Nieco ponad rok temu obudziłem się z ogromnym bólem pleców. Oblał mnie zimny pot. Nie mogłem wstać z łóżka. Każdy ruch przynosił dodatkową falę cierpienia. Przeraziłem się, że oto nadchodzi koniec. Umieram. A już na pewno tracę sprawność. Kiedy moje ciało leżało nieruchomo, w głowie aż wirowało od myśli. I pytań: skąd ten ból? Dlaczego? Co zrobiłem nie tak? Dlaczego mnie to spotkało? A jak natrętny komar powracało jedno: czy to już ten moment? To już koniec młodości? To już starość?
Wiedziałem, że młodość przemija, w końcu pierwsze tego oznaki pojawiły się wcześniej. To coraz głębsze zmarszczki i maści mające wyrównać bruzdy. Kremy nawilżające, regenerujące, na dzień, na noc. To odbicie twarzy w lustrze, której widok powoduje szokującą myśl: Jezu, to ja? To też zrywy i niemalże desperackie akty dbania o siebie: jedzenie warzyw, picie 2 litrów wody dziennie, basen, bieganie, rower. I tak aż do kontuzji.
Ale takie sygnały łatwo lekceważyć. W końcu, bez przesady, miałem wtedy dopiero 37 lat. Teraz już rok więcej. Wprawdzie czas faktycznie z każdym rokiem płynie coraz szybciej, ale jestem jeszcze młody, prawda? Moja mama mawia, że ktoś zmarł młodo, w sytuacji, gdy miał ledwie… 65 lat. Gdzie mi do tego?
I choć są nawet badania mówiące o tym, że im ktoś jest starszy, tym później myśli, że starość się zaczyna, to w moim przypadku to nie starość. To coś pomiędzy. Wiek średni. Przestrzeń między młodością a starością, początkiem a końcem życia jest przecież spora. Ale kiedy dokładnie się zaczyna i kiedy kończy? Trudno powiedzieć. To nie lada wyzwanie.
Początki końca
Bo czy 38 latek jest w wieku średnim? To zależy kogo spytać. W końcu w tym wieku niektórzy spodziewają się już wnuków, inni czekają na pierwsze dziecko a są i tacy, którym mama wciąż szuka żony. Mnie młodsi znajomi nieraz wytykają wiek. Zaś ci w moim wieku lub starsi, szybko odpowiadają, że jesteśmy jeszcze młodzi. Jeszcze, wciąż, nadal. Te słowa niosą za sobą nutę pocieszenia, ale skrywa się za nimi spora dawka niepokoju. Bo "jeszcze" to jak podpowiada Słownik Języka Polskiego "partykuła wyrażająca trwanie pewnego stanu rzeczy, choć można się spodziewać jego zmiany". Zmiany z młodości na wiek średni.
Kiedy ten etap następuje? Może odpowiedzią są statystyki. Lubię liczby, bo utwierdzają rzeczywistość.
Średnia długość życia mężczyzn w Polsce wynosi prawie 75 lat. Kobiety żyją o ponad 7 lat dłużej. Jeśli podzielimy średni wiek życia mężczyzn na pół, to otrzymamy statystyczny punkt środkowy przeciętnego życia Polaka. A więc 37,5. Wychodzi więc na to, że w moim przypadku rubikon został przekroczony. Powrotu nie ma.
Sama liczba lat niewiele mówi o tym, w na jakim etapie życia faktycznie jesteśmy Fot. Shutterstock / CCVideo
Oczywiście połowa średniej długości życia to nie to samo co definicja "wieku średniego", szczególnie, że mam wątpliwości, czy liczba lat faktycznie mówi nam coś więcej.
Wiek średni to nie tylko punkt w czasie. A raczej faza życia, która dla różnych osób zaczyna się w różnym wieku. W końcu niezależnie od liczby lat jedni mogą czuć się dużo młodziej od innych.
– Nie ma jednej granicy, kiedy zaczyna się wiek średni, bo nie da się jej zdefiniować jednakowo dla każdego człowieka. W gabinecie nierzadko spotykam 55-latków w znacznie lepszej kondycji i o lepszym stanie zdrowia niż niejeden 30-latek. Dlatego ustalenie sztywnych ram nie ma sensu. To po prostu dość szeroki przedział między 30-40 rokiem życia a 60 a u niektórych 70 rokiem życia. Granice są tu z natury nieostre – mówi dr Piotr Paweł Świniarski, urolog, androlog i lekarz medycyny seksualnej.
