Nie mam złudzeń. Żaden tekst nie przekona do bycia tatą. Ten felieton również nie ma takiej mocy. Ale i tak dobrze mówić, jak fajnie nim być, szczególnie że już jutro Dzień Ojca. I dobrze o tym mówić teraz, kiedy otaczający nas świat tak bardzo zmieniają technologie. Ograniczyć ich wpływ mogą zaangażowani ojcowie.

Wprawdzie coraz rzadziej nimi zostajemy, bo rodzicielstwo przestaje być domyślnym wyborem dla młodych. To nie jest tak, że polscy mężczyźni nie chcą mieć dzieci. Jest zupełnie odwrotnie. Potwierdzają to badania CBOS z 2023 roku, z których wynika, że tylko 6 proc. mężczyzn chce pozostać bezdzietnymi przez całe życie. Tyle deklaracje, bo praktyka jest zgoła inna: wielu mężczyzn nie zostaje ojcami, bo nie nie ma z kim założyć rodzin, a wcześniej związków. Statystyki zawarte w raporcie "Diagnoza Młodzieży" pokazują, że w grupie młodych Polaków (18-29 lat) samotnych jest aż 44 procent osób. 

Rodzicielstwo nie jest czymś, co da się wyobrazić czy też precyzyjnie opisać. Stąd też spory problem, aby przełamywać negatywną o nim narrację. Zewsząd słyszymy przecież o wszelkich udrękach rodzicielstwa: nieprzespanych nocach, fizycznym zmęczeniu, braku czasu dla siebie. To wszystko oczywiście prawda, ale niecała.

Brakującą opowieścią jest ta o tym, co zyskujemy, kiedy zostajemy rodzicami. O innym, bogatszym życiu z większym sensem, celem i więzią. O tym zbyt wiele nie słyszymy, żeby nie powiedzieć – wcale. Być może jest tak dlatego, że to, co trudne, cały ten znój łatwiej nam nazwać, pokazać, ale i wzbudzić negatywne emocje, które, jak wiemy, są paliwem internetowych zasięgów. Z kolei to, co dobre i piękne, zwykle wiąże się z uczuciami. Indywidualnie przeżywanymi emocjami, ciepłem, miłością. Czymś bardzo prywatnym, co trudno zrozumieć obcym. Ale też czymś, co niełatwo wytłumaczyć.

Mózg taty

Na szczęście można pokazać, co bycie tatą robi z mężczyznami: ich mózgami, ciałami, zdrowiem i relacjami. Jest już na ten temat sporo badań.

Fot. Shutterstock / Master1305
Rodzicielstwo zmienia sposób funkcjonowania rodziców Fot. Shutterstock / Master1305

Jedno z ciekawszych dotyczy  właśnie mózgu. Bycie ojcem to jedna z najlepszych rzeczy, jakie możesz zrobić dla swojego mózgu i sprawności umysłowej. I nie jest to opinia byle kogo, lecz profesor Darby Saxbe, psycholożki klinicznej z Uniwersytetu Południowej Kalifornii, a przy tym autorki książki "Dad Brain", czyli w wolnym tłumaczeniu "Mózg taty". Badaczka przekonuje nawet, że rodzicielstwo pod względem zachowania młodości może być "lepsze niż botoks".

Skąd takie wnioski? Z badań, które Saxbe przeprowadziła. Wynika z nich, że ojcostwo wywołuje strukturalne zmiany w kluczowych obszarach mózgu mężczyzn. Kora mózgowa, czyli zewnętrzna część mózgu odpowiedzialna za myślenie i planowanie wyższego rzędu, traci masę. Tak, choć brzmi to dość przerażająco, to w rzeczywistości wcale takie nie jest. Badaczka ustaliła, że ta ewolucyjna zmiana sprawia, że mózg jest bardziej wydajny, a jego posiadacz staje się bardziej wrażliwy i empatyczny. Mało tego, zmiana i większa sprawność kory mózgowej są tym bardziej widoczne, im bardziej ojcowie cieszą się, że zostaną rodzicami i im bardziej angażują się w opiekę nad dziećmi.

Inne badania neurobiolożki Ann-Marie de Lange z University of London dowodzą, że ojcostwo może chronić mózgi mężczyzn przed starzeniem się. Badaczka wraz z zespołem przyjrzała się tysiącom skanów mózgu z brytyjskiego Biobanku, chcąc sprawdzić, czy posiadanie dzieci wpływa na trajektorie starzenia się mózgu w wieku średnim i późniejszym. Okazało się, że mózgi rodziców (nie tylko ojców, ale i matek) wyglądały młodziej niż u osób bezdzietnych.

