wydeptywanie ścieżki. Im częściej nią uczęszczamy, tym łatwiej nam nią przejść. Ale nie obywa się to bez konsekwencji. Odtwarzając wspomnienia, łatwiej przywołujemy je z pamięci, ale jednocześnie je zniekształcamy. Pamiętamy bowiem wspomnienie o wspomnieniu, a potem wspomnienie o wspomnieniu wspomnienia, które – jakby tego było mało – są uzupełniane o wiedzę, którą zdobyliśmy po drodze, tworząc historię, która wydaje nam się spójna.

"Nasze wspomnienia są rekonstruowane za każdym razem, gdy próbujemy coś sobie przypomnieć" – tłumaczyła w The Atlantic prof. Rose Cooper z Cardiff Metropolitan University. 

Mówiąc krótko: budujemy nasze wspomnienia za każdym razem od nowa, czerpiąc z fragmentów informacji (obrazów, zapachów, smaków, scen) rozproszonych w różnych zakątkach naszego mózgu. A wraz z powtarzającymi się aktami przypominania do wspomnień wkradają się zmiany, sprawiając, że to, co pamiętamy, przypomina coraz bardziej niewyraźną i odległą od oryginału kopię kopii kopii.

Dowody na miłość

To zresztą w dziele swojego życia W poszukiwaniu straconego czasu zauważył Marcel Proust, pisząc, że "wspomnienie rzeczy minionych niekoniecznie oznacza wspomnienie rzeczy takimi, jakie były". Pisarz pokazywał, że pamięć nie jest obiektywnym rejestrem przeszłości, lecz subiektywnym procesem kształtowanym przez nasze obecne stany emocjonalne, wyobraźnię i upływający czas. Służy nie tyle przechowywaniu faktów, co kształtowaniu historii naszego życia.

Indywidualnego. Osobistego. W takim wymiarze fakt przestaje być tym samym co prawda.

"Prawda różni się od faktu tym, że jest własna, fakt należy do wszystkich" – pisał Remigiusz Ryziński w książce Uczeń, która w październiku ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego. 

Pisarz, filozof i reporter w autofikcyjnej, a jednocześnie niezwykle osobistej i odważnej powieści szuka odpowiedzi na pytanie, kim był jego ojciec. I dlaczego był taki, jaki był. A był człowiekiem głęboko uzależnionym od alkoholu, który przemocą, agresją i codziennym terrorem sprawiał swojej rodzinie ogromny ból. Cierpienie, lęk i wstyd, które właśnie dzięki traumatycznym wspomnieniom okazały się dużo dłuższe niż życie ich sprawcy. Ale też były zupełnie inne dla niego, jego siostry czy matki. Każda z postaci na wspólną przeszłość patrzyła inaczej. Przez pryzmat własnego, odrębnego doświadczenia.

Okładka książki "Uczeń" autorstwa Remigiusza Ryzińskiego
Okładka książki "Uczeń" autorstwa Remigiusza Ryzińskiego

– Fakt to nie to samo co indywidualna prawda, żywa pamięć człowieka. W książce przyglądam się właśnie jej, eksploruję, opisuję z całym jej rozedrganiem. Cytuję zdając sobie sprawę z jej ułomności. Dla mnie literatura zaczyna się właśnie tam, gdzie suchy fakt przestaje wystarczać – mówi mi Remigiusz Ryziński, kiedy się spotykamy w jednej z warszawskich kawiarni.

Ryziński na kolejnych stronach Ucznia szuka dowodów, które wyjaśniałyby zachowanie ojca, a jednocześnie mówiły coś, czego autor jako dziecko nigdy od własnego taty nie usłyszał. Mianowicie: że ten go kocha. Ryziński szuka więc dowodów na miłość. Choćby strzępów, okruchów.

– Fakt to nie to samo co indywidualna prawda, żywa pamięć człowieka. W książce przyglądam się właśnie jej, eksploruję, opisuję z całym jej rozedrganiem. Cytuję, zdając sobie sprawę z jej ułomności. Dla mnie literatura zaczyna się właśnie tam, gdzie suchy fakt przestaje wystarczać – mówi mi Remigiusz Ryziński, kiedy spotykamy się w jednej z warszawskich kawiarni.

Ryziński na kolejnych stronach Ucznia szuka dowodów, które wyjaśniałyby zachowanie ojca, a jednocześnie mówiły coś, czego autor jako dziecko nigdy od własnego taty nie usłyszał. Mianowicie: że ten go kocha. Ryziński szuka więc dowodów na miłość. Choćby strzępów, okruchów.