Regularnie próbuje je jednak ustalić CBOS badając opinie Polaków na ten temat. W obecnym roku większość z nich uznała, że granicą jest 39 lat. Powiedziałbym: uff, ale i tę przekroczę raptem za pół roku. Jak więc rozpoznać, że znajdujemy się w wieku średnim? Może już samo to, że o tym myślimy jest odpowiedzią? O jasne sygnały naszego organizmu pytam Piotra Pawła Świniarskiego. Bo czymże był ów ból pleców, kręgosłupa konkretnie, jeśli nie sygnałem. I to niemałym ledwie łypiącym światełkiem, lecz lampą, latarnią morską świecącą prosto w twarz.
– Tak, takie sygnały może wysyłać nam ciało – mówi dr Świniarski, kiedy wspominam mu o moim ciągnącym się jak argentyńska telenowela problemie z bólem kręgosłupa.
– To może być kręgosłup. Odczuwając taki sygnał zaczynamy dostrzegać, że nasze zdolności regeneracyjne nie są już takie jak dawniej. Czujemy, poza bólem, że coś się zmieniło – tłumaczy dr Świniarski i dodaje, że jeszcze bardziej jaskrawym sygnałem wysyłanym przez ciało mężczyzny są zaburzenia erekcji.
– W pewnym momencie mężczyźni zauważają, że erekcja nie jest taka jak dawniej. Coś, co kiedyś działo się automatycznie, teraz wymaga odpowiednich, czasem wręcz laboratoryjnych warunków. Tłumaczą to zmęczeniem, stresem, wypiciem jednego piwa za dużo. Zwykle jednak zaburzenia erekcji są symptomem czegoś innego – mówi Świniarski.
Zaburzenia erekcji porównuje do wierzchołka góry lodowej. Widzimy tylko symptom. Efekt tego, co jest pod powierzchnią wody, czyli stresu, zmęczenia, początkowych faz chorób układu krążenia, niewłaściwej gospodarki hormonalnej, problemów psychicznych.
– Wielu mężczyzn udaje, że problemu nie ma, bo wstydzą się przyznać, głównie przed samym sobą, że się starzeją. Winę zrzuca na partnerkę albo szukają pomocy kupując niepewne preparaty w sieci zamiast udać się do lekarza. Tymczasem takiego sygnału nie należy ignorować, bo to zwykle objaw innych schorzeń i problemów zdrowotnych ostrzega.
Problem kanapki
Sygnały z ciała to jedno. Drugimi są zaś te płynące z otoczenia. Wiek średni to okres, w którym pełnimy najwięcej ról społecznych. To też czas, kiedy zarówno starsi, jak i młodsi potrzebują a nieraz też oczekują od nas pomocy oraz wskazówek. Wiele osób wpada w tzw. problem kanapki, muszą zajmować się równocześnie starzejącymi rodzicami i dorastającymi dziećmi.
Zazwyczaj wśród kluczowych ról społecznych wylicza się co najmniej cztery kategorie.
W sferze zawodowej nie jesteśmy już żółtodziobami, lecz pracownikami z pewnym doświadczeniem, czasem osiągnięciami. To my uczymy wchodzących do firmy praktykantów i stażystów, a nie ktoś uczy nas.
W prywatnej zaś jesteśmy wciąż dziećmi naszych rodziców, którzy coraz częściej wymagają naszego wsparcia. Czasem jesteśmy też partnerami dla drugich połówek. Czasem też sami jesteśmy rodzicami.
To "czasem" jest tutaj niezwykle istotne. Bo dorosłość definiują kamienie milowe, czyli ważne momenty naszego życia. Takie, które dzielą je na "przed" i "po". Koniec studiów, pierwsza poważna praca, małżeństwo, posiadanie własnego domu, dziecka dziś w naszym życiu pojawiają się później, jeśli w ogóle. Może więc jest tak, że wielu z nas nie czuje się w "średnim wieku", bo nie pełnią społecznych ról, które tradycyjnie były przypisywane do pewnego wieku. Może bez tych ról trudno o uczucie, które składałoby się na doświadczenie pewnego wyrazistego "punktu zwrotnego".
Oczywiście etapy życia definiowane przez oczekiwania społeczne były nie tylko aspiracyjne, ale też restrykcyjne – to właśnie – czyniło je ograniczającymi. W końcu jeśli ktoś chciał podążać inną ścieżką i np. nie brać ślubu, nie mieć dzieci, albo zwyczajnie nie było go stać na zakup nieruchomości, to musiał wykazać się sporą determinacją, aby wyłamać się z utartego schematu.
Urządzanie czasu
Współcześnie jednak przebieg życia staje się coraz bardziej zróżnicowany, a jego etapy coraz rzadziej układają się w jeden, z góry określony scenariusz. Edukacja, praca czy życie rodzinne mogą się przeplatać, zamiast następować po sobie w przewidywalnej kolejności. Zwraca na to uwagę dr Celina Strzelecka, antropolożka w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk oraz autorka książki „Aranżowanie temporalności. Kulturowe praktyki zarządzania czasem”.
Badaczka wyjaśnia, że również porządek czasu, do którego przywykliśmy, nie jest czymś oczywistym ani niezmiennym. Czas cykliczny wiąże się z powracającymi rytmami przyrody: następstwem dnia i nocy oraz pór roku, które wyznaczają choćby czas zasiewów i zbiorów. W średniowiecznej Europie ważną rolę odgrywał również „czas Kościoła”: kalendarz świąt i praktyki religijne porządkowały codzienność, a w klasztorach ściśle wyznaczano pory modlitwy i pracy.
– W chrześcijańskiej tradycji czas uznawano za dar i własność Boga. Wraz z rozwojem handlu i miast coraz większego znaczenia nabierał jednak "czas kupca": trzeba było ustalać terminy, rozliczać transakcje i coraz dokładniej odmierzać czas. Rosło znaczenie planowania przyszłości i realizowania celów doczesnych. Industrializacja pogłębiła ekonomiczne podejście do czasu, podporządkowując pracę rytmowi produkcji. Godziny pracy można było wyceniać, kupować i sprzedawać. Coraz ważniejsze stawało się pytanie, co zdołamy osiągnąć w dostępnym nam czasie – tłumaczy dr Celina Strzelecka.
Książka „Aranżowanie temporalności. Kulturowe praktyki zarządzania czasem”, której autorką jest dr Celina Strzelecka z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk Fot. Marek SzymaniakKsiążka "Aranżowanie temporalności. Kulturowe praktyki zarządzania czasem", której autorką jest dr Celina Strzelecka z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk Fot. Marek Szymaniak
Planowanie przyszłości dotyczy również tego, jak wyobrażamy sobie własne życie: kiedy jest czas na naukę, pracę czy założenie rodziny. Te scenariusze także zmieniają się historycznie. Dawniej pochodzenie społeczne, płeć i sytuacja rodzinna silniej wyznaczały dostępne drogi życiowe. Przekraczanie przypisanych ról i oczekiwań było trudniejsze, a wybór tego, jak potoczy się własne życie, bardziej ograniczony.
– Dziś częściej możemy wracać do edukacji, zmieniać zawód czy układać życie rodzinne na nowo. Poszczególne etapy życia mogą się przeplatać. Możliwości te nie są jednak dostępne wszystkim w równym stopniu. Większa różnorodność dróg życiowych daje swobodę, ale może też zwiększać niepewność i poczucie odpowiedzialności za własną biografię – wyjaśnia dr Celina Strzelecka.
Odejście od gotowych scenariuszy, co oczywiście bardziej widoczne w środowiskach wielkomiejskich niżeli prowincji, oznacza, że wielu musi pisać je sama. W efekcie nieraz skaczemy w czasie punktowym z kwiatka na kwiatek, próbując doświadczać najróżniejszych fragmentów rzeczywistości. Te punkty często nie są ze sobą w żaden sposób powiązane, przez co nasz życiowy scenariusz staje się niekonsekwentny – a to budzi głębokie zagubienie. Także w wymiarze tego, kim jesteśmy, na jakim etapie życia, jakie faktycznie są nasze cele i dokąd zmierzamy.
