Jeśli najbogatsi nie płacą podatków, to płacisz za nich je ty. Czas na rewolucję

Ty płacisz, ja płacę, Pan, Pani płacą, a bogacz nie płaci. I co gorsze: nie zamierza płacić podatku. Garbierl Zucman, ceniony francuski ekonomista stawia tezę prostą a fundamentalną: czas opodatkować miliarderów. To żaden rewanżyzm czy socjalizm, ale szansa na utrzymanie dalszego rozwoju. 

Jeśli najbogatsi nie płacą podatków, to płacisz za nich je ty. Czas na rewolucję


Płacisz uczciwie podatki, cieszysz się z "darmowego" profilu w mediach (anty)społecznościowych i łudzisz się, że żyjesz w demokratycznym państwie prawa? Mam dla ciebie złą wiadomość: jesteś sponsorem darmowego lunchu dla ludzi, przy których XIX-wieczni baronowie naftowi wyglądają jak drobni kieszonkowcy.

Podczas gdy Ty skrupulatnie rozliczasz każdy PIT i potulnie czekasz na zwrot, najbogatsi mają swój zwrot każdego dnia, śmiejąc Ci się w twarz. Na horyzoncie majaczy już pierwszy w historii bilioner, a nierówności w świecie galopującego rozwoju wcale się nie zmniejszają.

Jeśli najbogatsi nie płacą podatków, to płacisz za nich je ty. Utrzymując infrastrukturę, edukację, ochronę zdrowia czy armię. 

Jak zauważa Gabriel Zucman w swoim eseju "Opodatkować miliarderów. Jak rozwiązać problem nierówności" (wyd. ArtRage, tłumaczenie: Oskar Hedemann) badania przeprowadzone we Włoszech, Francji, Brazyli, Szwecji, Norwegii, Holandii czy w Stanach Zjednoczonych pokazują jeden trend: najbogatsi unikają płacenia podatków dochodowych, które w teorii powinny stanowić fundament progresywnej polityki podatkowej; podatków, których wprowadzenie na początku XX wieku dało niesamowity rozwój gospodarczy i wyciągnęło miliony ludzi z upokarzającej biedy. Dlaczego to tak ważne? Z jednej strony mamy spadek krańcowej użyteczności pieniądza: dla osoby zarabiającej kwotę minimalną każda kolejna złotówka przeznaczana jest na podstawowe potrzeby (żywność, mieszkanie, leki). Dla osoby o bardzo wysokich dochodach kolejna złotówka idzie na oszczędności lub luksus. Ponadto progresja podatkowa zakłada, że sukces finansowy jednostki jest możliwy dzięki infrastrukturze, stabilności prawnej, wykształconym pracownikom i bezpieczeństwu zapewnianemu przez całe państwo.

Piketty dla mas 

Pamiętacie państwo obietnicę Doliny Krzemowej i wspaniałego, cyfrowego kapitalizmu? Miało być elastycznie, demokratycznie i sprawiedliwie. Zamiast tego dostaliśmy opresyjne algorytmy optymalizujące do granic psychicznej wytrzymałości nasz czas pracy  oraz garstkę ludzi, których prywatny majątek przewyższa PKB niejednego europejskiego państwa. A wisienką na tym neoliberalnym torcie jest fakt, że pierwsi tryliarderzy właśnie pukają do drzwi.

Zucman, gwiazda młodego pokolenia badaczy z Paris School of Economics i laureat prestiżowego Medalu Johna Batesa Clarka, zamyka kluczowy argument współczesnej globalnej ekonomii w zaledwie 58 stronach. Bez akademickiego metajęzyka, bez dwunastotomowych wywodów à la Piketty, wali prosto z mostu. Dla mas, dla ludu, dla każdego. Nie trzeba być ekonomistą czy socjologiem, by zrozumieć wywód Zucmana. 

Sprawa jest banalnie prosta i zarazem głęboko gorsząca. Szeregowy pracownik etatowy, mały przedsiębiorca, nauczyciel czy programista na B2B oddają państwu w rozmaitych daninach – PIT, ZUS, VAT – od kilkunastu do nawet 50 proc. swojego dochodu. To cena za drogi, szkoły, bezpłatną ochronę zdrowia i cyfrową infrastrukturę, dzięki której biznesy w ogóle mogą działać.

A ile płacą najbogatsi ludzie globu? Promil.

Okazuje się, że płacą ułamek tego, co przeciętny zjadacz chleba. W samej Francji – kraju o niemal religijnym stosunku do progresji podatkowej zapisanej w konstytucji – średnia efektywna stawka opodatkowania dla ogółu społeczeństwa wynosi około 50 proc. Dla miliarderów? Zucman wylicza, że realnie spada ona do połowy tego poziomu. A bywa, że spada niemal do zera. Jeff Bezos potrafił w niektórych latach wykazać w amerykańskim urzędzie skarbowym tak śmiesznie niski dochód, że kwalifikował się do… państwowych ulg na dzieci.

Jak to w ogóle możliwe? To nie jest kradzież w majestacie prawa, to po prostu całkowicie przesunięty, wręcz wypaczony punkt ciężkości współczesnego systemu.

Zwykły człowiek żyje z dochodu – z pensji, którą dostaje co miesiąc na konto. Zucman przypomina: miliarderzy nie żyją z dochodu. Żyją z posiadania. Ich majątek to akcje, udziały w spółkach, dywidenda, nieruchomości, pakiety własnościowe umieszczone w holdingach i strukturach offshore. Dopóki nie sprzedadzą akcji, na papierze nie mają "dochodu". Zamiast tego biorą preferencyjne kredyty pod zastaw własnych udziałów (bo banki chętnie pożyczą milionerowi na śmieszny procent, skoro ma zabezpieczenie w papierach Amazona czy Tesli) i żyją jak królowie, nie płacąc ani grosza podatku dochodowego.

To genialna i bezczelna pętla: majątek rośnie w tempie wykładniczym, podatki stoją w miejscu, a wpływy budżetowe od najbogatszych są mikroskopijne. System podatkowy, zaprojektowany w XX wieku dla świata pracy najemnej, w świecie cyfrowego kapitału stał się wesołym miasteczkiem dla gigantów.

To nie jest "polityka zazdrości"

Za każdym razem, gdy ktoś podnosi temat opodatkowania majątków, z prawicowych think tanków i liberalnych kolumn prasowych dobiega ten sam chóralny, skowyt: Niedopuszczalne! Dławienie innowacji! Kara za sukces! Polityka zazdrości!

Można by dodać typowo polskie: O, jezu, komunizm. I smutną minkę patostreamera Marcina Roli. 

Zucman odpiera te zarzuty z chłodną, matematyczną precyzją. Opodatkowanie miliarderów to nie żaden rewolucyjny zryw z pochodniami ani kara za to, że ktoś wymyślił świetny produkt. To po prostu dokończenie – jak to ujął autor – "niedokończonej rewolucji" podatku dochodowego. Jeśli wszyscy zrzucamy się na państwo i jego infrastrukturę, to wyłączenie z tego obowiązku najbogatszych nie jest liberalizmem – jest uprzywilejowaniem feudalnym pod krawatem.

Co więcej, ta nierówność w płaceniu podatków ma bezpośrednie przełożenie na wolny rynek, o który tak głośno krzyczą obrońcy miliarderów. Jeśli najbogatsi płacą niski podatek, ich kapitał akumuluje się szybciej niż jakikolwiek inny kapitał na świecie. Zamiast zdrowej konkurencji dostajemy cyfrowe i finansowe monopole, które wykupują każdą obiecującą konkurencję w zarodku. Ponadto niewyobrażalna koncentracja kapitału zaczyna bezpośrednio zagrażać demokracji. Kiedy jednostka ma budżet większy niż średniej wielkości państwo europejskie, może kupować platformy społecznościowe, wpływać na wybory, wyznaczać kierunki polityki klimatycznej czy kosmicznej. Demokracja zamienia się w oligarchię, w której zasada "jeden człowiek – jeden głos" ustępuje zasadzie "jeden dolar – jeden głos".

Podatek 2 proc. Czy świat jest gotowy na ruch Zucmana?

Propozycja Zucmana nie jest skomplikowana. Ekonomista postuluje wprowadzenie minimalnego, globalnego podatku od majątku dla osób przerażająco bogatych. Wersja propozycji zaprezentowana na szczycie G20 w 2024 roku oraz przegłosowana przez francuskie Zgromadzenie Narodowe zakłada wprowadzenie minimalnego 2-procentowego podatku rocznie od majątku (a nie dochodu!) przekraczającego 100 milionów dolarów (lub dla samych miliarderów).

Tylko 2 procent. Dla człowieka, którego majątek rośnie rocznie o 8–10 proc. na giełdzie, to drobne na waciki. A dla budżetów państw? To setki miliardów dolarów rocznie. Pieniądze, które mogłyby sfinansować transformację energetyczną, naprawić dogorywającą ochronę zdrowia czy zainwestować w edukację.

Oczywiście zaraz usłyszymy klasyczny kontrargument: „Ale przecież oni uciekną do rajów podatkowych! Zmienią rezydencję! Majątek wyparuje!”.

To argument sprzed dwóch dekad. Zucman poświęca spory fragment książki na analizę barier prawnych i udowadnia, że wiemy już, jak naprawić dziury w systemie. Po sukcesie wprowadzenia globalnego minimalnego podatku CIT (15 proc. dla korporacji) wiemy, że uszczelnienie granic finansowych jest kwestią woli politycznej, a nie technicznej awykonalności. Jeśli państwa G20 lub Unia Europejska umówią się na wspólne zasady, miliarder nie będzie miał gdzie uciec – chyba że postanowi przenieść swoją firmę, dom i centrum życiowe do państwa bez infrastruktury, banków i prawa. Czyli np. do Rosji. 

Dlaczego to dotyczy każdego z nas?

Można by pomyśleć: po co Polakowi książka francuskiego ekonomisty o ludziach posiadających miliardy dolarów? W końcu w Polsce milionerów na pęczki, ale miliarderów można policzyć na palcach jednej ręki.

Otóż dotyczy nas to w sposób bezpośredni. Żyjemy w połączonym świecie. Brak opodatkowania globalnej elity finansowej drenuje budżety, wymusza przerzucanie ciężaru podatkowego na pracę i konsumpcję (czyli na PIT i VAT, które płacimy w sklepach) oraz niszczy tkankę społeczną. Co ciekawe, brytyjski wydawca książki Zucmana nie mógł nawet zaprezentować dokładnych danych dla Wielkiej Brytanii, bo tamtejszy system transakcji i majątków jest tak zasłonięty mgłą tajemnicy, że zrobienie rzetelnych badań okazało się niemożliwe. Czy w Polsce jest inaczej? Majątki rosną, transakcje pęcznieją, a debatę publiczną wciąż rozgrzewa to, czy podnieść kwotę wolną od podatku dla ludzi zarabiających najniższą krajową.

Książka Gabriela Zucmana trafia w sam środek rosnącego społecznego wkurzenia. Jest jak zimny prysznic w świecie mitycznego "kapitalizmu dla każdego". Pokazuje, że granice absurdu zostały przekroczone.

Odwagi!

Z książeczką Zucmana "brylowałem" w trakcie 35 Forum Ekonomicznego w Karpaczu. Zagadałem o nią i tezy Zucmana kilku polityków, ekonomistów a nawet etatowych ekspertów. Większość była zgodna, że rozwiązanie proponowane przez Francuza jest konieczne, skuteczne, ważne. Czy to już wola polityczna? Niekoniecznie. Jak doskonale wiemy, polityką rządzą wcale nie liczby, chłodne kalkulacje, ale emocje. Tusk musi się wściec, a Rafał Brzoska rozsierdzić niczym Tuchaj-Bej. I to ma się nieść. 

Podatek, nawet jeśli słuszny i zbawienny, dla szerokich mas jawi się jako zamordyzm. Prezydent Nawrocki w trakcie Hołdu Toruńskiego u Sławomira Mentzena obiecał: zero nowych podatków. Nawet jeśli te podatki wyborcom Nawrockiego i Mentzena nie zaszkodziłby, ale pomogły. 

Jeśli nie opodatkujemy miliarderów teraz, to kiedy na świecie pojawi się pierwszy tryliarder, nie bójmy się użyć tego słowa: będzie za późno. Zamiast obywatelami państw cyfrowych staniemy się po prostu poddanymi prywatnych korporacji i ich właścicieli. I nie będzie to wizja z powieści cyberpunkowych, tylko szara rzeczywistość spłacana w kolejnych ratach kredytu. 

Odwagi. 

Z takim hasłem wracam z Forum Ekonomicznego z Karpacza. Odwagi i wyobraźni. Bo najpierw trzeba sobie coś wyobrazić, by nabrać do tego siły i pewności. W innym przypadku świat i przyszłość nadal będą urządzać nam ci, którzy robią to teraz. 

Ilustracja tytyułowa to historyczna grafika przedstawiająca publiczną egzekucję króla Francji Ludwika XVI na guillotinie (gilotynie), która odbyła się 21 stycznia 1793 roku na Placu Rewolucji.