– Zdjęcie jest dowodem nie tyle na to, że rzeczywistość wyglądała dokładnie tak, jak została zarejestrowana przez obiektyw, ile na to, że sam akt fotografowania się wydarzył – mówi mi Ryziński i jednocześnie przyznaje, że w książce kurczowo trzyma się wyobrażenia wynikającego ze zdjęcia. Jedynego, jakie ma z ojcem. 

– Pracując nad książką, miałem desperacką nadzieję, że ta mała, wyblakła odbitka to dowód, że ojciec przez ułamek sekundy przy mnie stał i mnie kochał – mówi Ryziński.

Wyprawa po wspomnienia

To poszukiwanie dowodów może służyć odnajdywaniu wspomnień. Możemy wiele z nich sobie przypomnieć, jeśli damy sobie czas i przestrzeń, aby spróbować. Zazwyczaj tylko na chwilę zagłębiamy się w przeszłość. Mówiąc metaforycznie, wybieramy się na krótki spacer, nie oddalając się zbytnio od domu, więc krążymy w tym samym miejscu. A tak być nie musi.

fot. Shutterstock / Jorm Sangsorn class="wp-image-5986554"
Pamięć skrywa przed nami wiele tajemnic fot. Shutterstock / Jorm Sangsorn

Jeśli pójdziemy trochę dalej, odkryjemy satysfakcjonujące wspomnienia, które nie mają oczywistego znaczenia. W książce "I Remember" udowadnia to Joe Brainard. Jego niewielkie dzieło złożone jest w całości z krótkich, często jednozdaniowych akapitów, które zaczynają się od słów "pamiętam". Każde zdanie jest krótką wycieczką do przeszłości i pozwala odkryć kolejne dawne wspomnienia. A zebrane strzępki tworzą wielopoziomowy, barwny obraz przeszłości.

W tych podróżach do przeszłości mogą pomóc rozmowy z bliskimi, refleksje czy próby przypominania sobie zdarzeń. To metoda Ryzińskiego, którego książka uderza gęstością detali z przeszłości. Rozmowy z matką i siostrą pozwoliły mu odzyskać wiele dawnych doświadczeń i całych scen. Przez lata nie mógł wydobyć ze swojej pamięci choćby jednego dobrego wspomnienia o ojcu. Bo ten nigdy się z nim nie bawił, nie kopał piłki na podwórku, nie zaprowadził do biblioteki.

– Kiedy próbowaliśmy z mamą i siostrą przeszukiwać przeszłość w poszukiwaniu choćby jednej normalnej zabawy z ojcem, długo nie mogliśmy niczego sobie przypomnieć. Aż w końcu pojawiła się we wspomnieniu jedna taka sytuacja. Jedna na całe dzieciństwo. Odzyskiwanie pamięci o ojcu było więc rozpaczliwym polowaniem na każdy możliwy okruch dobra – mówi Ryziński.

A jak wyglądał ten proces rekonstruowania wspomnień? Autor Ucznia opowiada, że czasem wystarczył „drobny impuls” z otoczenia.

– Zapach farby malarskiej, liście na cmentarzu jesienią. W ułamku sekundy otwierają się zapadki pamięci i wraca do mnie wspomnienie, moja prawda o tym, co było – opowiada Ryziński. I podkreśla, że wiele wspomnień, szczególnie tych traumatycznych, „nosił w sobie długo, bezskutecznie próbując o nich zapomnieć”.

– Kiedy dorosłem i wyjechałem z domu ta przeszłość zaczęła do mnie powracać. Nie w postaci luźnych wspomnień, lecz gotowych zdań. Wiele z nich zapisywałem. Napisałem nawet krótki prozatorski tekst o ojcu, który mimo upływu dekad był emocjonalnie niemal identyczny z tym, co napisałem teraz – dodaje.

Przedmioty mówią

Przedmioty były więc nośnikiem pamięci, choć zaklętej w słowach. Nierzadko jednak same są dowodami z przeszłości, które przywołują wspomnienia. Doskonale opisał to zmarły w zeszłym roku pisarz Marcin Wicha. W książce Rzeczy, których nie wyrzuciłem to właśnie przedmioty (książki, notesy, nawet rachunki) stają się nośnikiem pamięci, cech charakteru i niewypowiedzianych emocji.

Autor na kolejnych stronach książki opisuje jak porządkuje mieszkanie, ale nie jest to zwykła "inwentaryzacja majątku", lecz intymna próba rekonstrukcji tego, kim była jego matka i łączącej ich więzi. Jednocześnie przedmioty nie służą do fetyszyzacji wspomnień, lecz stanowią pretekst do oswojenia żałoby i pożegnania.

