REKLAMA

Napisali, czego brakuje w Air Force One. Agenci przyszli do domów reporterów

Biały Dom zapewnia, że nowy samolot prezydenta jest bezpieczny. Reporterzy napisali coś innego i znaleźli się w centrum śledztwa. Tak wygląda wolność słowa?

Napisali, czego brakuje w Air Force One. Agenci przyszli do domów reporterów

Reporterzy The New York Times zostali wezwani do złożenia zeznań przed federalną wielką ławą przysięgłych w Nowym Jorku. Departament Sprawiedliwości podkreśla, że nie prowadzi śledztwa przeciwko samym dziennikarzom – jego celem mają być urzędnicy, którzy mogli przekazać im informacje objęte tajemnicą. Redakcja patrzy na to jednak zupełnie inaczej. Według niej działania prokuratury to próba wywarcia presji na media i zmuszenia reporterów do ujawnienia swoich źródeł, co uderza w fundamenty pracy dziennikarskiej.

Cała sprawa kręci się wokół niezwykłego samolotu wartego setki milionów dolarów. To maszyna, którą Katar przekazał Stanom Zjednoczonym jako rozwiązanie tymczasowe dla prezydenckiej floty – coś w rodzaju szybkiego zastępstwa, zanim gotowe będą docelowe Air Force One. W teorii miał to być pragmatyczny kompromis. Stał się jednak początkiem jednej z najbardziej kontrowersyjnych historii ostatnich miesięcy.

Najpierw zmiana samolotu, później tekst o zabezpieczeniach

Donald Trump poleciał na szczyt NATO w Ankarze nowym Boeingiem 747-8 pozyskanym od Kataru. W drodze powrotnej wydarzyło się jednak coś nietypowego. Prezydent przesiadł się do starszego VC-25A i dopiero nim poleciał do brytyjskiej bazy RAF Mildenhall.

Według oficjalnej wersji Trump miał przesiąść się do starego samolotu z sentymentu, a nowy Boeing został na chwilę w bazie, żeby mogli go obejrzeć stacjonujący tam amerykańscy żołnierze. Potem prezydent znów wsiadł do katarskiej maszyny i wrócił nią do USA.

Dziennikarze opisali jednak zupełnie inną wersję. Według ich informatorów na zmianę samolotu miały wpłynąć obawy związane z zagrożeniem ze strony Iranu oraz różnicami między systemami obronnymi obu maszyn. Nowy samolot miał nie dysponować wszystkimi najbardziej zaawansowanymi zabezpieczeniami dostępnymi w starszym Air Force One.

Nie chodziło więc najprawdopodobniej o wygodę, kolor foteli ani sentymentalną podróż. Chodziło o pytanie, czy szybko przygotowana maszyna pomostowa jest odpowiednia do lotów prezydenta w czasie podwyższonego zagrożenia.

Nowy Air Force One miał być kompromisem

Katarski Boeing 747-8 nigdy nie miał być pełnym odpowiednikiem docelowych samolotów VC-25B budowanych przez Boeinga. Został przygotowany jako rozwiązanie przejściowe, ponieważ właściwy program wymiany prezydenckiej floty zaliczył wieloletnie opóźnienie.

Obecne VC-25A służą od 1990 r. Są stare, kosztowne w utrzymaniu, a dostęp do części zamiennych staje się coraz trudniejszy. Nowe maszyny zamówiono jeszcze podczas pierwszej kadencji Trumpa. Miały zostać dostarczone w 2024 r., ale obecny harmonogram przesunął pierwszą dostawę aż na 2029 r.

Jak pisaliśmy w tekście: Trump wściekły, bo nie ma nowego samolotu. Kazał Muskowi przyspieszyć prace, kontrakt o wartości 3,9 mld dol. miał być przykładem twardych negocjacji z Boeingiem. Zamiast tego stał się kolejnym symbolem kryzysu firmy i problemów z realizacją skomplikowanych programów wojskowych.

Rozwiązaniem miała być maszyna pozyskana z Kataru. Sam płatowiec został przekazany Amerykanom, ale jego przebudowa i wyposażenie kosztowały USA około 400 mln dol. Prace prowadzono w ogromnym tempie, aby samolot mógł wejść do służby jeszcze podczas kadencji Trumpa. Szybkość musiała jednak oznaczać pewne kompromisy.

Tak naprawdę działa samolot prezydenta

Air Force One nie jest nazwą konkretnego modelu samolotu. To znak wywoławczy używany przez maszynę Sił Powietrznych USA, gdy na jej pokładzie znajduje się prezydent. Określenie to kojarzy się jednak z mocno przebudowanymi Boeingami 747.

Taki samolot ma być nie tylko środkiem transportu. Jest latającym centrum dowodzenia, miejscem pracy prezydenta i węzłem chronionej łączności. Musi pozwalać na prowadzenie operacji państwa w czasie kryzysu, kontakt z wojskiem oraz podejmowanie decyzji nawet wtedy, gdy sytuacja na ziemi staje się niebezpieczna.

