Google i Facebook zarabiają na mojej irytacji. Pokazałem im środkowy palec
Przeczytałem w jednym z dużych portali, że źle jeżdżę samochodem z automatyczną skrzynią biegów. Najpierw popukałem się w czoło, później zirytowałem, na końcu zakląłem. I taki był cel artykułu. Jak nie lękiem go, to irytacją.

„Większość kierowców popełnia ten błąd” – przeczytałem w tekście. Przesunąłem szybko wzrokiem po literkach, by dowiedzieć się, że nie tylko nie popełniam żadnego błędu, ale również teza o tym, że inni kierowcy to robią jest dęta, jak orkiestra strażacka. Nie znam nikogo, kto stojąc w korku wachluje wybierakiem w automacie. Autor wspomnianego tekstu też zapewne nie zna, ale postanowił wkurzyć czytelników i się udało.
Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem.
W dowcipie z długą brodą, po wypowiedzeniu przez Jezusa powyższych słów, ciszę przeszył szum lecącego kamienia. To jego matka miała potraktować zachętę bardzo dosłownie. Pracuję w mediach kilkanaście lat, a licząc czas od debiutu - kilkadziesiąt i doskonale znam grzechy swoje, jak i branży. Nie zamierzam się usprawiedliwiać, ani też grać roli ostatniego sprawiedliwego. Jedno jednak niezmiernie mnie wkurza.
Model, w którym funkcjonuje rynek medialny, oparty de facto na monopolu Google’a i łasce jego algorytmów, sprawił, że wszyscy się ubrudziliśmy, stosując praktyki, które można nazwać dyplomatycznie wzbudzaniem zainteresowania odbiorców treści. Jeden z przedstawicieli Google’a tłumaczył mi kiedyś, że mamy do czynienia z błędnym kołem, bo odbiorcy oczekują sensacji, więc media na tę potrzebę odpowiadają, co z kolei powoduje wzmocnienie określonych typów treści. Algorytmy odpowiadają na zwiększone zainteresowanie odpowiednią ekspozycją i tak w kółko. Innymi słowy, dano mi do zrozumienia, że… to wasza wina, czytelnicy. Ok, możecie rzucać kamieniami, jestem gotowy.
Gdy już ostudziłem lekko pobudzone emocje po przeczytaniu artykułu (umówmy się, tekst o jeżdżeniu samochodem nie był w stanie znacząco wyprowadzić mnie z równowagi), przemyślałem to, co się stało i zwróciłem uwagę na coś, co jest widoczne dopiero wtedy, gdy poddamy refleksji bezmyślny proces, przewijania treści w internecie.
Emocje są paliwem algorytmów. Spirala się nakręca, a big techy liczą dolary.
Nie twierdzę, że to coś odkrywczego. Pisałem o tym nie raz i nie dwa. Bardziej ukuło mnie - czy raczej oświeciło, że tak naprawdę potrzebujemy niewiele, by uchronić się przed bezmyślnym przewijaniem. Że jest prosty sposób, by uniknąć konsekwencji w postaci bezsensownych wydatków emocjonalno-energetycznych. I wcale nie mam na myśli wyłączenia komputera czy odłożenia telefonu (to również, ale wtórnie).
Jaki to sposób? Uważność.
Nie zamierzam nikogo zachęcać do mindfulness czy medytacji. Sam tych praktyk nie stosuję, choć znam wyniki badań naukowych na temat ich skuteczności, dlatego również nie będę do nich zniechęcać. Chodzi mi o coś elementarnie prostszego. Postawienie sobie banalnego pytania: dlaczego kliknąłem?
Ma ono znacznie więcej sensu niż oburzanie się, bulwersowanie czy reagowanie napastliwym komentarzem. Dopiero na kanwie takiej refleksji można podjąć dalsze kroki - czy będzie to ograniczenie przewijania, totalna abstynencja czy lektura wartościowych książek - rzecz wtórna. Przyjrzenie się własnym działaniom i ich motywom prowadzi do kluczowej rzeczy: odzyskania sprawczości. Także wtedy, gdy trzymamy w ręku telefon.
Jedenaste. Nie bulwersuj się.
Napisałem na początku ubiegłego roku tekst z listą postanowień związanych z cyfrowym życiem. Pierwsze z nich brzmiało: nie będę się bulwersował. Jak mi poszło? Można by powiedzieć, że nie najlepiej, skoro znowu o tym piszę, ale to nieprawda.
Najlepszym, co mogę robić każdego dnia – będę to powtarzał jak mantrę – jest poddawanie refleksji własnej aktywności w sieci. Głównie mediach społecznościowych, z których z racji zawodu, nie mogę przestać korzystać. A w zasadzie aktywności i pasywności, bo bezmyślne przewijanie sprowadza nas do roli pasywnej.
Kolejny tekst na ten temat jest jak samoprzylepna żółta karteczka, którą przyczepiamy sobie na widoku, by o czymś pamiętać. Powtarzanie z kolei pozwala budować nawyk. Wszystko to, co tu napisałem sprowadza się do jednej, banalnej rady, którą udzielam sam sobie: MYŚL!
Czytaj także:
Szef redakcji Spider’s Web. Pierwsze doświadczenia w mediach drukowanych zdobywał w połowie lat 90. Teksty w internecie publikuje od 2000 r. W latach 2005-2011 redagował wortal intranetowy dla pracowników PTK Centertel (obecnie Orange Polska) i zajmował się standaryzacją informacji. Od blisko 15 lat pracuje jako wydawca serwisów internetowych – najpierw w Grupie Polska Press, od 2016 r. w Spider’s Web. Skończył z wyróżnieniem filozofię na Uniwersytecie Warszawskim i kognitywistykę na Uniwersytecie Śląskim. Interesuje się szeroko pojętą nauką – od filozofii i zagadnień związanych z ludzkim poznaniem po kosmologię i fizykę kwantową. Jest miłośnikiem ciężkich metalowych brzmień.