Śmierć nie jest końcem relacji. Kontynuujemy tę relację, zmieniamy ją bez obecności zmarłego czy zmarłej. Przedmioty mogą być sposobem na podtrzymanie z nim lub z nią kontaktu w naszej pamięci. Jednak – jak mówi mi Agnieszka Taborska – ich nadmiar pamięci szkodzi.

Okładka książki "Bez skóry. Jak rozmawiać z ludźmi w żałobie" autorstwa Agnieszki Taborskiej class="wp-image-5986556"
Okładka książki "Bez skóry. Jak rozmawiać z ludźmi w żałobie" autorstwa Agnieszki Taborskiej

Taborska to znana historyczka sztuki oraz autorka książki Bez skóry. Jak rozmawiać z ludźmi w żałobie, w której opisuje żałobę (oraz radzenie sobie z nią) po śmierci męża, Marcina Giżyckiego. W naszej rozmowie wspomina, jak przez lata gromadzili obrazy, płyty, książki, destrukty z pchlich targów, trofea z podróży.

– W mansardzie, skąd z panem rozmawiam, jest tyle przedmiotów, że przestałam je odkurzać. Zaraz po śmierci Marcina rozdałam wiele rzeczy, łącznie z jego ulubionymi zegarkami. Nadmiar przedmiotów nie był kotwicą pamięci, lecz ciężarem. Może kiedyś będę żałowała tych decyzji. Ale po co trzymać coś, co rozdrapuje ranę? – mówi Agnieszka Taborska. – Rzeczy się dla mnie niespecjalnie liczą, choć każda i każdy przeżywa stratę inaczej. Marcin żyje w swoich książkach, filmach, fotografiach, kolażach, rysunkach, w moich snach i w opowieściach przyjaciół. Na pewno nie w przedmiotach.

Niczego nie będzie 

Pamięć jest oczywiście bardzo indywidualną sprawą. Może pobudzać ją też smak czy zapach. Tak działo się u Marcela Prousta, u którego zapach małych ciasteczek – magdalenek wywoływał falę żywych wspomnień.

Dla mnie portalem do wspomnień o moim zmarłym kilkanaście lat temu tacie była jego drewniana szafa. W czasie mojego dzieciństwa stała w pomieszczeniu obok kuchni, które było trochę garderobą, a trochę spiżarnią. W szafie wisiały jego koszule, marynarki, kurtka. Po jego śmierci szafa przez jakiś czas stała nieużywana. Ale wystarczyło ją otworzyć, aby przenieść się w czasie. Poczuć jego zapach. Perfumy, pot, kurz. Obecność. Przywołać wspomnienia.

fot. Shutterstock / Jorm Sangsorn
Wspomnienia stanowią o tym kim byliśmy i kim będziemy fot. Shutterstock / Jorm Sangsorn

Dziś tej szafy już nie ma. Nie ma koszul, marynarek ani kurtek. Wszystko jest tylko w mojej pamięci. A ta leje się. Przelewa. Miesza. Zniekształca, i to bez sztucznej inteligencji. Raz szafa jest brązowa i ze sklejki, innym razem na wysoki połysk. Jeszcze innym dębowa i matowa. Taka lub taka. Już sam nie wiem, tylko czy akurat to ma znaczenie? Ważne jest przecież, że była. Bez niej nie byłoby tego zapachu i wspomnień. Byłoby mniej Jego.

Teraz dom, w którym stała szafa, należy już do kogoś innego. Ale ciągle jest pamięć. Kiedy o tym myślę, zastanawiam się, czy podobnie będzie i z nami. Naszym pokoleniem. W końcu my też się starzejemy i kiedyś umrzemy. A co po nas zostanie, skoro nie mamy nic na stałe? W najlepszym razie niewiele.

Co przemówi w naszym imieniu? Co przywoła pamięć o nas? Nasi rodzice mieli domy, a w nich pełno nośników pamięci. My mamy wynajętą kawalerkę.

Ich miejsca do życia wypełniały stare meble z historią, pamiątki, ulubione płyty, książki z pozaginanymi stronami i zapiskami na marginesach czy albumy ze zdjęciami. My mamy tekturowy stolik z IKEA, streamingi, ebooki i wspomnienia zapisane w chmurze. Niewiele fizycznego, coraz więcej cyfrowego. Nie będzie się o co potknąć i czego po naszej śmierci porządkować.

Możliwe więc, że jedyne, co po nas zostanie, to historia przeglądarki, stworzone playlisty na Spotify czy wspomnienia zniekształcone przez sztuczną inteligencję.

A w wersji premium awatar, który opowie, kim nie byliśmy. Przynajmniej dopóki ktoś opłaca subskrypcję.