Scrolluj dalej, to tylko katastrofa. Potrzebujemy "socjalistycznego resetu"

Udajemy, że zarządzamy przyszłością, podczas gdy ona dawno przestała być plastyczną gliną w naszych rękach, a stała się wirtualnym, ale bezwzględnym grawitacyjnym centrum, ku któremu nieuchronnie dryfujemy. Karminy się nadzieją, a czyją ona jest matką wie każdy. Ale w końcu “jakoś to będzie”, nieprawdaż?  

Scrolluj dalej, to tylko katastrofa. Potrzebujemy "socjalistycznego resetu"

Z daleka widok jest piękny. Epicki. Wczesna jesień. Średniej wielkosci miasteczko. To zdjęcie ukraińskiego teatru. Ale, gdy przyjrzy się lepiej, okazuje się, że te manekiny to ludzkie ciała, a barwne kołdry liści na ulicach swoją ekstatyczną czerwień zawdzięczają także domieszce ludzkiej krwi. Poetyka wojny może zachwycać, może łudzić, może stwarzać wrażenie wyobrażonej. Nierealne, ale co jest realne w epoce AI i ciągle zmieniających się rolek z TikToka?

Rozmawiałem ostatnio z ukraińską dziennikarką, która po kilku miesiącach nieobecności pojechała do rodzinnego Kijowa. W tekście, który napisała dla kwartalnika "Więź" opisywała, jak żyje stolica w piątym roku wojny. Ludzie chodzą do kin, teatrów, siedzą w kawiarniach; słowem: starają się żyć, pomimo ciągłego zagrożenia, alarmów i dronów. Próbują uczknąć resztek dawnego życia w dobie niepokoju.

Wojna, którą znamy z TikToka, przekazów medialnych, ta wojna, którą jesteśmy “zmęczeni”, jest blisko. A codzienność, która jest oczywista – ciepła woda w kranie, ogrzewanie, internet, zimne piwko – jest zarazem niezwykle krucha. Nie mówię, że zwiódł nas pędzący ulicami tłum, wódka wypita w parku albo zachód słońca. Zwodzą nas, każdego dnia gówniane, ale wciąż bliskie naszej dłoni technologie.

Żyjemy w epoce, w której najchętniej konsumowaną walutą stało się przerażenie, ale jest to przerażenie osobliwie wysterylizowane. Przypomina oglądanie sztormu przez potrójną szybę energooszczędnego okna w apartamentowcu: gdzieś tam, za grubą taflą, ocean rwie nawierzchnię, foki giną w plamach ropy, a algorytmy prognozują rychłe odcięcie dostaw litu, ale w środku pachnie dobrą kawą z ekspresu na kapsułki i panuje przyjemna, stała temperatura dwudziestu jeden stopni Celsjusza.

Byłem niedawno w Rzeszowie na Kongresie. Prowadzący kongres zapowiedzieli, że w przypadku alertu RCB o możliwym nalocie dronów udamy się do schronów. Do schronów, w Polsce, 20 gospodarce świata, roku pańskiego 2026. W województwach lubelskim i podkarpackim już żyje się niemalże jak w rejonach przyfrontowych. Nie oceniam czy alerty są potrzebne, czy jest to granie na strachu (gdy nie było alertów politycy opozycji i ich gawiedź narzekali, że państwo nie działa; gdy są z kolei ujadają, że niepotrzebnie wywołuje się panikę). Z pewnością w komunikacji rządu brakuje logiki i wrażliwości. 

Późno to już było

Jest jednak coś, czego obawiam się bardziej niż dronów. To co nadlatuje każdego dnia, w każdej godzinie, w każdej minucie. To dezinformacja. Połączona z ignorancją i paskudnym samozadowoleniem. 

