REKLAMA

Włoskie jezioro potrafi stworzyć gigantyczne tsunami. Ludzie sami je napędzają

Wycinka lasów i rolnictwo przygotowały grunt pod gigantyczne osuwiska we włoskim jeziorze. Dziś jego brzegi znów są zagrożone, a specjaliści ostrzegają.

Tsunami w jeziorze Iseo. Ludzie zwiększyli zagrożenie
REKLAMA

Spokojne włoskie jezioro Iseo skrywa historię dwóch gigantycznych tsunami. Ponad 800 lat temu potężne fale zalały jego brzegi, a w najbardziej zagrożonych miejscach woda mogła wspiąć się na wysokość nawet 50 m. Teraz naukowcy odkryli, że do tych katastrof nieświadomie przyczynili się sami mieszkańcy regionu. Przez stulecia wycinali lasy, zakładali pola i wypasali zwierzęta, doprowadzając do gromadzenia się ogromnych ilości osadów na dnie jeziora. Wystarczyły później silne trzęsienia ziemi, aby uruchomić podwodne osuwiska. Problem w tym, że według badaczy podobne zagrożenie istnieje również dzisiaj.

REKLAMA

Dwa trzęsienia ziemi, dwie gigantyczne fale

Dokładnie 3 stycznia 1117 r. północne Włochy nawiedziło trzęsienie ziemi o magnitudzie około 6,5. W przechowywanej obecnie w Bibliotece Watykańskiej XII-wiecznej kronice zapisano, że wody jezior podniosły się tak gwałtownie, iż mieszkańcy pobliskich osad znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

Naukowcy postanowili sprawdzić, czy podobna katastrofa rzeczywiście mogła wydarzyć się na jeziorze Iseo w Lombardii. Zespół kierowany przez Muhammada Naveeda Zafara z Universite Savoie Mont Blanc we Francji przeanalizował osady denne, profile sejsmiczne i średniowieczne źródła historyczne. Wyniki przedstawiono w badaniu opublikowanym w Nature Communications.

REKLAMA

Okazało się, że jezioro doświadczyło dwóch ogromnych podwodnych osuwisk. Pierwsze nastąpiło podczas trzęsienia z 1117 r., drugie w Boże Narodzenie 1222 r., kiedy region nawiedził kolejny wstrząs o magnitudzie około 6.

Fala mogła wspiąć się nawet na wysokość 50 m

W 1117 r. pod wodę osunęło się około 62 mln m3 osadów, czyli ilość wystarczająca do wypełnienia sześcianu o boku prawie 400 m. Tak potężna masa materiału przesunęła wodę, wywołując fale przemieszczające się z prędkością dochodzącą do 180 km/h.

REKLAMA

Symulacje wykazały, że tsunami dotarło do północnych brzegów jeziora w ciągu minuty. W najbardziej ekstremalnym scenariuszu woda wspięła się tam na wysokość około 50 m i wdarła nawet 2,7 km w głąb lądu. Znajdująca się pośrodku akwenu wyspa Monte Isola częściowo osłoniła południowe brzegi. Mimo tego w miejscowości Iseo poziom wody mógł wzrosnąć o około 5,5 m, zaledwie 6-7 minut po osuwisku. Drugie tsunami, z 1222 r., było słabsze, ale nadal niebezpieczne. Wówczas osunęło się około 10 mln m sześc. materiału, a maksymalna wysokość napływu wody w modelu sięgnęła około 13 m.

Warto pamiętać przy tym, że są to rekonstrukcje komputerowe, a nie bezpośrednie pomiary. W zależności od przyjętej głębokości rozpoczęcia osuwiska modelowana maksymalna wysokość napływu podczas katastrofy z 1117 r. mogła być wyraźnie niższa.

REKLAMA

Winni byli również ludzie, a wszystko zaczęło się od rolnictwa

Skąd na dnie jeziora znalazły się takie ilości osadów? Odpowiedź prowadzi do działalności człowieka trwającej przez niemal 2 tys. lat. Już w czasach rzymskich mieszkańcy doliny Val Camonica wycinali lasy, powiększali pola uprawne i wykorzystywali górskie zbocza jako pastwiska. Pozbawiona roślinności gleba stawała się bardziej podatna na erozję. Deszcze wypłukiwały ją do rzek, a następnie transportowały w kierunku jeziora.

Rzeka Oglio dostarczała w ten sposób coraz więcej materiału do swojej delty na północnym brzegu Iseo. Badacze ustalili, że wskutek zmian użytkowania ziemi ilość osadów docierających do jeziora wzrosła trzykrotnie. Delta stopniowo rozrastała się pod wodą. Jej zbocza stawały się coraz bardziej strome i przeciążone, aż w końcu silne wstrząsy doprowadziły do ich zawalenia.

REKLAMA

Podobny mechanizm opisaliśmy wcześniej na przykładzie osuwiska na Grenlandii, które w 2023 r. wywołało gigantyczne tsunami i fale utrzymujące się przez dziewięć dni. Przyczyny destabilizacji terenu były inne, ale również tam przemieszczająca się masa materiału gwałtownie wypchnęła wodę. Co istotne, rolnictwo nie spowodowało samych trzęsień ziemi. Przez stulecia zwiększało jednak podatność delty na osunięcie, a wstrząsy okazały się ostatecznym impulsem.

Dziś brzegi jeziora znów są zagrożone

Najbardziej niepokojący wniosek dotyczy tak naprawdę współczesności. Od katastrofy z 1222 r. minęło ponad 800 lat, podczas których rzeka ponownie dostarczała ogromne ilości materiału do delty. Jej podwodne zbocza zdążyły się już jednak odbudować. W międzyczasie znacznie wzrosła liczba zabudowań i mieszkańców nad jeziorem. Badacze ostrzegają, że kolejne silne trzęsienie ziemi mogłoby ponownie doprowadzić do osuwiska, a w konsekwencji do powstania tsunami.

REKLAMA

Symulacje pokazują, że w takim przypadku woda dotarłaby do miejscowości Pisogne w mniej niż 10 sekund, a do Lovere po około 25 sekundach. Na południowym krańcu jeziora czas ten mógłby wynosić kilkanaście minut. W najbliższym sąsiedztwie osuwiska nie byłoby praktycznie czasu na ewakuację. Nie oznacza to jednak, że katastrofa jest nieuchronna. Badanie nie określa daty ani prawdopodobieństwa kolejnego osuwiska, lecz pokazuje możliwe konsekwencje destabilizacji delty.

Przeczytaj także:

REKLAMA

Jak pisaliśmy niedawno w przypadku trzęsienia ziemi na wyspie Jan Mayen, wcześniejsze osłabienie zbocza może zdecydować o skali katastrofy, nawet gdy sam wstrząs nie jest wyjątkowy. Autorzy zwracają uwagę również na jeziora Garda i Como, gdzie odnaleziono ślady dawnych potężnych podwodnych osuwisk. Nad brzegami tych trzech akwenów mieszka łącznie ponad 370 tys. osób.

*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI

Marcin Kusz
Redaktor

Redaktor Spider's Web specjalizujący się w tematyce naukowej. O nowych technologiach zaczął pisać w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później współtworzył treści dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

REKLAMA
REKLAMA