REKLAMA

Elektrownie czy fabryki bomb? Mit o bezpiecznym atomie pęka

Fuzja jądrowa miała być idealnym, czystym źródłem energii. Najnowsze badania pokazują jednak, że nowe reaktory mogą skrywać przerażający, militarny potencjał.

Fuzja miała być czystym atomem. Jest ciemna strona
REKLAMA

Fuzja jądrowa od lat uchodzi za czystszą i bezpieczniejszą alternatywę dla klasycznej energetyki jądrowej. Nie potrzebuje wysoko wzbogaconego uranu, działa na zupełnie innej zasadzie niż tradycyjne reaktory i nie generuje takich samych ilości długożyciowych odpadów. Nic dziwnego, że często przedstawia się ją jako atom pozbawiony największych problemów.

Nowa analiza przeprowadzona przez Alexandra Glasera z Princeton University, Roberta J. Goldstona z Princeton Plasma Physics Laboratory oraz Patricka Hubera z Virginia Tech pokazuje mniej ciekawą prawdę. Same reaktory fuzyjne nie są oczywiście bombami ani prostymi fabrykami broni, jednak intensywny strumień neutronów, który jest sercem wielu projektów opartych na fuzji deuteru i trytu, mógłby zostać nadużyty do produkcji materiału rozszczepialnego. Właśnie dlatego badacze proponują, by przyszłe elektrownie fuzyjne monitorować za pomocą detektorów antyneutrin.

REKLAMA

Czysta energia, ale nie całkiem czysty problem

W klasycznej elektrowni jądrowej energia powstaje dzięki rozszczepieniu ciężkich jąder atomowych. W reaktorze fuzyjnym chodzi o odwrotny proces: łączenie lekkich jąder, najczęściej izotopów wodoru, w cięższe jądra. To właśnie taki proces zasila Słońce i gwiazdy.

Najbardziej rozwijany obecnie scenariusz energetyczny zakłada użycie deuteru i trytu. W wyniku takiej reakcji powstaje hel, energia i bardzo szybkie neutrony. Neutrony są tu kluczowe, bo przenoszą większość energii z reakcji i ogrzewają elementy reaktora, z których można później odbierać ciepło do produkcji prądu.

REKLAMA

Ten sam strumień neutronów jest jednak powodem, dla którego historia robi się ciekawsza. Neutron nie ma ładunku elektrycznego, więc łatwo wnika w materiały i może wywoływać reakcje jądrowe. W normalnym projekcie reaktora fuzyjnego wykorzystuje się to m.in. do wytwarzania trytu w tzw. płaszczu hodowlanym z litem. Jednak w fizyce jądrowej narzędzie rzadko ma tylko jedno zastosowanie.

Neutrony mogą zrobić coś, czego po prostu nikt nie chce

Problem opisany przez badaczy nie polega na tym, że reaktor fuzyjny sam z siebie produkuje pluton. Nie produkuje. Żeby doszło do ryzykownego scenariusza, operator musiałby celowo wprowadzić do odpowiedniego obszaru reaktora materiał płodny, np. uran-238. To materiał, który sam nie jest typowym paliwem do broni, ale pod wpływem neutronów może przekształcać się w pluton-239.

Pluton-239 jest materiałem rozszczepialnym, który może znaleźć zastosowanie w broni jądrowej. Dlatego właśnie jego produkcja i obrót są tak ściśle kontrolowane i stanowią jeden z filarów globalnego systemu ograniczania rozprzestrzeniania broni jądrowej.

REKLAMA

Najbardziej problematyczne jest to, że duże reaktory fuzyjne będą generować bardzo intensywne strumienie neutronów. Zdaniem badaczy, gdyby ktoś celowo próbował wykorzystać taką instalację niezgodnie z jej przeznaczeniem, możliwe byłoby wytwarzanie materiału rozszczepialnego w ilościach liczonych w kilogramach w stosunkowo krótkim czasie. To właśnie dlatego naukowcy przekonują, że o odpowiednich zabezpieczeniach i monitoringu warto myśleć już teraz, a nie dopiero wtedy, gdy komercyjna fuzja trafi do energetyki.

REKLAMA

To nie oskarżenie wobec fuzji, tylko ostrzeżenie dla regulatorów

Fuzja nadal ma bardzo mocne atuty z punktu widzenia bezpieczeństwa. Nie wymaga ciągłej pracy z dużymi ilościami klasycznego paliwa jądrowego, a sam proces nie przypomina reakcji łańcuchowej z elektrowni rozszczepieniowej. Jeśli plazma przestaje być utrzymywana w odpowiednich warunkach, reakcja gaśnie.

