Tak amerykański biznes karmił faszyzm. Czy dziś robią to samo?

To amerykańskie korporacje umożliwiły i napędziły niemiecką, nazistowską machinę wojenną. Wierność korporacyjnej dywidendzie okazała się silniejsza niż lojalność wobec własnego kraju. Faszyzm był dla Wall Street "okazją inwestycyjną", a jego ofiary jedynie "kosztem zewnętrznym". Dziś po blisko 100 latach znów jest tak samo.

Tak amerykański biznes karmił faszyzm. Czy dziś robią to samo?

"Kupiec nie ma ojczyzny.
Miejsce, w którym się znajduje, nie stanowi o jego przywiązaniu;
jedyną jego ojczyzną jest zysk"

Thomas Jefferson (trzeci prezydent USA)

Historia IBM opowiedziana w poprzednim rozdziale nie była ewenementem. W latach trzydziestych i czterdziestych całe konstelacje amerykańskich korporacji odkryły, że faszyzm to doskonała okazja rynkowa i każda z tych firm ma swoją historię, której wolałaby nie opowiadać

Tekst jest trzecią częścią cyklu "Technofaszyzm – coming out Doliny Krzemowej".
Całość ukazuje się w odcinkach na łamach magazynu Spider's Web+.

Od III Rzeszy do współczesnego Izraela

W latach trzydziestych, gdy Europa brunatniała, w gabinetach amerykańskich prezesów panował nie tyle zachwyt nad nazizmem, co pragmatyczna kalkulacja. W narracji o złu lubimy czyste podziały. Tu dyktator, tam demokracja. Tu najeźdźca, tam obrońca. Ale kiedy przyjrzymy się księgom rachunkowym z lat trzydziestych, te granice znikają w dymie wypalanych cygar.

Dla zarządów korporacji sytuacja była klarowna i wyprana z emocji. Do grudnia 1941 roku Stany Zjednoczone pozostawały neutralne, a Trzecia Rzesza stanowiła czwarty co do wielkości rynek eksportowy USA. Faszyzm w ich oczach rzadko przybierał postać demonicznego zła, raczej jawił się jako kusząca okazja rynkowa i specyficzny wariant stabilizacji. Hitler, choć prywatnie mógł być dla wielu amerykańskich elit parweniuszem, publicznie stawał się gwarantem porządku w Europie Środkowej. Pogarda dla klienta nigdy jeszcze nie przeszkodziła w wystawieniu mu faktury. A Hitler miał być przy okazji zaporą przeciwko komunizmowi i architektem marzenia każdego kapitalisty: gospodarki zmilitaryzowanej, pozbawionej niezależnych związków zawodowych. 

Jeśli ktokolwiek myśli, że cokolwiek się zmieniło – to fundamentalnie się myli, gdyż ten mechanizm trwa nieprzerwanie. W styczniu 2026 administracja Donalda Trumpa zatwierdza dla rządu Benjamina Netanjahu, który od czternastu miesięcy jest ścigany nakazem Międzynarodowego Trybunału Karnego za zbrodnie wojenne i głodzenie jako metodę wojny – pakiet 6,67 miliarda dolarów. Boston Consulting Group dostarcza modele finansowe "Riwiery Gazy", projektu deweloperskiego z czterokrotnym zwrotem, zakładającego trwałe przesiedlenie trzystu siedemdziesięciu pięciu tysięcy Palestyńczyków. Boeing dostaje swoje trzy i osiem dziesiątych miliarda za śmigłowce Apache, AM General prawie dwa za pojazdy JLTV, Lockheed Martin uzupełnia ofertę. Hitler był "gwarantem porządku w Europie Środkowej" a Netanjahu jest "jedynym demokratycznym sojusznikiem w regionie" i zaporą przeciw Iranowi. 

Nawet gdy klient bywa zbrodniarzem faktura jest zawsze chętnie wystawiana – wszak obowiązkiem zarządu wobec akcjonariuszy jest maksymalizacja zysku. Oczywiście w granicach prawa, tyle, że te okazywały się zawsze zadziwiająco elastyczne.

Antysemicka narracja Forda

W berlińskim gabinecie kanclerza Rzeszy, w miejscu, gdzie spodziewalibyśmy się wizerunku Bismarcka czy Fryderyka Wielkiego, wisiał portret Henry'ego Forda. Hitler widział w nim ucieleśnienie "niezależnego człowieka Zachodu", pioniera inżynierii społecznej i przemysłowej. Cytował Forda w Mein Kampf jako jedynego żyjącego Amerykanina, którego wymienił z nazwiska i z uznaniem.

Ta fascynacja nie była jednostronna. Relacja Forda z Niemcami wykraczała daleko poza standardową wymianę handlową, wkraczając na grząski grunt ideologicznej symbiozy. W latach dwudziestych "Dearborn Independent", gazeta należąca do magnata, przez blisko dwa lata sączyła antysemicką propagandę, a fundusze Forda umożliwiały kolportaż "Protokołów Mędrców Syjonu" po sfinansowaniu druku – bagatela – pięciuset tysięcy egzemplarzy.

Kiedy w lipcu 1938 roku, w siedemdziesiąte piąte urodziny przemysłowca, niemiecki konsul w Detroit przypinał mu Krzyż Wielki Orderu Zasługi Orła Niemieckiego, był to gest symboliczny. Ceremonia odbyła się już w cieniu ogłoszonych Ustaw Norymberskich.

Tego medalu Ford bynajmniej nigdy nie zwrócił.

Przemysł motoryzacyjny napędzał machinę wojenną nazistowskich Niemiec. Ilustracja wygenerowana za pomocą AI.