I choć nie jest to moje doświadczenie, to mam w swoim otoczeniu niemało ludzi, którzy prawie co rok zmieniają pracę, miasto, a nawet kraj, w którym żyją. Niby ciągle pasjonują się czymś nowym, ale za chwilę dostrzegają kolejną opcję i znowu rzucają wszystko. A intuicja podpowiada mi, że wpływ na taki stan mają platformy mediów społecznościowych, które oferują nieskończoną ilość z pozoru atrakcyjnych możliwości, ale też podglądanie tego, jak – być może lepiej – żyją inny.
– Media społecznościowe mogą podsycać poczucie, że gdzie indziej czeka na nas ciekawsze życie. Oglądamy wybrane fragmenty cudzej codzienności, ale porównujemy z nimi całość własnego doświadczenia, także jego trud i monotonię. Jednocześnie oczekuje się od nas elastyczności i gotowości do zmiany, a także konsekwentnego realizowania długofalowych celów. Sami również stawiamy sobie takie wymagania. Mamy korzystać z nowych możliwości, ale nie rozpraszać się i wytrwale podążać obraną drogą. To napięcie może utrudniać decyzję, kiedy warto zostać przy swoim wyborze, a kiedy go zmienić – mówi dr Celina Strzelecka.
Przesuwanie granic
Jednak granica odczuwania tego, kiedy wchodzimy w dorosłość, a potem wiek średni wyraźnie się przesuwa. Wspomniane badanie CBOS mówiące o tym, że młodość trwa do około 39. roku życia było realizowane także wcześniej. Edycja z 2012 roku, czyli sprzed 14 lat wskazywała, że kres młodości w odczuciu społecznym następuje 2 lata później. Przesunął się też próg starości – o 4 lata. Na jeszcze dłuższym, bo trzydziestoletnim odcinku czasu społeczne ustanowiona granica młodości przesunęła się jeszcze bardziej, bo o 4 lata.
Oczywiście są ku temu racjonalne powody. Oczekiwana długość życia Polaków, a mówię tu konkretnie o mężczyznach, w ostatnim ćwierćwieczu wydłużyła się według GUS o ponad 5,5 roku. W przypadku kobiet to o rok krócej. Żyjemy więc nie tylko coraz dłużej, ale i dłużej cieszymy się dobrym zdrowiem, co odsuwa od nas myśl o końcu młodości.
Swoją cegiełkę do przesuwania granic i rozmywania granic tego, kiedy zaczyna się wiek średni przykłada też kultura, która wręcz obsesyjnie promuje młodość. Widzimy to z jednej strony w wyglądzie głównych przedstawicieli owej kultury. Zewsząd otaczają nas gwiazdy; aktorzy, piosenkarki i inne znane osobistości, które pamiętamy z młodości lub z dzieciństwa, a których wygląd za sprawą operacji plastycznych, botoksowi oraz zwyczajnie zdrowemu trybowi życia, niemal się nie zmienił.
Logiczne jest więc, że także zwykli ludzie chcą uważać się za młodych tak długo, jak to możliwe. A wraz z prężnym rozwojem branży beauty jest to zwyczajnie osiągalne. I to druga zmiana, która dotyka wielu z nas a dzięki czemu starzejemy się wolniej niż kiedyś. Jest tak, bo wielu z nas nie pracuje fizycznie tak ciężko jak tyrali na roli czy w fabrykach nasi dziadkowie czy babcie. Obecnie mniej też pijemy alkoholu, palimy tytoniu, a więcej używamy kremów z filtrem czy redukującym zmarszczki retinolem. Zabiegi przeciwstarzeniowe stały się wręcz normą i elementarzem higieny prawie jak mycie zębów.
Ma to jednak pewne konsekwencje. Kiedy wiek średni albo starość bezwzględnie nas dogania, wielu z nas trudno się z tym pogodzić. Z obserwacji dr Piotra Pawła Świniarskiego wynika, że kiedy tłumaczy mężczyznom, to że ich ciała się zmieniają wraz z wiekiem, bo ulegają naturalnemu procesowi starzenia, wielu nie umie tego faktu zaakceptować. Ba, nawet nie chce dopuścić do siebie tej myśli.
Z wiekiem czujemy, że czas płynie coraz szybciej Fot. Shutterstock /Rawpixel.com
– Każdy chce jak najdłużej pozostać piękny, młody i sprawny. Obserwujemy więc monstrualną walkę o utrzymanie młodości, wyglądu masy mięśniowej, sprawności seksualnej – mówi dr Piotr Paweł Świniarski.
Czy to źle – dopytuję?
– We wszystkim należy odnaleźć właściwy balans – odpowiada dr Świniarski. – Nie chodzi o to, by kurczowo i na siłę udawać dwudziestolatka, ale też nie wolno nam usiąść w fotelu i oznajmić: „Mam 40 czy 50 lat, jestem stary, więc nie muszę już o siebie dbać, ruszać się czy zdrowo jeść”. To pułapka – dodaje.
Czas to pieniądz?
Tak jak pułapką może być praca, która wiąże się z presją okonywania właściwych wyborów. Zawodowo mamy być jednocześnie elastyczni, konsekwentni i coraz bardziej efektywni. W efekcie funkcjonowanie w kapitalistycznej gospodarce wpływa również na to, jak postrzegamy czas: traktujemy go jako zasób, który powinien przynosić korzyści. Jak pisze w książce "Aranżowanie temporalności" dr Celina Strzelecka, neoliberalna logika rozszerza ekonomiczne podejście do czasu także na życie poza pracą. Odpoczynek, edukację czy rozwój osobisty zaczynamy oceniać przez pryzmat efektywności i przyszłych korzyści. W takich warunkach czas, który nie przynosi mierzalnych rezultatów, łatwo uznać za zmarnowany.
Stąd też kult produktywności, obsesja efektywnego wykorzystania każdej minuty naszego życia. Sam temu ulegam. Na szczęście coraz rzadziej, bo z tej manii wyleczyło mnie rodzicielstwo i wiek. A więc atrybuty wieku średniego. Jeszcze kilka lat temu kiedy „nic nie robiłem” od razu odczuwałem poczucie winy i myśl, że "powinienem teraz robić coś pożytecznego". I nieważne, że akurat właśnie wróciłem z pracy, intensywnego dyżuru w żyjącej 24 godziny na dobę redakcji. Powinienem się nadal się rozwijać: czytać, oglądać ambitne kino albo chociaż trenować do maratonu.
– W ostatnich latach ta obsesja produktywności jest coraz częściej kwestionowana. Pojawiają się kontrnarracje, że mamy prawo odpoczywać, nic nie robić bez poczucia winy. Jednak presja, by nie marnować czasu i stale być efektywnym, pozostaje silna – mówi dr Celina Strzelecka, dodając, że odpowiedzialność za radzenie sobie z nadmiarem obowiązków często przerzuca się na jednostkę, która ma nauczyć się lepiej "zarządzać sobą w czasie". – Odpowiedzialność za efektywność coraz częściej przerzuca się na nas samych. Mamy samodzielnie wyznaczać cele, kontrolować tempo pracy i rozliczać się z rezultatów. Stajemy się własnymi nadzorcami i strażnikami. Jednocześnie kontrola ze strony pracodawców nie znika: może przyjmować postać cyfrowego monitoringu i systemów oceny wyników – tłumaczy dr Celina Strzelecka.
Żyjąc więc w ciągłym poczuciu braku czasu próbujemy ratować się choćby aplikacjami do jego zarządzania, aby pozbyć się ciągłego poczucia jego marnowania. Wszystkie kalendarze, programy do mierzenia czasu, planowania pracy mają pomóc nam być bardziej efektywnymi pracownikami, ale czy tak jest w rzeczywistości?
– Aplikacje mogą ułatwiać koordynowanie pracy i odciążać pamięć, ale ich obsługa również wymaga czasu. W moich badaniach rozmówcy opowiadali o konieczności ciągłego wpisywania zadań, aktualizowania list i pamiętania o korzystaniu z kolejnych narzędzi. Powstaje paradoks: żeby oszczędzać czas, trzeba poświęcać go na zarządzanie czasem. Jeśli aplikacje służą przede wszystkim raportowaniu i kontroli, mogą zwiększać obciążenie zamiast ułatwiać wykonanie zadania – mówi dr Celina Strzelecka.
Jednocześnie jak zauważa, coraz częściej pracujemy też po pracy. Tym razem jednak zupełnie za darmo. Z jednej strony oddajemy swój czas, by tworzyć treści; posty, zdjęcia, filmy do mediów społecznościowych. Z drugiej odbierając treści, bezmyślnie scrollując oddajemy im inny ceny zasób, czyli naszą uwagę.
– Wiele osób wie, ile czasu pochłaniają media społecznościowe, a mimo to trudno im się od nich oderwać. Platformy wykorzystują mechanizmy nagradzania: podsuwają kolejne treści i podsycają oczekiwanie, że za chwilę pojawi się coś, dla czego warto zostać jeszcze chwilę. Chcemy zajrzeć tylko na moment, a zostajemy na długo. Nasza uwaga i czas przynoszą im zyski, więc mają interes w tym, byśmy nie odkładali telefonu – mówi dr Celina Strzelecka. Podkreśla, że korzystanie z mediów społecznościowych może wyczerpywać nas także psychicznie.
– Korzystanie ze smartfona nie regeneruje nas tak jak spacer po lesie. Przeciwnie, możemy po nim czuć się jeszcze bardziej zmęczeni. Nawet gdy traktujemy tę aktywność jako czas wolny, dostarczamy platformom treści i danych, a nasza uwaga przynosi ich właścicielom zyski. Taki "odpoczynek" może więc być jednocześnie pracą dla algorytmu – dodaje.
Kiedy więc po pracy zawodowej mamy darmową orkę dla platform cyfrowych nietrudno o wrażenie, że "na nic nie ma czasu". Może stąd to poczucie, że ciągle się śpieszymy? Że czas przecieka nam przez palce. Świętujemy jedne urodziny i nim się obejrzymy zbliżamy się do kolejnych. Tak coraz szybciej mija rok za rokiem. Kiedy dawno temu o to wrażenie zapytałem moją mamę, odpowiedziała dość bezwzględnie: czas z wiekiem będzie płynął tylko szybciej.
Może więc to naturalne? A może sami dokładamy do tego swoją cegiełkę, wypełniając każdą chwilę? Dzięki urządzeniom cyfrowym kolejne wiadomości, obrazy i filmy mamy stale pod ręką. Nawet krótką przerwę możemy natychmiast czymś zająć. Pamiętam jednak, że w moim dzieciństwie, ledwie trzy dekady temu, czas nieraz płynął wolniej, a czasem wręcz stał w miejscu. Dziś coraz trudniej mi o takie wrażenie. A teraz gna, gna tak bardzo nieubłaganie.
Celina Strzelecka uważa, że nasze pokolenie miało pod pewnym względem szczęście.
– Wielu z nas, milenialsów, pamięta dzieciństwo bez stałego dostępu do internetu. Bywały chwile, gdy nic się nie działo, a my nie mogliśmy od razu sięgnąć po kolejne treści na ekranie. Być może tęsknimy właśnie za tą swobodą: za czasem na nudę, spontaniczną zabawę i bycie bez planu. Zastanawiam się, ile miejsca na takie doświadczenia mają dziś dzieci, których dni wypełniają szkoła, zajęcia dodatkowe i media cyfrowe. Czy kiedyś będą mogły tęsknić za podobną powolnością? – mówi dr Strzelecka.
Nie stać nas na kryzys
Może, my mileniasi będziemy też pierwszym pokoleniem bez wieku średniego i związanego z nim – w dużej mierze mitycznego – kryzysu?
Taką tezę postawił Alex Abad-Santos, publicysta Vox.com. Zwrócił on uwagę, że tradycyjnie, choć być może błędnie, nasze wyobrażenie kryzysu wieku średniego od dawna wyglądało tak: nagle mężczyzna dla czerwonego sportowego samochodu i zbyt młodej dziewczyny u boku porzuca dotychczasowe życie, rodzinę i dom. Słowem wymienia swoje bezpieczne i stateczne życie na coś burzliwego, ale za to nowszego i młodszego.
Alex Abad-Santos wskazał, że taka opowieść może nie brzmieć prawdziwie dla milenialsów, którzy zbliżają się do czterdziestki i zaczynają miewać tradycyjne rozterki połowy życia. Dlaczego?
Otóż miliensialsi weszli na rynek pracy w weszli na rynek pracy po kryzysie finansowym 2008 roku, przez co musieli znosić darmowe staże, godzić się na umowy śmieciowe i szereg innych patologii. A kiedy nieco w zawodowym świecie okrzepli, to zostali dotknięci pandemicznym wstrząsem gospodarczym. Teraz zaś drżą przed tym, czy ich codzienności nie wywróci do góry nogami sztuczna inteligencja. Nie poznali więc bezpieczeństwa, finansowej stabilizacji. Wielu z nich nie osiągnęło kamieni milowych dorosłości.
Czy dzisiejsze pokolenie milenialsów stać na kryzys wieku średniego? Fot. Shutterstock /Rawpixel.com
"To pokolenie, którego często nie stać na dom ani życie rodzinne, więc nie mają czego porzucić, nie mówiąc już o nowym samochodzie sportowym" – pisze Alex Abad-Santos, a te słowa idealnie zliustrowałby GIF „smart man” z podpisem: nie rzucisz rodziny ani domu, jeśli go nie masz.
To gorzki, bo prawdziwy żart. Aż 81 procent pytanych o to ankietowanych milenialsów odpowiedziało, że… nie stać ich na kryzys wieku średniego. Może nic więc dziwnego, że wielu z nich wciąż czuje się młodych, choć ból pleców przypomina o upływającym czasie.
Co więc nam pozostaje?
Zaakceptować rzeczywistość. Docenić to, co nam się w życiu udało. I to niezależnie od tego, czy weszliśmy już czy dopiero wejdziemy w wiek średni.
W końcu mamy już swoje lata. A zmarszczki wokół oczu, jak pisała Julie Beck, w The Atlantic, to też oznaka zagojonych siniaków na duszy. Znamy już siebie całkiem dobrze. Przerobiliśmy już sporo dobrych i złych doświadczeń. Mamy więc pewną życiową mądrość, która pozwala nam złapać dystans. Mieć spokój i pewność kogoś, kto bez strachu jedzie na rowerze bez użycia rąk. Mamy wreszcie, coś co jest darem wieku średniego, czyli wokół siebie tych ludzi, których chcemy a nie musimy mieć.
– Nie można popadać w żałobę z powodu upływającego czasu. Sztuką jest zrozumieć i zaakceptować rzeczywistość a nieuporczywie dążyć do czegoś, co było kiedyś a dziś jest nieuchwytne. Każdy etap życia ma swoje wady i zalety. Kiedy jesteśmy młodzi jesteśmy witalni, ale często brakuje nam życiowego doświadczenia. W dojrzalszym wieku możliwości fizyczne bywają mniejsze, ale dysponujemy mądrością, która pozwala szerzej, bardziej świadomie patrzeć na wiele spraw, w tym na własne zdrowie – mówi Piotr Paweł Świniarski.
I zdrowie jest tym o co na pewno warto zadbać. Wiek średni to kluczowy moment, który determinuje trajektorię naszego dalszego starzenia się. To jak będziemy traktować siebie teraz będzie miało ogromny wpływ na nasze życie w kolejnych dekadach.
– To idealny czas na wprowadzenie zmian, które przyniosą korzyści nie tylko teraz, ale i w przyszłości – mówi Piotr Paweł Świniarski i dodaje, że radzi przestrzegać trzech zasad.
Po pierwsze dbać o ciało. Codziennie się ruszać: spacerować, dbać o ogród, czy tańczyć. Robić to, co się lubi a nie musi.
Po drugie redukować stres. Choć łatwo to mówić, to trzeba odrzuć presję bycia idealnym.
Wreszcie, po trzecie: być dla siebie wyrozumiałym. Nie musimy być najsilniejsi, najprzystojniejsi ani we wszystkim pierwsi. I nie ulegać złudzeniom, którymi karmią nas media społecznościowe.
W końcu jak mawia Elmer, słoń w kolorową kartkę z bajki, którą czasem czytam moim synkom: Nie liczy się, kto wygra, ale w jakim stylu!
W końcu pokonywanie kolejnych etapów życia wcale nie musi być jak spadanie z urwiska. Nie musi być kryzysem, lecz może być szansą.