Do tych samych wniosków doszli naukowcy z Uniwersytetu Południowej Kalifornii. Potwierdzili oni wnioski Ann-Marie de Lange, a do tego określili, że wiek mózgu mężczyzny z dwójką dzieci jest o 0,6 roku niższy niż u ich bezdzietnych rówieśników. Zaś u ojców trójki dzieci różnica jest jeszcze większa i wynosi 0,7 roku. Oznaczało to, że posiadający potomstwo mężczyźni wykazali przewagę we wszystkich pięciu badanych obszarach poznawczych nad tymi, którzy dzieci nie mają. Korzyści te porównano z wykonywaniem ćwiczeń fizycznych przez 2,5 godziny tygodniowo.

Zdrowy (jak) tata

Bycie tatą wpływa też na stan zdrowia. Owszem, wielu mężczyzn, którzy zostają ojcami, skarży się, że nie ma czasu ani siły na regularne ćwiczenia, przez co przybierają na wadze. Jednak jak pokazują badania wspomnianej już Darby Saxbe, "tatusiowa sylwetka" to niekoniecznie efekt wyłącznie braku ćwiczeń i dojadania resztek po dzieciach. Tyciu ojców (średnio ponad 6 kg w ciągu 15 lat od narodzin dzieci) sprzyja także spadek poziomu testosteronu.

Jednocześnie posiadający potomstwo mężczyźni, ucząc się, jak opiekować się dziećmi, rozwijają empatię, doskonalą umiejętności społeczne i negocjacyjne, a przy tym uczą się cierpliwości – wie o tym każdy, kto próbował przekonać trzylatka do nałożenia kurtki w chłodny dzień czy wyprowadzał go z napadu złości. To nauka, która uczy ojców tak zwanego dystansu do życia, bo po takim doświadczeniu niewiele innych rzeczy jest w stanie wyprowadzić ich z równowagi.

Dla zdrowia najważniejsze są jednak dobrze rozwinięte relacje społeczne. A posiadanie dzieci sprzyja zwiększeniu częstotliwości kontaktów z rodziną, pogłębianiu bliskich relacji z otaczającą nas społecznością czy nawiązywaniu nowych znajomości i przyjaźni. To zaś, co potwierdza metaanaliza badań przeprowadzona przez Julianne Holt-Lunstad i jej zespół w 2010 roku, wpływa korzystnie na nasze zdrowie. Silna sieć kontaktów zaspokaja potrzebę bliskości, daje poczucie własnej wartości i akceptacji. Poprawia też zdrowie psychiczne i fizyczne. Słowem: pozwala nam żyć dłużej i w lepszym zdrowiu. Zaś brak więzi społecznych jest tak samo groźny dla zdrowia, jak wypalanie 15 papierosów dziennie.

To szczególnie ważne dla mężczyzn, bo oni częściej mają większe trudności w nawiązywaniu przyjaźni w dorosłym życiu. 

Zostanie tatą dostarcza wielu okazji, by to zmienić.

Innych rodziców mijamy w przedszkolu, na placach zabaw, na przyjęciach urodzinowych dzieci, na które jesteśmy zapraszani. Nagle dostajemy szansę, a nieraz jesteśmy zmuszeni do wyjścia ze strefy komfortu i do nawiązania kontaktu z innymi ludźmi, a do tego mającymi podobne doświadczenia.  

Czas to już nie pieniądz

Na tym korzyści z bycia tatą się nie kończą. Rodzicielstwo mebluje nasze życie na nowo. Ustawia priorytety. Coraz częściej widzimy, że potężna szafa z napisem "praca" zostaje przesunięta na bok, bo ważniejsze stają się dzieci. Taki trend wśród ojców potwierdzają badania. Jego początki sięgają pandemii COVID-19, kiedy mężczyźni posiadający potomstwo zaczęli pracować o sześć godzin krócej tygodniowo i wydłużać o 4 godziny czas spędzany z rodziną, poświęcony na opiekę nad dziećmi czy wykonywanie obowiązków domowych. Tak wynika z analizy think tanku American Institute for Boys and Men. Co ważne, zmiana nie wynika np. z gorszej sytuacji na rynku pracy czy rosnącego bezrobocia, bo głównym czynnikiem skłaniającym ojców do spędzania większej ilości czasu w domu są ich osobiste wybory.

Fot. Shutterstock / Master1305
Rodzicielstwo zmienia priorytety rodziców, ojcowie pracujący zdalnie i mający wyższe wykształcenie zaczynają mniej pracować Fot. Shutterstock / Master1305

Niestety widoczne są tu klasowe nierówności. Na taki krok częściej decydują się osoby z wyższym wykształceniem, mające możliwość pracy zdalnej i hybrydowej. Przebywając w biurze rzadziej, a czasem krócej, mogli zaoszczędzić czas np. na dojazdach czy niepotrzebnych spotkaniach, które mogły być e-mailem. Oznacza to, że czas dla dziecka staje się przywilejem dla nielicznych.

Podobny trend ma też swoje odbicie w Polsce. Można dostrzec go choćby za sprawą raportu "Ojcowie w czasie pandemii", który został zrealizowany we współpracy z Ministerstwem Rodziny. Wynika z niego, że w wyniku pandemii 60 proc. ojców deklarowało spędzanie większej ilości czasu z dziećmi. A prawie połowa z nich wprost wskazała, że dodatkowy czas przełożył się na poprawę relacji z dziećmi i partnerką. Na tym nie koniec, bo dane pokazują też, że polscy mężczyźni, którzy zostali ojcami, częściej korzystają z urlopów rodzicielskich. Dane ZUS pokazują, że w 2022 roku korzystał z nich zaledwie 1 procent mężczyzn, a w 2025 już 24 procent ojców. Zmiana jest więc nie tylko wyraźna, ale i wielowymiarowa. A być może najważniejszym jej wymiarem jest zmiana priorytetu dotycząca czasu. W końcu to najcenniejszy zasób, jaki mamy w życiu, i najlepsze, co możemy dać dziecku.

Szczególnie małemu, bo kiedy ojcowie angażują się w opiekę, to dzieci rozwijają się lepiej. Szereg badań pokazuje, że mają wyższe poczucie własnej wartości, lepiej radzą sobie ze stresem, mają mniejsze ryzyko zaburzeń, osiągają lepsze wyniki w nauce (szczególnie w przedmiotach ścisłych), a dodatkowo mają wyższe kompetencje społeczne; są bardziej empatyczne i mają większą łatwość w nawiązywaniu relacji. Co ważne ojcowie tego momentu na spędzanie czasu z dzieckiem nie powinni odkładać na "później". Później tego czasu zwyczajnie nie będzie. Będzie też za późno. Bo może brzmi to niewiarygodnie, ale zdecydowaną większość czasu (nawet 80 procent) jaki rodzice spędzają ze swoim dzieckiem w ciągu całego życia przypada na okres do 12 lat. Im dzieci są starsze, to więcej czasu spędzają z rówieśnikami, a potem są dorosłe, wyprowadzają się, pracują, zakładają własne rodziny. Pierwsze 12 lat życia jest więc kluczowe na budowanie relacji zanim dziecko zacznie żeglować po własnym morzu.

Złodzieje czasu

Ta statystyka dotycząca wspólnego czasu, który mija bezpowrotnie, jest też ważna, gdy spojrzymy na to, kto ten czas próbuje nam ukraść. Mowa oczywiście o firmach, które postanowiły bezwzględnie zarabiać na emocjach i uwadze naszych dzieci. Być może więc najważniejszym zadaniem współczesnych ojców, wyposażonych w empatyczny i uważny "mózg taty", będzie to, aby spróbować ochronić dzieci przed drapieżnymi mechanizmami cyfrowego świata. Big Techy urządzające świat naszych dzieci nie biorą jeńców i nie mają wyrzutów sumienia.

Miałem okazję zobaczyć to czarno na białym podczas premiery raportu "Internet dzieci 2026”. To druga jego edycja. Kiedy nieco ponad rok temu pisałem o pierwszej edycji, byłem przerażony. Nie tylko jako dziennikarz, ale jako rodzic. Bo tak, jak się domyślacie, też jestem rodzicem, tatą dwóch szkrabów. Bałem się i ciągle boję, że moje dzieci wpadną w pułapkę ekranów i platform społecznościowych, których szkodliwość wielokrotnie sam opisywałem. Pisałem wtedy, że ciągle łudzę się, że zdążymy naprawić świat internetu i platform cyfrowych, ale tak naprawdę za bardzo w to nie wierzyłem, bo do takich zmian potrzebny byłby cud.