Jak Amerykanie nazistów wydajności uczyli

W dwudziestoleciu międzywojennym Detroit urosło do rangi globalnej stolicy modernizmu i efektywności. Dla niemieckich technokratów, duszonych gorsetem rzemieślniczych tradycji, amerykański fordyzm był objawieniem. Zanim Wehrmacht ruszy na Polskę, najpierw przez Atlantyk popłyną pielgrzymi.

Pielgrzymki do Michigan stały się elementem obowiązkowej edukacji niemieckiej kadry menedżerskiej. Hugo Junkers, a później jego następca Heinrich Koppenberg, zrozumieli, że ambicje Luftwaffe rozbiją się o niewydolność starych metod produkcji. Junkers, legendarny konstruktor lotniczy, udał się do USA już w 1928 roku. Oficjalnym powodem było powitanie lotników, którzy dokonali przelotu transatlantyckiego na jego samolocie Junkers W33 "Bremen". Prawdziwym celem była wizytacja fabryk Henry'ego Forda w Detroit.

To w Detroit podpatrzono, jak zamienić samolot z dzieła sztuki inżynierskiej w produkt seryjny. To w oparciu o obserwacje z Detroit wprowadzono koncepcję produkcji modułowej oraz montażu potokowego. Zamiast budować samolot jako nierozerwalną całość, konstrukcję dzielono na niezależne moduły: skrzydła, kadłub, usterzenie, silnik. Każdy moduł produkowano na oddzielnych liniach, w pełni wyposażano w instalacje hydrauliczne i elektryczne, a następnie łączono w całość dopiero na etapie montażu końcowego.

Nawet fabryka Volkswagena w Fallersleben, mająca zmotoryzować masy, powstała jako kopia zakładów Forda z Rouge River. Niemiecki Front Pracy zatrudnił amerykańskich inżynierów Forda do obsadzenia kluczowych stanowisk przy projektowaniu zakładu. Amerykański know-how płynął do Rzeszy przez Atlantyk szerokim strumieniem, wzmacniając właśnie budowaną machinę wojenną.

W maju 1934 roku progi berlińskiej Kancelarii Rzeszy przekroczył James D. Mooney, szef operacji zagranicznych General Motors. Rozmowa z Adolfem Hitlerem nie miała charakteru kurtuazyjnej wymiany zdań. Była to strategiczna sesja planistyczna, która zdefiniowała architekturę niemieckiej motoryzacji na nadchodzące lata. Kiedy Hitler roztoczył wizję masowej motoryzacji – projekt Volkswagen – Mooney nie krył entuzjazmu. Dyrektor GM przekonał kanclerza, że tylko jego korporacja posiada kompetencje zdolne przekuć polityczne marzenia w inżynieryjny konkret.

Jego wkład znalazł odzwierciedlenie w oficjalnym uznaniu. W 1938 roku, w atmosferze gęstniejącej przed Nocą Kryształową, Mooney przyjął Krzyż Zasługi Orderu Orła Niemieckiego. To samo wyróżnienie, które wisiało już na piersi Watsona.

Podobnie jak Ford, Mooney nigdy nie zwrócił odznaczenia. Po wojnie przeszedł na emeryturę nie w atmosferze skandalu, lecz w aureoli szacunku, jako skuteczny menedżer, którego decyzje oceniano wyłącznie przez pryzmat efektywności.

W 1935 roku w Brandenburgu, po ustaleniach z centralą w Detroit, otwarto nową fabrykę ciężarówek Opla. Lokalizację wybrano z zimną precyzją, konsultując ją z planistami Wehrmachtu pod kątem odporności na ataki lotnicze. Już wtedy, na cztery lata przed wojną, amerykańscy menedżerowie i niemieccy oficerowie wspólnie zabezpieczali aktywa przed bombami, które miały spaść w przyszłości.

Paradoks tej współpracy osiągnął apogeum w zakładach Opla w Rüsselsheim. Nadzorowana przez ludzi szkolonych w Detroit fabryka w 1939 roku przestawiła zwrotnice na produkcję wojenną. To tam powstawały podzespoły do Junkersa Ju-88 – najbardziej wszechstronnego bombowca Luftwaffe, jednocześnie bombowca nurkującego, nocnego myśliwca i samolotu rozpoznawczego. Kiedy więc podczas Bitwy o Anglię na Londyn spadały bomby, zrzucały je samoloty napędzane silnikami, których produkcję autoryzowała filia amerykańskiej korporacji. Alfred Sloan, prezes GM, w prywatnej korespondencji określał niemieckie inwestycje jako "wysoce opłacalne", sugerując, by nie pozwalać "sentymentom politycznym" – jak eufemistycznie nazywał wojnę – wpływać na bilans spółki.

Spójrzmy na mapę Europy z września 1939 roku. Widzimy czerwone strzałki Blitzkriegu. Ale wojna błyskawiczna nie opiera się na magii, lecz na żelaznej logistyce. Czołgi potrzebują paliwa, a piechota musi nadążyć za pancerzem. A tym, co to umożliwiało, był Opel Blitz. Koń roboczy Wehrmachtu.

W 1939 roku Opel należał w stu procentach do General Motors. Amerykański gigant przejął niemiecką firmę dziesięć lat wcześniej, w 1929 roku, za 33,3 miliona dolarów – wówczas największą inwestycję zagraniczną w historii koncernu. Sto tysięcy wyprodukowanych ciężarówek Blitz miało niemiecką karoserię, ale napędzały je amerykańskie silniki, stanowiące bezpośrednią adaptację jednostek z Chevroletów i Buicków. Transfer technologii i procesów metalurgicznych z USA dał Wehrmachtowi coś bezcennego: niezawodność. Sto tysięcy ciężarówek, które przewiozły niemiecką piechotę przez granicę polską, belgijską, francuską, holenderską, a później woziły żołnierzy Wehrmachtu po stepach Ukrainy i piaskach Afryki Północnej.

Gdy jesienne deszcze zamieniły rosyjskie drogi w błotniste pułapki, a kołowe pojazdy grzęzły po osie, Wehrmacht sięgnął po "Maultiera" – półgąsienicowego "muła". Dziewięćdziesiąt procent układów napędowych do tych pojazdów dostarczał GM. Amerykańska technologia ratowała mobilność armii Hitlera, gdy ta parła na wschód. Kiedy kołowe ciężarówki grzęzły w błocie, półgąsienicowe hybrydy z Detroit parły naprzód - kapitał, w przeciwieństwie do ludzi, dowodził, że potrafi doskonale działać ponad liniami frontu.

Drugim filarem logistyki Wehrmachtu był Ford-Werke, z którego taśm produkcyjnych zjeżdżał model V3000, bliźniak Opla Blitza. Raporty wywiadu wojskowego USA z 1945 roku szacują, że co trzecia ciężarówka pochodziła z fabryk należących do Forda lub General Motors. Te firmy doskonale wiedziały, co robią. Wewnętrzne dokumenty Forda i GM potwierdzają, że aktywnie dostosowywały produkcję do specyficznych wymagań Wehrmachtu (np. wzmacniane podwozia na front wschodni), co wykraczało poza zwykłą produkcję cywilną.

Kiedy wojna zaczęła drenować rynek pracy, a niemieccy robotnicy trafili na front, korporacyjne procedury zaadaptowały się do nowych warunków. Dziś powiedzielibyśmy "agile w czystej postaci". Luka kadrowa została zwinnie wypełniona "zasobem zastępczym": robotnikami przymusowymi. Od 1940 roku w zakładach Forda pracowali tzw. Ostarbeiterzy oraz więźniowie obozu koncentracyjnego Buchenwald. Byli przetrzymywani w obozach zarządzanych bezpośrednio przez firmę, a warunki ich pracy były brutalne.

Dekady później Elsa Iwanowa - jedna z osób pracująca w strasznych warunkach przy taśmie produkcyjnej Forda pozwała Ford Motor Company. W 1999 roku sąd wydał wyrok, który jest lekcją cynizmu w pigułce. Pozew został oddalony jeszcze w tym samym roku. Sąd uznał dowody ale stwierdził przedawnienie oraz, że jego zdaniem kwestie reparacji należą do sfery dyplomacji, a nie sądownictwa cywilnego.

Wewnętrzny audyt Forda "Research Findings About Ford-Werke Under the Nazi Regime" potwierdził, że centrala w Dearborn była świadoma sytuacji. Priorytetem była ochrona aktywów, a nie standardów etycznych. Analogicznie było z Oplem – dwie ikony amerykańskiego kapitalizmu czerpały zyski z pracy tysięcy niewolników, traktując to jako element wojennej optymalizacji kosztów. Tego bynajmniej nie znajdziemy w kolorowych folderach drukowanych z okazji korporacyjnych rocznic.

Klejnot Rockefellerów na usługach Rzeszy

Podczas gdy przy taśmach produkcyjnych wykorzystywano Ostarbeiterów, w gabinetach strategicznych martwiono się o surowce. Niemcy w 1939 roku miały problem, który teoretycznie powinien zakończyć wojnę w kilka tygodni. Nie miały ropy. Wojna nowoczesna to wojna silników – bez paliwa czołgi i samoloty zastygają bezużyteczne, a genialne strategie Wehrmachtu stają się bezwartościową literaturą.

Ratunek i w tej kwestii przyszedł zza oceanu.

Trzeba przypomnieć w tym miejscu, że w 1929 roku Standard Oil of New Jersey – klejnot w koronie imperium Rockefellerów – zawarł porozumienie z niemieckim gigantem chemicznym IG Farben. Amerykanie zapłacili ponad 30 milionów dolarów w akcjach za prawa do niemieckiej technologii uwodorniania węgla (metody Bergiusa) poza granicami Niemiec. Był to sojusz dwóch największych ówcześnie korporacji przemysłowych świata. Amerykanie zyskiwali patent na przyszłość, a Niemcy otrzymali gigantyczny zastrzyk kapitału, który pozwolił im potem rozwinąć produkcję benzyny syntetycznej na skalę przemysłową.

Ale to w drugą stronę popłynął transfer jednej z kluczowej dla losów wojny technologii – poprzez joint venture Standard Oil i General Motors – przekazano Niemcom technologię produkcji tetraetyloołowiu czyli :świętym Graal" lotnictwa, który zwiększał liczbę oktanową paliwa. Bez amerykańskiej licencji Luftwaffe byłaby powolna, mniej zwrotna, niezdolna do osiągania wysokich pułapów i przegrywałaby powietrzne pojedynki.

Tuż przed inwazją na Czechosłowację i Polskę Niemcy stanęły w obliczu krytycznego niedoboru tetraetyloołowiu, bo ich własne fabryki nie osiągnęły jeszcze pełnej mocy. Od czego jednak są biznesowi sojusznicy? Walter Teagle, prezes Standard Oil, osobiście pomógł zaaranżować dostawę pięciuset ton tego kluczowego dodatku do Niemiec – za pośrednictwem brytyjskiej spółki zależnej.

W szczytowym momencie wojny, w 1944 roku, ponad dziewięćdziesiąt procent benzyny lotniczej Luftwaffe pochodziło z niemieckich fabryk syntetycznych, ale jej jakość bojowa zależała od amerykańskiej technologii uszlachetniania. Nic dziwnego, że podczas procesów norymberskich Georg von Schnitzler, jeden z dyrektorów IG Farben, przyznał: "Bez ołowiu tetraetylowego współczesna metoda prowadzenia wojny byłaby niemożliwa".

Messerschmitty, które strącały alianckie bombowce nad Niemcami. Focke-Wulfy, które ścigały brytyjskie Spitfire'y nad kanałem La Manche. Stukasy, które pikując wyły nad głowami polskich cywilów w 1939 roku. Wszystkie napędzane paliwem, którego bez Standard Oil by nie było.

Wiosną 1942 roku, kilka miesięcy po Pearl Harbor, gdy Ameryka liże rany, w sali senackiej komisji w Waszyngtonie rozgrywa się scena, która powinna wstrząsnąć fundamentami państwa i zmienić bieg amerykańskiej historii korporacyjnej.

Ale nie zmieniła.

Senator Harry Truman – ten sam, który za trzy lata zostanie prezydentem – prowadził przesłuchanie dotyczące Standard Oil i jego powiązań z IG Farben. Komisja ujawniła dokumenty, z których wynikało, że amerykański gigant naftowy przekazywał Niemcom technologię produkcji paliwa syntetycznego, jednocześnie blokując jej rozwój w Stanach Zjednoczonych. Wcale nie to było jednak najgorszym zarzutem. Jeszcze większym problemem była kwestia gumy syntetycznej.

Po ataku na Pearl Harbor Japonia błyskawicznie zajęła Azję Południowo-Wschodnią, odcinając Amerykę od dziewięćdziesięciu procent światowych dostaw naturalnego kauczuku. Amerykańska armia desperacko potrzebowała opon, uszczelek do silników, izolacji kabli. Standard Oil miał technologię: "Bunę", gumę syntetyczną opracowaną z IG Farben. Ale miał też umowę. Umowa kartelowa z Niemcami, tak zwane Jasco Agreement, zabraniała udostępniania tej technologii innym firmom w USA bez zgody Berlina.

I Standard Oil dotrzymał słowa danego nazistom. Blokował rozwój produkcji w Stanach, odmawiając licencji Goodyearowi i Firestone'owi, podczas gdy Europa płonęła, a amerykańscy żołnierze ginęli na Pacyfiku. Wierność korporacyjnej dywidendzie okazała się silniejsza niż lojalność wobec własnego kraju.

Harry Truman nie był człowiekiem skłonnym do hiperboli. Słynął z oszczędności słów. Ale tego dnia, w sali przesłuchań, wykrzyczał zdanie, które przeszło do historii: "I consider it treason!"

Plakat Francuskiej Partii Komunistycznej z 1945 r., na którym twierdzono, że "ludzie z trustów sprzedali kraj Hitlerowi" i wzywano do konfiskaty ich majątku i znacjonalizowania ich przedsiębiorstw.

Uważam to za zdradę!

Asystent prokuratora generalnego określił porozumienie Standard Oil z IG Farben jako "mechanizm kontynuowania spisku przez czas trwania wojny". New York Times doniósł o skandalu. Obok artykułu o zeznaniach pojawił się tytuł: "Ludzie Standard Oil milczą w sprawie zarzutów".

Finał? Owszem, ukazał się w New York Times artykuł “Ludzie Standard Oil milczą w sprawie zarzutów" i Standard Oil zapłaciło nawet grzywnę.

…pięćdziesiąt tysięcy dolarów. 

W zamian za immunitet dla dyrektorów i uwolnienie patentów firma Standard Oil największa ówczesna korporacja przemysłowa w USA, zapłaciła drobną opłatę manipulacyjną za zdradę patentową, wspomaganie wroga i sabotowanie wysiłku wojennego własnego kraju.

Standard Oil w 1942 roku miał aktywa warte ponad dwa miliardy dolarów.

Jeśli opowieść o ich relacji ze Standard Oil to opowieść o chciwości, to relacja z DuPont jest już opowieścią o absurdzie. Koncern chemiczny DuPont utrzymywał ścisłe relacje z IG Farben poprzez swoją spółkę zależną Remington Arms. Wspólnie posiadali patenty na tetracen, czyli kluczowy składnik nowoczesnych spłonek amunicyjnych. W 1941 roku, kiedy Wielka Brytania samotnie stawiała czoła Hitlerowi, jej armia desperacko potrzebowała nowoczesnej amunicji. Zwrócono się więc do Remingtona, ale umowa kartelowa stanowiła jasno: Remington nie może sprzedać amunicji z tetracenem Brytyjczykom bez zgody niemieckiego partnera. 

IG Farben, partner nazistowskiego reżimu, producent cyklonu B dla obozów zagłady, oczywiście formalnie odmówiła.

To jednak nie wyczerpuje absurdu. Umowy o wymianie danych finansowo-operacyjnych służyły jako legalny kanał szpiegowski. Niemieccy inspektorzy, analizując raporty o należnych od DuPont/Remington Arms tantiem, mogli z aptekarską precyzją oszacować skalę amerykańskiej produkcji zbrojeniowej. W celach wywiadowczych wystarczył dział księgowości i raporty kwartalne.

Tego typu wyliczanka mogłaby trwać bardzo długo, ale skupmy się jeszcze na dwóch najbardziej jaskrawych przykładach ze względu na ich skalę i charakter. 

Kooperacja General Electric z niemieckim koncernem Krupp regulowały rynek węglika wolframu niezbędnego do nowoczesnej obróbki stali pancernej. General Electric, korzystając z monopolu, wywindowało cenę w USA do 453 dolary za funt, podczas gdy koszt produkcji wynosił 48 dolarów. W tym samym czasie w Niemczech cena rynkowa sprawiła, że zużycie węglika było dwudziestokrotnie wyższe i Rzesza zyskała gigantyczną przewagę technologiczną w obróbce pancerzy czołgowych. 

GE regularnie odprowadzało do Essen tantiemy od każdego sprzedanego funta materiału czym subsydiowała niemiecki przemysł zbrojeniowy…

Naszą – i tak bardzo wybiórczą listę – zamyka International Telephone and Telegraph (ITT).

W tym czasie to było technologiczne imperium, którego prezes Sosthenes Behn był jednym z pierwszych amerykańskich biznesmenów, którzy zaraz po dojściu nazistów do władzy w 1933 roku pofatygowali się do Berlina, by uścisnąć dłoń Adolfowi Hitlerowi. Niemiecka filia ITT, C. Lorenz AG, stała się kluczowym dostawcą zaawansowanych systemów łączności dla Wehrmachtu i Luftwaffe. Mało tego, ITT posiadało 25 procent udziałów w zakładach Focke-Wulf, a w 1943 roku pakiet wzrósł do 29 procent. A too tam powstawał Fw 190, jeden z najlepszych niemieckich myśliwców drugiej wojny światowej, nazywany „Dręczycielem", która dziesiątkowała nad Europą formacje amerykańskich B-17 i B-24 oraz brytyjskie Lancastery i Halifaxy.

Każdy zestrzelony amerykański bombowiec był tragedią. I jednocześnie 29 proc. zyskiem w księgach rachunkowych.

JP Morgan finansuje Holokaust

Wojna potrzebuje konkretnych zasobów: stali, ropy, gumy syntetycznej. Ale kluczowym zasobem jest przede wszystkim twarda waluta, niezbędna do zakupu surowców strategicznych na rynkach neutralnych.

Chase National Bank (dzisiejszy JPMorgan Chase) stał się w latach trzydziestych kluczowym kanałem, przez który Rzesza pozyskiwała dewizy. Sprzedawali "marki powrotne" (Rückwanderer Marks), specjalną walutę dla Amerykanów niemieckiego pochodzenia wracających do Niemiec. Bank Chase oferował te marki po zaniżonym kursie. Zyski płynące z prowizji zasilały zarówno bank, jak i reżim nazistowski. Szacuje się, że w latach 1936–1941 schemat ten przyniósł Niemcom ponad dwadzieścia milionów dolarów, z których każdy pozwalał kupić surowce do produkcji broni.

Te marki były często finansowane ze środków skonfiskowanych żydowskim uchodźcom. Chase Bank był beneficjentem grabieży i paserem.

Jednak to nie liczby, lecz pewien konkretny człowiek stał się symbolem tej postawy. Gdy Wehrmacht zajął Paryż, Carlos Niedermann, dyrektor paryskiego oddziału Chase Banku, nie czekał na rozkazy. Z własnej inicjatywy, wykazując się gorliwością, która zaskoczyła nawet okupantów, zaczął zamrażać konta żydowskich klientów. Robił to szybciej i brutalniej, niż wymagały tego niemieckie przepisy, licząc na "specjalne uznanie" nowych władz. Podczas gdy inni kolaborowali ze strachu, Niedermann kolaborował z ambicji.

Dla banku Chase w okupowanym Paryżu hasło business as usual nabrało odświeżonego znaczenia.

Niedermann zamrażał konta a Departament Stanu pomagał pozbyć się ich właścicieli. 

Genewa, sierpień 1942. Gerhart Riegner, przedstawiciel Światowego Kongresu Żydów w Szwajcarii, wchodzi do amerykańskiego konsulatu z teczką, w której znajduje się szczegółowy raport. Niemieckie dowództwo wydało decyzję: wszyscy europejscy Żydzi mają zostać wymordowani. Środek: kwas pruski. Metoda: przemysłowa. Skala: cztery miliony ludzi. Riegner prosi o przekazanie telegramu rabinowi Stephenowi Wise'owi w Nowym Jorku, czołowemu przywódcy amerykańskich Żydów i osobistemu znajomemu Roosevelta. Konsul przyjmuje depeszę. Depesza trafia do Waszyngtonu. I tam się zatrzymuje.

Powód oficjalny: "niewiarygodne źródło". Tę decyzję podjęli urzędnicy Departamentu Stanu, mający pełen dostęp do raportów Polskiego Państwa Podziemnego, do depesz z poselstw w Sztokholmie i Bernie, do zeznań tych nielicznych, którzy zdołali uciec z polskich gett. Departament Stanu w sierpniu 1942 roku miał już za sobą wieloletnie potwierdzenia, że Żydzi w okupowanej Europie są zabijani systematycznie. Nie chodziło bowiem o weryfikację faktów, ale o przeciąganie wszystkiego w czasie.

Gdy informacja i tak dotarła do Wise'a innymi kanałami, podsekretarz stanu Sumner Welles wymusił na nim milczenie. Zakazał przekazywania wiadomości prasie aż do "oficjalnego potwierdzenia" przez Departament Stanu. Potwierdzenie miało trwać miesiące. W tym czasie do Treblinki, Bełżca, Sobiboru i Auschwitz pojechały kolejne setki transportów.

10 lutego 1943 roku w Departamencie Stanu sformalizowano tę politykę świadomego opóźniania w postaci kablogramu numer 354. Adresat: poselstwo USA w Bernie. Treść: zakaz przyjmowania od osób prywatnych jakichkolwiek raportów dotyczących sytuacji Żydów w Europie i przekazywania ich do Stanów Zjednoczonych. Kanał Riegnera został odcięty oficjalnym rozkazem.

Architektem tej polityki był Breckinridge Long, asystent sekretarza stanu odpowiedzialny za sprawy uchodźców. Tytuł brzmiał neutralnie, ale stosowane praktyki już nie. Long i jego współpracownicy zredukowali wykorzystanie istniejących już kwot imigracyjnych do mniej niż dziesięciu procent. Granice uszczelniono z powodu obaw Departamentu Stanu: jeśli Ameryka pokaże gotowość przyjmowania Żydów, Niemcy mogą rzeczywiście ich przekazać. A to byłby "niepożądany ciężar".

Logika dywidendy nie była jak widać tylko korporacyjna. Akcjonariuszami Departamentu Stanu byli amerykańscy podatnicy i maksymalizacja zysku rozumianego jako oszczędność oznaczała minimalizację ciężaru. A Żydzi byli ciężarem.

W Departamencie Skarbu trwało równolegle inne śledztwo. Henry Morgenthau Jr., jedyny żydowski członek gabinetu Roosevelta, polecił swoim ludziom prześledzić, dlaczego pieniądze przeznaczone na ratunek europejskich Żydów nie docierają do celu. Prowadzącym był Josiah E. DuBois Jr., młody prawnik. Sięgnął po dokumenty Departamentu Stanu. Departament Stanu opóźniał odpowiedzi. Gdy dokumenty wreszcie trafiły do Skarbu, okazały się sfałszowane. Niektóre passusy zostały usunięte, inne zmodyfikowane. DuBois zrozumiał - nie chodziło o biurokratyczną inercję, ale o gigantyczną dywersję.

W Boże Narodzenie 1943 roku DuBois zasiadł do maszyny do pisania i napisał osiemnastostronicowy "Raport dla Sekretarza w sprawie przyzwolenia tego rządu na morderstwo Żydów". Żadnego "biurokratycznego opóźnienia" czy "niedopatrzenia". Sam "konkret”: wysocy urzędnicy Departamentu Stanu byli winni "nie tylko rażącej prokrastynacji i celowego zaniechania działań, ale nawet celowych prób uniemożliwienia podjęcia działań w celu uratowania Żydów przed Hitlerem". Nie tylko nie używali maszynerii rządowej, by ratować ofiary. Aktywnie używali tej maszynerii, by ich nie uratować. Randolph Paul, prawnik Skarbu, opisał to w jednym zdaniu: amerykański "ruch podziemny... pozwalający na zabijanie Żydów".

Morgenthau zaniósł raport Rooseveltowi i prezydent stanął w obliczu skandalu, który groził rozbiciem administracji w roku wyborczym. Reakcja była typowa dla Roosevelta: nie naprawiać Departamentu Stanu, lecz go obejść. W styczniu 1944 roku dekretem prezydenckim utworzono War Refugee Board, niezależną agencję ratunkową. Osiemnaście miesięcy po telegramie Riegnera. 

Auschwitz jako problem poboczny

Remedium na wewnętrzną dywersję w postaci War Refugee Board zaczęło pracować, ale szybko trafiło na opór Departamentu Wojny.

Wiosną 1944 do Waszyngtonu dotarła trzydziestostronicowa dokumentacja inżynierska Aushwitz. Dotarła także do Watykanu, do Stockholmu, do Berna. W tym samym czasie amerykańska 15. Armia Powietrzna we Włoszech osiągnęła pełną zdolność operacyjną. Z baz pod Foggią ciężkie bombowce B-17 i B-24 mogły dotrzeć nad południową Polskę. Jednocześnie do Waszyngtonu zaczęły płynąć apele: słowackie podziemie, Światowy Kongres Żydów, War Refugee Board – wszyscy prosili aby zbombardować węzły kolejowe między Koszycami a Preszowem bo każdy pociąg, który nie dojedzie do Auschwitz, to dwa tysiące uratowanych ludzkich istnień.

Asystent sekretarza wojny John J. McCloy odmówił. Powód: "operacja byłaby niewykonalna, wymagałaby odwrócenia znacznych sił powietrznych od zadań kluczowych dla zwycięstwa".

Dla amerykańskiego sztabu Żydzi w Auschwitz byli "extraneous problem and an unwanted burden" – problemem pobocznym i niechcianym ciężarem. Fot. Mariusz Cieszewski / CC



"Diversion of considerable air support" – tak brzmiała formuła. Ale historia wykazała, że formuła stojąca za tą odmową była kłamstwem. 20 sierpnia 1944 roku, w idealnych warunkach pogodowych, sto dwadzieścia siedem amerykańskich bombowców B-17 zrzuciło w końcu tysiąc trzysta trzydzieści sześć bomb na zakłady IG Farben w Auschwitz. Cel: fabryka benzyny syntetycznej i gumy syntetycznej. Ta sama IG Farben, której prezes von Schnitzler chwalił podczas procesu norymberskiego współpracę z Amerykanami za to, że uczyniła wojnę możliwą, w końcu tymczasowo stała się niewygodna. Komory gazowe Brzezinki znajdowały się osiem kilometrów dalej. Łącznie między lipcem a listopadem 1944 roku ponad dwa tysiące osiemset bombowców uderzyło w cele przemysłowe w pobliżu obozu, między innymi w Blachowni Śląskiej. Amerykańscy lotnicy mieli zdjęcia rozpoznawcze całego kompleksu, łącznie z krematoriami i komorami gazowymi, ale wytyczne dotyczyły tylko i wyłącznie aktywów przemysłowych. 

David Wyman, historyk, wykazał potem, że dla amerykańskiego sztabu Żydzi w Auschwitz byli "extraneous problem and an unwanted burden" – problemem pobocznym i niechcianym ciężarem. W lutym 1944 roku Departament Wojny podjął wprost tajną decyzję, że nie będzie angażować się w żadne operacje ratunkowe, a War Refugee Board nawet o tym nie poinformowano…

Nikt nie rozliczył korporacji

Po wojnie aliancki trybunał w Norymberdze osądził zbrodniarzy. Göring, Ribbentrop, Keitel – ich nazwiska trafiły na karty historii i pod pętlę szubienicy. Jednak dla korporacji nastał nie czas rozliczeń, lecz czas księgowania.

Rozdział ten wymyka się standardowym pojęciom sprawiedliwości. General Motors nie tylko uniknęło sankcji za współpracę z Trzecią Rzeszą, ale w 1967 roku – ponad dwie dekady po wojnie – otrzymało od rządu Stanów Zjednoczonych odszkodowanie w wysokości 33 milionów dolarów. Powód: zniszczenie fabryk Opla przez alianckie bombowce.

Podstawą prawną był War Claims Act z 1948 roku oraz orzecznictwo Foreign Claims Settlement Commission (FCSC). Prawo to umożliwiało dochodzenie roszczeń za straty wojenne, o ile mienie nie zostało wcześniej skutecznie znacjonalizowane przez wroga. Gdy w grę wchodziła odpowiedzialność moralna, GM twierdziło, że "utraciło kontrolę" nad niemieckimi filiami, ale gdy na stole pojawiły się pieniądze, udowodniono, że tytuł własności pozostał nienaruszony.

Ford uzyskał w podobnym trybie około 1,1 miliona dolarów za zniszczenia w Kolonii. 

ITT poszło o krok dalej, inkasując 27 milionów dolarów, z czego 5 milionów stanowiło rekompensatę za zbombardowanie przez lotnictwo USA zakładów Focke-Wulf. Mechanizm ten oznaczał, że amerykański podatnik zapłacił raz za bomby, które zrównały fabrykę z ziemią i drugi raz za odbudowę tej samej fabryki dla korporacji, która czerpała zyski z obu stron frontu.

Uczciwa analiza wymaga wzmianki, że np. Henry Ashby Turner, autor General Motors and the Nazis, broni tezy o „zakładniku". Twierdzi, że po 1941 roku, a szczególnie po wypowiedzeniu wojny przez USA, Detroit straciło realny wpływ na Opla, a menedżerowie byli marionetkami w rękach nazistowskiego zarządcy powierniczego ze strony Rzeszy. Ale Edwin Black i Bradford Snell wskazują, że wojenna kadra zarządzająca Opla została dobrana i zatwierdzona przez Detroit jeszcze przed wybuchem konfliktu. Co ważniejsze, GM świadomie reinwestowało zyski w Niemczech, rozbudowując potencjał militarny Rzeszy, właśnie wiedząc, że pełnego zysku i tak nie da się wytransferować. Argumentem rozstrzygającym jest manewr podatkowy GM: w 1941 roku koncern dokonał odpisu wartości inwestycji w Niemczech na kwotę 22,7 miliona dolarów, traktując ją jako stratę, by po wojnie odzyskać aktywa i dodatkowo ubiegać się o wspomniane odszkodowanie.

Można by się spodziewać, że po wojnie, gdy skala kolaboracji wyszła na jaw, nastąpią procesy. Że prezesi staną przed sądem i posypią się wyroki. Tak się jednak nie stało.

Dlaczego zatem Sosthenes Behn z ITT, ten sam, który pił herbatę z Hitlerem i zarabiał na każdym zestrzelonym B-17, zamiast wyroku dostał Medal of Merit? Najwyższe odznaczenie przeznaczone dla cywilów, którzy wykazali się "wyjątkowo chwalebnym postępowaniem" na rzecz aliantów i wysiłku wojennego Stanów Zjednoczonych?

Otóż, zanim zdążył opaść pył po bitwach II wojny światowej, horyzont zasnuł się cieniem nowego konfliktu. Stany Zjednoczone potrzebowały silnych Niemiec Zachodnich jako bufora przeciwko ZSRR. Potencjał przemysłowy GM, Forda i Standard Oil był kluczowy w nadchodzącym wyścigu zbrojeń. Rezerwa w postaci firm takich jak Opel czy Ford-Werke była niezbędna. Zimna Wojna stała się wygodnym parawanem. Dokumenty na dekady uzyskały klauzulę "Top secret", a śledztwa w sprawie "zdrad patentowych" czy pracy niewolniczej wyciszono w imię jedności Zachodu.

Aktywa przemysłowe wracały na linie produkcyjne. Ale były też aktywa innego rodzaju.

W latach 1947-1951 Korpus Kontrwywiadu USA prowadził operację o kryptonimie Paperclip, czyli Spinacz. W jej ramach na terytorium Stanów Zjednoczonych przyjęto siedmiuset sześćdziesięciu pięciu niemieckich naukowców, inżynierów i techników wojskowych. Co najmniej połowa z nich była członkami NSDAP, SS lub innych organizacji nazistowskich. Niektórzy mieli na rękach krew obozów koncentracyjnych, w których byli zatrudniani robotnicy przymusowi przy projektach takich jak rakieta V-2.

Aby przeprowadzić tę operację, armia amerykańska świadomie fałszowała ich akta a wojenna przeszłość była zacierana lub przeformułowywana. Departament, który nie wpuszczał Riegnera w 1943, wpuszczał teraz Wernhera von Brauna i jego współpracowników z fabryki Mittelwerk – tej samej, w której pod ziemią produkowano V-2 i w której zginęło dwadzieścia tysięcy więźniów obozu Dora-Mittelbau.

Dla niezbędnych w samych Stanach Zjednoczonych istniały programy badawcze. Dla zbyt problematycznych istniały tak zwane "szczurze szlaki" (z amerykańskiego żargonu marynarki wojennej).

W Rzymie zawarto oficjalny kontrakt, podpisany w imieniu armii amerykańskiej, z chorwackim księdzem, ojcem Krunoslavem Draganoviciem, który w czasie wojny współpracował z reżimem i nadzorował deportacje setek tysięcy Żydów i Serbów z Jugosławii do obozów koncentracyjnych. Po wojnie schronił się w Watykanie i dla uciekających esesmanów stworzył kilka tajnych szlaków ewakuacyjnych. Stawka została ustalona na tysiąc czterysta dolarów za głowę a lista przerzuconych nazwisk obejmuje m.in. Klausa Barbiego, czyli szefa Gestapo we Francji znanego jako "Rzeźnik z Lyonu". 

Mechanizm Paperclipa i szczurzych szlaków obracał ludźmi tak, jak GM obracał ciężarówkami Blitz: zasób był zasobem, kwalifikacja kwalifikacją a przeszłość była po prostu kwestią dokumentacji. 

Brudne sumienie, czysty zysk

Firmy, które były bohaterami tego rozdziału, rozrosły się i zbudowały powojenny świat. General Motors stał się symbolem amerykańskiego kapitalizmu – tak bardzo, że gdy w 2008 roku stanął na krawędzi bankructwa, rząd USA ratował go jako "zbyt duży, by upaść". Owszem, biznes nie ma narodowości, ale już nie wtedy, gdy w grę wchodzi bailout.

Ford to do dziś ikona przemysłowa. Standard Oil of New Jersey przekształciło się w Exxon, a potem w ExxonMobil, jedną z najpotężniejszych korporacji świata. Chase Bank jest dziś częścią JPMorgan Chase, największego banku w Stanach Zjednoczonych.

Wernher von Braun, dawny członek SS odpowiedzialny za V-2, zmarł w 1977 roku jako amerykański bohater narodowy. To jego zespół posłał Apollo 11 na Księżyc.

Historia kolaboracji przemysłu amerykańskiego z III Rzeszą, sprzężona z sabotażem ratunku przez Departament Stanu, odmową bombardowania Auschwitz przez Departament Wojny i powojennym kupowaniem nazistowskich „aktywów ludzkich" przez wywiad, dowodzi czegoś więcej niż tego, że kapitał pozbawiony kontroli nie rozróżnia demokracji od totalitaryzmu. Dowodzi, że ta sama dywidendowa kalkulacja, która kierowała zarządami GM, Forda i Standard Oil, była również operacyjną logiką amerykańskiej biurokracji państwowej. Wizy i bomby też miały koszt. Patriotyzm był językiem retoryki, ale to dywidenda była językiem decyzji.

Dziś Trump nakłada sankcje na ośmiu sędziów Trybunału Karnego i prokuratora Karima Khana za samo prowadzenie sprawy związanej z ludobójstwem w Gazie. Parawan, który niegdyś chronił Watsona z IBM oraz innych zarządców intratnych przedsiębiorstw przed konsekwencjami norymberskimi, dziś przekształca się w narzędzie aktywnej ofensywy wobec międzynarodowych instytucji prawnych. 

Postarajmy się dostrzec jednak pewną niepokojącą zmianę i ewolucję mechanizmów gospodarczo politycznych. O ile faszyzm był dla Wall Street "okazją inwestycyjną", a jego ofiary jedynie "kosztem zewnętrznym" nieujętym w bilansie to w obecnym czasie działania technologicznych gigantów, ze względu na ich skalę, ewoluują do pozycji, w której mogą dowolny reżim osłabiać lub wzmacniać. A to szczególne miejsce, które miało stać się sercem technologicznej gospodarki nowego rodzaju - Dolina Krzemowa -  wyrosło na glebie, którą cynizm i wyrachowanie opisanych firm i im podobnych nawoziły przez dekady. 

Microsoft, podobnie jak niegdyś IBM dla III Rzeszy, dostarcza infrastrukturę – chmurę Azure i dostęp do modelu językowego GPT-4 – izraelskiej Jednostce 8200, gromadząc do września 2025 ponad jedenaście tysięcy terabajtów nagrań palestyńskich rozmów w centrach danych w Holandii i Irlandii. Systemy sztucznej inteligencji "Lavender" i "Gospel" w dwadzieścia sekund decydują o targetowaniu trzydziestu siedmiu tysięcy ludzi przy dobrze znanym co najmniej dziesięcioprocentowym błędzie – Hollerith zaktualizowany do warstwy chmurowej i to nawet mniej mniej dokładny…

Technofaszyzm XXI wieku dojrzewa, bazując na niezmiennej logice: dostarczać infrastrukturę kontroli, nadzoru i manipulacji każdemu, kto zapłaci lub zapewni deregulację, w razie potrzeby wskazując brak swojej kontroli lub odświeżając narrację o neutralności technologii jako takiej. Historia w jaskrawy sposób pokazuje, że z racji swojej wielkiej skali technologiczne korporacje będą wytrwale unikać odpowiedzialności dzięki wpływom politycznym, jednocześnie czerpiąc korzyści od wszystkich stron konfliktów politycznych, rynkowych czy wręcz wojennych. Wzorzec business as usual nie tylko przetrwa, ale będzie z reguły autoryzowany państwową pieczęcią.

I właśnie o tym, skąd wzięła się Dolina Krzemowa i na jakich fundamentach została zbudowana – opowie kolejna część.


W rozdziale trzecim korzystam głównie z: Edwin Black "Nazi Nexus: America's Corporate Connections to Hitler's Holocaust"; Edwin Black "IBM and the Holocaust"; Edwin Black "War Against the Weak"; David S. Wyman "The Abandonment of the Jews: America and the Holocaust, 1941–1945"; Bradford C. Snell „American Ground Transport" (raport dla podkomisji antymonopolowej Senatu USA, 1974); Henry Ashby Turner "General Motors and the Nazis"; Christopher Simpson "Blowback: America's Recruitment of Nazis and Its Effects on the Cold War"; Linda Hunt „Secret Agenda: The United States Government, Nazi Scientists, and Project Paperclip, 1945 to 1990".


Wszystkich zainteresowanych bieżącą wymianą merytorycznych informacji (inną niż narracje mainstreamowe) oraz swobodną dyskusją związaną z najnowszym pomysłem bigtechów na swoje wzrosty, czyli AI - zapraszam serdecznie do grupy: AI vista360 (obiektywnie o AI).

Tytułowa ilustracja wygenerowana za pomocą AI.