Pełna specyfikacja systemów obronnych pozostaje tajna. Publicznie wiadomo jednak, że docelowe VC-25B otrzymują rozbudowane systemy łączności, własne zasilanie, zaplecze medyczne, środki samoobrony oraz rozwiązania pozwalające działać w warunkach, których zwykły samolot pasażerski nie musi przetrwać.

Jak pisaliśmy w tekście: Legendarny Air Force One na emeryturze. Oto, co go zastąpi, właśnie zakres przebudowy powoduje, że samolotu prezydenckiego nie da się przygotować poprzez przemalowanie kadłuba i zamontowanie luksusowej sypialni. Elektronika, zabezpieczenia i łączność są ważniejsze niż całe złote wyposażenie katarskiego wnętrza.

Siły Powietrzne USA utrzymują, że maszyna pomostowa jest bezpieczna, chroniona i wyposażona w technologie potrzebne do wykonywania misji prezydenckiej. Jednocześnie przyznają, że przyspieszając program, zrezygnowano z części rzadziej wykorzystywanych zdolności wymaganych od docelowej floty na kolejne 40 lat. To właśnie między oficjalnymi zapewnieniami o bezpieczeństwie a nieoficjalnymi sygnałami o brakach zaczęła się cała obecna afera.

Czterech reporterów ma stanąć przed wielką ławą przysięgłych

Wezwania otrzymali Julian E. Barnes, Eric Lipton, Tyler Pager i Eric Schmitt. Są to nazwiska dobrze znane każdemu, kto śledzi amerykańskie dziennikarstwo śledcze. Teraz jednak zamiast kolejnego tekstu mają przygotować się na wizytę przed federalną wielką ławą przysięgłych w Nowym Jorku.

To nie jest zwykła sala sądowa i nie jest to klasyczny proces. Wielka ława przysięgłych działa za zamkniętymi drzwiami, bez publiczności i bez medialnych relacji na żywo. Nie rozstrzyga o winie, lecz pomaga prokuraturze zdecydować, czy w ogóle jest sprawa, którą warto skierować do sądu. To etap, na którym zbiera się materiał dowodowy, przesłuchuje świadków i sprawdza, czy istnieją podstawy do postawienia zarzutów. Osoba wezwana może zostać zobowiązana do odpowiedzi na pytania, a nawet do przekazania dokumentów czy notatek.

Wezwania podpisał prokurator federalny Jay Clayton. W kilku przypadkach nie ograniczono się do wysłania oficjalnych pism pocztą. Agenci federalni pojawili się bezpośrednio pod drzwiami domów dziennikarzy, wręczając dokumenty osobiście. To gest, który trudno uznać za neutralny.

Departament Sprawiedliwości podkreśla, że reporterzy nie są celem śledztwa. Oficjalnie chodzi o namierzenie urzędników, którzy mogli bezprawnie przekazać informacje niejawne. Droga do tych osób bardzo często prowadzi przez dziennikarzy. A to oznacza presję, by ujawnili swoje źródła – ludzi, którzy zgodzili się mówić tylko dlatego, że obiecano im anonimowość.

I tu zaczyna się prawdziwy problem. Bez tej niepisanej umowy między reporterem a informatorem wiele historii nigdy nie ujrzałoby światła dziennego. To właśnie anonimowe źródła stoją za ujawnieniem największych afer i nadużyć władzy. Jeśli państwo zaczyna je systemowo podważać, ryzykuje ciszę tam, gdzie najbardziej potrzebna jest kontrola.

Reporter nie ma w USA absolutnej ochrony

Amerykańska konstytucja chroni wolność prasy, ale nie daje dziennikarzom bezwzględnego prawa do odmowy zeznań przed federalną wielką ławą przysięgłych. Sąd Najwyższy już w 1972 r. uznał, że sam Pierwszy Poprawka nie tworzy automatycznego immunitetu chroniącego tożsamość informatora.

To oznacza, że konflikt może nie skończyć się na politycznym oburzeniu. Redakcja może próbować podważyć wezwania, ograniczyć ich zakres albo wykazać, że śledczy mają inne sposoby zdobycia potrzebnych informacji. Gdyby jednak sąd nakazał zeznania, a dziennikarze nadal odmówili, mogliby zostać ukarani za obrazę sądu.

Przeczytaj także:

Nie byłby to pierwszy taki przypadek. W 2005 r. reporterka The New York Times Judith Miller spędziła 85 dni w areszcie za odmowę ujawnienia źródła w śledztwie dotyczącym tożsamości agentki CIA Valerie Plame.

*Źródło grafiki wprowadzającej: United States Air Force / Canva Pro

Marcin Kusz
Redaktor

O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.