O tym pisze m.in. Slavoj Žižek w swojej książce "Za późno na przebudzenie. Co nastąpi, skoro przyszłość nie istnieje" (wyd. Krytyki Politycznej, tłumaczenie Aleksandry Paszkowskiej). Jego świeży esej to uroczy, siarczysty, intelektualny  policzek. Ale – jak na słoweńskiego filozofa przystało – nie jest to lep pokrzepiający. Žižek nie przychodzi z receptą, nie niesie baneru z napisem "Jeszcze będzie przepięknie". Jego diagnoza jest znacznie bardziej bezwzględna i chłodna: powtarzane od lat przez ekologów, ekonomistów i działaczy politycznych hasło "musimy się obudzić, zanim będzie za późno" jest fundamentalnym błędem poznawczym. Jest iluzją, która pozwala nam spokojnie przesypiać kolejne kadencje parlamentów i kolejne szczyty klimatyczne.

Dlaczego? Ponieważ jest już za późno. Budzik zadzwonił, myśmy go wyłączyli, obróciliśmy się na drugi bok, a dom w tym czasie zdążył spłonąć do cna. Wszystko, co dzisiaj robimy, to próba meblowania pogorzeliska i udawanie, że dym, który gryzie nas w oczy, to tylko nastrojowa mgiełka z nawilżacza powietrza.

Żeby pojąć ciężar tej diagnozy, musimy przyjrzeć się temu, jak późny kapitalizm wytrenował nas w postrzeganiu czasu. Žižek w esejach przypomina nam kluczowe, subtelne rozróżnienie, które pękło w angielszczyźnie, a które doskonale zachowało się w języku francuskim (i jego rodzimym słoweńskim). Chodzi o opozycję dwóch pojęć: futur oraz avenir.

Futur to po prostu iluzja ciągłości. To przyszłość rozumiana jako prosta, przewidywalna ekstrapolacja teraźniejszości. Futur to świat, w którym PKB wzrośnie o kolejne dwa procent, korporacje wydadzą nową wersję smartfona, a flota samochodów spalinowych zostanie gładko wymieniona na elektryki, podłączone do ładowarek zasilanych – o czym wolimy nie myśleć – wciąż tym samym węglem. To przyszłość bez pęknięć, bez wstrząsów, czysta technokratyczna obietnica, że system sam się skoryguje, o ile kupimy odpowiednią ilość zielonych obligacji i zrezygnujemy z plastikowych słomek.

Avenir – to, co nadchodzi (à venir) – jest czymś zupełnie innym. To czyste wydarzenie, radykalny wyłom, bezwzględna dyskontynuacja. To moment, w którym dotychczasowa logika świata rozpada się w pył, a my musimy stanąć twarzą w twarz z czymś, co nie mieści się w naszych wykresach z Excela.

Tragedia naszych czasów polega na tym, że cały współczesny dyskurs polityczny, ekologiczny i technologiczny został całkowicie zmonopolizowany przez kategorię futur. Udajemy, że zarządzamy przyszłością, podczas gdy ona dawno przestała być plastyczną gliną w naszych rękach. Przyszłość stała się tym, co francuski filozof Jean-Pierre Dupuy nazywa "stałym punktem" – wirtualnym, ale bezwzględnym grawitacyjnym centrum, ku któremu nieuchronnie dryfujemy. Tym punktem jest katastrofa.

Oślepieni przez wschód słońca

Popatrzmy na architekturę współczesnego lęku. Wojna w Ukrainie, widmo nuklearnej eskalacji, załamanie łańcuchów dostaw, niekontrolowana ekspansja sztucznej inteligencji, która w tempie wyprzedzającym naszą zdolność stanowienia prawa przejmuje kolejne bastiony ludzkiej podmiotowości, wreszcie nieodwracalne zmiany klimatyczne. Wystarczy otworzyć jakikolwiek portal informacyjny, by zalała nas fala profetycznego niepokoju.

Ale jak reaguje na to system? Reaguje zjawiskiem, które Žižek określa mianem fatycznego fatalizmu. Z jednej strony jesteśmy epatowani katastrofizmem – apokalipsa sprzedaje się świetnie w serwisach streamingowych, filmy katastroficzne mają miliony wyświetleń, a nagłówki o rosnącym poziomie oceanów generują kliknięcia. Z drugiej strony, na poziomie realnych decyzji społeczno-gospodarczych, zachowujemy się tak, jakby jutro miało być dokładnie takie samo jak dziś.

To nie jest zwykła hipokryzja. To głęboki mechanizm obronny nasza struktury psychicznej, który psychoanaliza określa mianem fetyszystycznego rozszczepienia: "Wiem bardzo dobrze, że katastrofa nadchodzi, ale mimo to… i tak kupię nowe mieszkanie na kredyt na trzydzieści lat na terenach zalewowych".

Żyjemy zamknięci pomiędzy dwoma matowymi lustrami: z jednej strony widzimy wizję całkowitej zagłady, z drugiej – zwietrzałą obietnicę nadchodzącej rewolucji, w którą nikt już tak naprawdę nie wierzy. Rewolucja stała się estetycznym gadżetem, akademickim abstraktem, niedzielną poezją dla zrezygnowanych intelektualistów.

Żyjemy zamknięci pomiędzy dwoma matowymi lustrami: z jednej strony widzimy wizję całkowitej zagłady, z drugiej – zwietrzałą obietnicę nadchodzącej rewolucji, w którą nikt już tak naprawdę nie wierzy. Ilustracja: Shutterstock / Anton Vierietin, ukraiński artysta.

W rezultacie utkwiły w nas dwie szkodliwe postawy.

Pierwsza z nich to neoliberalny reformizm. Jego wyznawcy wierzą, że katastrofę klimatyczną czy zapaść społeczną da się zażegnać za pomocą mechanizmów rynkowych. To śmieszna i zarazem groźna wiara w to, że ten sam kapitał, który doprowadził planetę do stanu wyczerpania, teraz – dzięki certyfikatom CO2, handlowi emisjami i technologicznym cudom – ocali nas przed skutkami własnej chciwości. To próba ugaszenia pożaru przy użyciu benzyny, ale zapakowanej w biodegradowalne opakowanie.

Druga postawa to paraliżujący pesymizm spod znaku "no future". Przekonanie, że skoro koniec jest bliski, to jedyne, co nam zostało, to cyniczna konsumpcja pozostałych zasobów, nihilistyczny taniec na krawędzi wulkanu. "No future" przestało być punkowym hasłem buntu, a stało się idealną ideologią późnego kapitalizmu. Jeśli nie ma przyszłości, nie ma też potrzeby organizowania się, oporu, budowania alternatywnych struktur społecznych. Można po prostu skrolować TikToka i patrzeć, jak świat płonie.

Žižek proponuje wyjście z tego klinczu poprzez zupełnie szaloną, paradoksalną woltę pojęciową. Mówi nam: musimy zaakceptować, że katastrofa nie jest czymś, co może się wydarzyć w przyszłości. Katastrofa już się wydarzyła. Jest naszym przeznaczeniem.

Wsteczna konstrukcja nadziei

Tradycyjne myślenie o przyszłości wygląda tak: stoimy w punkcie A (teraz) i patrzymy na punkt B (katastrofa w przyszłości). Mówimy sobie: "Jeśli zrobimy X, to unikniemy B". Wynikiem takiego myślenia jest zawsze paraliż. Dlaczego? Ponieważ dopóki katastrofa jest tylko "prawdopodobieństwem", dopóty nasz mózg klasyfikuje ją jako opcjonalną. I skoro jest opcjonalna, to koszt jej zapobieżenia – wymagający natychmiastowych, drastycznych zmian w naszym sposobie życia, rezygnacji z komfortu i przewartościowania całego systemu gospodarczego – wydaje się zbyt wysoki. Wolimy zaryzykować.

Žižek każe nam odwrócić ten wektor. Musimy dokonać mentalnego skoku: przenieść się myślami w przyszłość, stanąć w punkcie B – w momencie, w którym katastrofa już nastąpiła, świat spłonął, a zasoby się wyczerpały – i spojrzeć stamtąd wstecz, na nasz dzisiejszy punkt A.

Z perspektywy dokonanej katastrofy, punkt A przestaje być teraźniejszością pełną niezliczonych, równorzędnych opcji. Staje się przeszłością przyszłości. Dopiero wtedy, widząc katastrofę jako coś absolutnie nieuchronnego i dokonanego, jesteśmy w stanie dostrzec w przeszłości – czyli w naszym "dzisiaj" – te małe, utracone punkty zwrotne, możliwości, które mogły nas ocalić, ale zostały przeoczone.

Innymi słowy: musimy najpierw potraktować katastrofę jako nasz nieuchronny los, aby uzyskać wolność jej odwrócenia. Działa tu logika klasycznej tragedii greckiej lub freudowskiej psychoanalizy. Dopiero gdy uznamy, że dotychczasowy świat naprawić się nie da, zyskujemy przestrzeń do wykonania ruchu radykalnego.

To właśnie w tym miejscu pojawia się prawdziwe znaczenie skompromitowanego przez popkulturę hasła "no future". Odrzucenie „future” (czyli kontynuacji obecnego stanu rzeczy) nie oznacza zapadnięcia się w nihilistyczną dziurę. Oznacza zniszczenie czaru, jaki ma nad nami obecny system. "No future" to wyrok śmierci wydany na iluzję, że da się uratować planetę i ludzkość bez zniszczenia fundamentów kapitalizmu. Dopiero gdy zniszczymy w sobie wiarę w to, że ten system ma przed sobą jakąś bezpieczną "przyszłość", otwieramy drzwi dla avenir – dla tego, co rzeczywiście ma nadejść.

Nowy autorytaryzm i duch komunistycznego resetu

Žižek nie ma żadnych złudzeń co do tego, jak będzie wyglądał świat w obliczu narastających kryzysów. Nie będzie to świat dobrowolnej, sielankowej samoorganizacji, lokalnych kooperatyw i powszechnej miłości. Będzie to świat drastycznych niedoborów, masowych migracji klimatycznych i ciągłych zagrożeń biologicznych oraz technologicznych.

Naiwnością jest myśleć, że liberalna demokracja w swoim obecnym kształcie – sparaliżowana przez procedury, lobbing i populistyczne gierki – jest w stanie poradzić sobie z wyzwaniami tej skali. Zresztą, liberalizm już teraz wchodzi w fazę gwałtownej degradacji, ustępując miejsca nowej formie technokratycznego autorytaryzmu. Widzimy to na każdym kroku: od zarządzania pandemiami, przez cyfrową inwigilację, po politykę migracyjną, w której czułe słówka o prawach człowieka ustępują miejsca drutowi kolczastemu i wyrafinowanym algorytmom do detekcji łodzi z uchodźcami.

W tym kontekście Žižek formułuje tezę, która dla wielu brzmi jak bluźnierstwo: jedyną odpowiedzią na nadchodzący autorytaryzm kapitału jest coś, co nazwać można "socjalistycznym resetem".

Nie chodzi tu o powrót do mrocznych tradycji XX-wiecznego totalitaryzmu, do obozów i centralnie planowanej gospodarki wyprodukowania miliona lewych butów. Chodzi o odzyskanie podstawowego pojęcia polityczności: o przywrócenie państwu i wspólnocie zdolności do podejmowania rozstrzygających, odważnych decyzji w stanie wyższej konieczności.

Jeśli nadchodzi katastrofa klimatyczna, to rynek jej nie zatrzyma. Potrzebujemy obojętnej na zysk, bezwzględnej koordynacji na poziomie globalnym. Potrzebujemy zawieszenia swobody dewastacji środowiska w imię prywatnego zysku. Potrzebujemy państwa, które w sytuacji zagrożenia potrafi powiedzieć korporacjom: "Nie, nie możecie spalić kolejnego miliarda ton węgla, niezależnie od tego, jak bardzo ucierpią na tym wasze dywidendy".

Powstrzymanie globalnego gównowacenia rzeczywistości to nie tylko troska o estetykę, ale jedyna możliwa szansa na wygranie przyszłości.

To wymaga jednak odrzucenia powszechnego dziś dyktatu "świętego prawa własności" i "prawa autorskiego, które jest prawem do psucia rynku". To odrzucenie złudnej wolności, która w praktyce sprowadza się do wolności wyboru marki płynu do naczyń w chwiejącym się na posadach świecie. To wymaga dorosłości politycznej, na którą – jako społeczeństwo przesycone infantylnym konsumpcjonizmem – być może nie jesteśmy jeszcze gotowi.

Potrzebujemy państwa, które w sytuacji zagrożenia potrafi powiedzieć korporacjom: "Nie, nie możecie spalić kolejnego miliarda ton węgla, niezależnie od tego, jak bardzo ucierpią na tym wasze dywidendy". Ilustracja: Shutterstock / Anton Vierietin, ukraiński artysta.

Przebudzenie po czasie

Wracamy więc do fundamentalnego pytania: po co pisać książki i eseje o katastrofie, skoro jest już za późno? Po co drążyć temat, który wydaje się zamknięty?

Odnajdujemy w tym najgłębszy sens żiżkowskiego projektu. Tytułowe "za późno, by się obudzić" nie jest formułą rozpaczy, ale formułą emancypacyjną. Ma nas uwolnić od ciągłego szantażu ze strony elit politycznych i ekonomicznych, które od dekad powtarzają nam: "Bądźcie grzeczni, segregujcie śmieci, oddawajcie butelki do butelkomatu, kupujcie odpowiedzialnie, nie latajcie samolotem a wszystko wróci do normy".

Nie wróci. Norma, którą znaliśmy, była łagodną fazą eksploatacji zasobów, która właśnie dobiegła końca. Przeżywamy moment, w którym kurtyna opadła, ale aktorzy na scenie wciąż udają, że grają komedię obyczajową, podczas gdy teatr zdążył już zająć się ogniem.

Staram się patrzeć na technologię, kulturę i społeczeństwo bez zbędnego sentymentalizmu i taniego zachwytu. I myślę, że Žižek robi podobnie. Pokazuje, że najgroźniejszą formą ideologii nie jest dzisiaj faszyzm czy jawny fanatyzm, ale zwykły, codzienny pragmatyzm. Wiara w to, że można zachować obecny styl życia, wprowadzając jedynie kosmetyczne poprawki.

Czas nie potrafi nas ocalić, bo czas nie jest neutralną rzeką, która płynie od przeszłości do przyszłości. Czas jest polem bitwy. Jeśli pozwolimy, by o naszej przyszłości decydowała wirtualna grawitacja nieuchronnej katastrofy (futur), staniemy się jedynie niemymi świadkami własnego upadku.

Jedyną szansą na odzyskanie podmiotowości jest przyjęcie do wiadomości, że Stary Świat już umarł a przed nami kwitnie karykaturalny technofedualizm.

Trzeba odepchnąć od siebie strach przed tym, co nadejdzie, i przestać czekać na wybuch budzika. Należy zacząć działać w warunkach dokonanego wybuchu. Tylko wtedy, na zgliszczach naszych dotychczasowych iluzji, pojawi się miejsce na to, co nieprzewidywalne, niekontrolowane i radykalnie nowe – na prawdziwe avenir. Nawet jeśli przyjdzie nam budować je po ciemku, pośród dymu i na zgliszczach świata, który myślał, że ma jeszcze mnóstwo czasu.