Do zmiany potrzeba cudu, bo świat, jaki zbudowaliśmy naszym dzieciom, jest przerażający. Bez zasad, zaufania i prywatności. Za to pełen lęku, hejtu i przemocy, gdzie nikt nie liczy się z ich głosem i nie respektuje ich praw. Potwierdzają to inne raporty pokazujące, jak wygląda cyfrowa rzeczywistość oczami dziecka.

Fot. Shutterstock / Master1305
Zakazy ekranowe nie są idealnym rozwiązaniem, ale być może jedynym obecnie możliwym Fot. Shutterstock / Master1305

Dziś, po premierze drugiej edycji raportu "Internet dzieci" mimo wszystko jestem większym optymistą. I to mimo że najnowsze dane wciąż są szokujące i smutne, co doskonale opisał Adam Bednarek.

Tak, dzieci w wieku 7–14 lat spędzają każdego dnia blisko cztery i pół godziny online, głównie scrollując TikToka czy YouTube’a. Zaś na serwisy edukacyjne poświęcają ledwie 1 procent czasu online.

Tak, 55 proc. dzieci w wieku 7–12 lat regularnie korzysta z największych serwisów społecznościowych lub komunikatorów, choć w ogóle nie powinno ich tam być, bo regulaminowo nie powinny móc założyć w nich konta.

Tak, miliony dzieci (znów 7–14 lat) mają w sieci kontakt z treściami pornograficznymi czy reklamami alkoholu.

Tak, smartfon wciąż towarzyszy dzieciom przez niemal cały dzień. Rano przed szkołą, w szkole, a przede wszystkim po niej, kiedy już są w domach.

Ale jednak coś (powoli) się zmienia.

W Sejmie mówiła o tym Magda Bigaj z Fundacji Instytut Cyfrowego Obywatelstwa. Promująca ideę higieny cyfrowej badaczka i działaczka społeczna podkreślała, że można zaobserwować pewną zmianę społeczną, rosnącą świadomość i presję ze strony rodziców. Pewną pozytywną zmianą jest też uznanie za problem tego, że dzieci spędzają czas w toksycznym dla siebie świecie. I także to, że na ten problem próbują odpowiadać rządzący. Na świecie kolejne państwa śladem Australii wprowadzają prawo odcinające dzieci od platform społecznościowych. Podobne rozwiązania rozważane są również w Polsce. Debata publiczna ruszyła z miejsca. Wprawdzie powoli – jak żółw – ociężale, jak napisałby Tuwim, ale ruszyła. Owszem, to za mało na cud, ale to dobry pierwszy krok.

I choć zakazy nie są idealnymi rozwiązaniami, to dopóki platformy takie jak Facebook, TikTok, Instagram czy YouTube nie zapewniają bezpieczeństwa dzieciom, a wręcz są środowiskiem wysokiego ryzyka, to te nie powinny mieć do nich dostępu. W końcu to platformy decydują, jak wyglądają ich produkty. To one, całkowicie świadome błędów, cynicznie nie łatają w nich dziur. Dlaczego? Bo nasze dzieci to paliwo ich zysków.

Dobrze, że świadomość rośnie. Że politycy w końcu biorą się do roboty. Że nie przerzucamy już całej odpowiedzialności na rodziców i szkołę, oczekując, że sami załatwią problem. Nie rozwiążą go. Nie przechytrzą, jak pisze Fundacja Panoptykon, firm operujących miliardami dolarów, skupionych na tym, aby wykorzystywać nasze dzieci i nimi manipulować.

Tutaj rodzice potrzebują wsparcia. Konkretnych narzędzi, ale też wiedzy, jak chronić dzieci z jednej strony. Z drugiej nie tylko rodzice, ale my wszyscy, także dorośli i obywatele, potrzebujemy twardej ręki, która będzie od platform wymagać, aby naprawiły swoje przestrzenie. A jeśli tego nie zrobią, to należy je surowo karać i blokować, aż tego nie zrobią.

Wiemy już, że to jest możliwe. I choć nie jest łatwe, to może przynieść wiele dobrego. Tak jak rodzicielstwo. Wymaga zaangażowania, cierpliwości, konsekwentnych działań i czasu. To umiejętności, tak jak zdolność bycia tatą, nabywane przez praktykę. Można je nabyć, ale trzeba spróbować.

Na koniec dnia warto, bo tata – to brzmi dumnie.