REKLAMA

To jednak nie oznacza, że technologia jest automatycznie wolna od problemów proliferacyjnych. Każde urządzenie wytwarzające bardzo intensywny strumień neutronów może potencjalnie zostać użyte niezgodnie z deklarowanym celem. W przypadku przyszłych elektrowni fuzyjnych będzie to szczególnie ważne, bo mają działać przez długi czas, w dużej skali i w wielu państwach.

Dlatego nie chodzi o to, czy fuzja jest dobra czy zła. Ważniejsze jest pytanie, jak stworzyć skuteczny system kontroli, zanim pojawią się komercyjne elektrownie. Jeśli energetyka fuzyjna rzeczywiście ma odegrać większą rolę w drugiej połowie stulecia, zasady nadzoru powinny być gotowe jeszcze przed uruchomieniem pierwszych dużych instalacji.

REKLAMA

Antyneutrina mogą ujawnić, co dzieje się w reaktorze

Proponowane rozwiązanie brzmi trochę jak pomysł wyjęty z science fiction, ale stoi za nim dobrze znana nam fizyka. Chodzi o wykorzystanie detektorów antyneutrin. Są to niezwykle lekkie i elektrycznie obojętne cząstki, które powstają m.in. podczas reakcji jądrowych. Przelatują przez materię niemal bez żadnych przeszkód, więc bardzo trudno je zatrzymać, osłonić czy skutecznie ukryć.

Właśnie ta nieuchwytność jest ich największą zaletą. Jeśli w reaktorze pojawią się procesy rozszczepienia związane z nielegalną produkcją materiału rozszczepialnego, powinny powstawać charakterystyczne sygnały antyneutrinowe. Detektor ustawiony poza reaktorem mógłby szukać takiego podpisu i odróżniać go od tła związanego z normalną pracą instalacji oraz promieniowaniem kosmicznym.

REKLAMA

Nie byłoby to więc zaglądanie do wnętrza reaktora przez kamerę. Bardziej przypominałoby wychwytywanie charakterystycznego śladu pozostawianego przez zachodzące w nim procesy. Jeśli ktoś próbowałby ukryć niepożądaną reakcję jądrową, antyneutrina mogłyby wskazać, że dzieje się tam coś więcej, niż wynika z oficjalnych deklaracji.

Mały detektor, duże znaczenie

Według symulacji stosunkowo kompaktowy detektor mógłby potwierdzić produkcję kilku kg plutonu w ciągu około 30 dni. Taki wynik pokazuje, że monitoring nie musiałby oznaczać ogromnej, inwazyjnej infrastruktury w samym sercu reaktora.

Detektor mógłby działać na miejscu, ale poza główną konstrukcją reaktora. To z punktu widzenia operatorów ma duże znaczenie. Energetyka nie lubi rozwiązań, które komplikują eksploatację, zmniejszają dostępność instalacji albo wymagają ciągłego wchodzenia w najbardziej wrażliwe obszary techniczne.

REKLAMA

Właśnie dlatego antyneutrina budzą takie zainteresowanie wśród specjalistów zajmujących się kontrolą zbrojeń. Nie da się ich po prostu ukryć za grubą osłoną czy ścianą, a pomiary można prowadzić bez ingerowania w sam reaktor. Jeśli technologia dojrzeje, może stać się jednym z narzędzi pomagających sprawdzać, czy elektrownia fuzyjna rzeczywiście służy wyłącznie do produkcji energii.

Badacze sprawdzili realistyczne warianty reaktora

Analiza nie była tylko zwykłą, luźną spekulacją. Zespół Alexandra Glasera z Princeton University, Roberta J. Goldstona z Princeton Plasma Physics Laboratory i Patricka Hubera z Virginia Tech zbadał hipotetyczne scenariusze dla dużego reaktora fuzyjnego opartego na reakcji deuter-tryt.

REKLAMA

W symulacjach uwzględniono różne typy płaszcza reaktora, czyli obszaru, który otacza plazmę, przechwytuje neutrony, odbiera energię i może służyć do produkcji trytu. To właśnie w takim rejonie, przy celowej manipulacji, można byłoby próbować wykorzystać neutrony do przekształcania materiału płodnego w rozszczepialny.

Przeczytaj także:

REKLAMA

Okazuje się, że jeśli nadużycie rzeczywiście wiązałoby się z procesami rozszczepienia, powstający sygnał antyneutrinowy powinien być wykrywalny. Nie oznacza to, że monitoring będzie banalny. Trzeba odróżnić słaby sygnał od tła, pracy samej instalacji i cząstek pochodzących z promieniowania kosmicznego. Jednak według badaczy nie jest to bariera nie do pokonania.

*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI

REKLAMA
Marcin Kusz
Redaktor

O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA