REKLAMA

220 tys. żołnierzy to rozgrzewka. Prawdziwy test dla Wojska Polskiego dopiero nadchodzi

Około 75 proc. obecnego Wojska Polskiego stanowią żołnierze zawodowi. MON chce dołożyć ogromną, 200-tysięczną rezerwę wysokiej gotowości.

Polskie wojsko przekroczyło 220 tys. ludzi. Cel to 500 tys.

Licznik właśnie przebił kolejną okrągłą granicę. Wojsko Polskie ma już ponad 220 tys. żołnierzy w czynnej służbie. To o kilka tysięcy więcej, niż na początku roku i kilkadziesiąt tysięcy więcej, niż jeszcze kilka lat temu. Na tym jednak rozbudowa armii ma się nie skończyć. Obowiązujący plan zakłada dojście do 500 tys. ludzi do 2039 r.

220 tys. nie oznacza 220 tys. zawodowców

Obecna liczba składa się z kilku bardzo różnych grup. Około 75 proc. wszystkich żołnierzy w czynnej służbie stanowią żołnierze zawodowi. Ponad 17 proc. przypada na Wojska Obrony Terytorialnej, niecałe 8 proc. na dobrowolną zasadniczą służbę wojskową, a około 0,3 proc. na aktywną rezerwę. Liczebność armii często sprowadza się do jednej liczby, choć żołnierz zawodowy, terytorials i osoba odbywająca DZSW funkcjonują w zupełnie innych modelach.

Jeszcze w styczniu dane MON wskazywały na około 216,6 tys. żołnierzy po zsumowaniu głównych form służby. Pisaliśmy wtedy szerzej o strukturze armii w tekście: Tylu żołnierzy ma polskie wojsko. Są najnowsze dane. Wtedy około 155,5 tys. osób było żołnierzami zawodowymi, a około 38 tys. służyło w WOT. Przekroczenie 220 tys. pokazuje więc, że wzrost trwa również w 2026 r., choć nie jest to skok o dziesiątki tysięcy osób w kilka miesięcy.

Pół miliona, ale nie pół miliona w koszarach

Najbardziej efektowna liczba pojawia się w Programie Rozwoju Sił Zbrojnych RP na lata 2025-2039. Według przyjętego planu Polska ma docelowo dysponować 500 tys. żołnierzy. Z tego 300 tys. ma pełnić czynną służbę wojskową, a 200 tys. należeć do rezerw, w tym tworzonej rezerwy wysokiej gotowości. Cel rzeczywiście jest ponad dwa razy większy od obecnej liczebności czynnej armii, ale 200 tys. osób z końcowego rachunku nie będzie stale pełnić służby.

Jeżeli spojrzymy wyłącznie na komponent czynny, droga prowadzi z ponad 220 tys. do około 300 tys. ludzi. Największą nowością całej koncepcji jest natomiast stworzenie ogromnego zaplecza rezerwowego. O samym planie półmilionowej armii pisaliśmy już w styczniu. Sztab Generalny wskazywał wtedy na doświadczenia Ukrainy jako jeden z głównych argumentów za zmianą. Konflikt wysokiej intensywności bardzo szybko zużywa ludzi, dlatego państwo potrzebuje nie tylko armii czasu pokoju, ale też przeszkolonego zasobu zdolnego ją uzupełniać.

Wojsko rośnie szybko, jeśli spojrzeć kilka lat wstecz

Dzisiejsze liczby wyglądają jeszcze ciekawiej w dłuższej perspektywie. Pod koniec 2022 r. Wojsko Polskie miało około 164 tys. żołnierzy. Na początku 2025 r. mówiło już o ponad 206 tys., a stan osobowy na 1 stycznia 2026 r. wynosił 217 075 żołnierzy. Teraz oficjalnie przekroczono 220 tys.

Szczególnie mocno rośnie korpus zawodowy. Jeszcze w 2019 r. Polska miała 107 704 żołnierzy zawodowych. Pod koniec 2024 r. było ich około 144 tys., a na początku 2026 r. ponad 155 tys. To oznacza, że armia faktycznie przestała rosnąć wyłącznie na papierze przez dopisywanie kolejnych kategorii służby.

W 2025 r. do zawodowej służby wojskowej powołano prawie 19 tys. osób, a ponad 17 tys. trafiło do dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej. W tym samym czasie z zawodowej służby odeszło jednak ponad 7 tys. żołnierzy. Żeby zwiększać armię nie wystarczy przyjmować ludzi. Trzeba jeszcze sprawić, żeby zostali.

200 tys. rezerwistów to najtrudniejsza część planu

Nowym elementem ma być rezerwa wysokiej gotowości. Nie chodzi o klasyczny spis ludzi, którzy kiedyś odbyli służbę wojskową i w razie wojny mogą dostać kartę mobilizacyjną. Założenie jest bardziej wymagające: taki rezerwista ma regularnie ćwiczyć, znać swoją jednostkę, posiadać aktualne umiejętności i być zdolny do szybkiego wejścia w struktury armii.

MON zaczął już budować ten system. W lutym pisaliśmy o nowym modelu rezerwy i programie wGotowości. W 2026 r. pilotażami nowego modelu rezerw ma zostać objętych około 10 tys. ochotników. Do docelowych 200 tys. pozostaje więc jeszcze ogromna droga.

To także powód, dla którego 2039 r. pojawia się w wojskowych dokumentach. W czerwcu wiceszef MON Stanisław Wziątek potwierdził w Sejmie, że właśnie do tego roku armia ma osiągnąć pułap 300 tys. żołnierzy czynnych i 200 tys. rezerwistów. Jednocześnie deklarował, że resort chciałby zrobić to szybciej.

Ludzi trzeba jeszcze wyszkolić, wyposażyć i gdzieś umieścić

Ostatecznie sama liczba żołnierzy niewiele mówi o sile armii. Dodatkowe dziesiątki tysięcy ludzi oznaczają potrzebę budowy koszar, poligonów i magazynów, zwiększenia liczby instruktorów, wyposażenia każdego żołnierza, tworzenia nowych dowództw i jednostek oraz zapewnienia im pojazdów, łączności i amunicji. Program rozwoju armii obejmuje równolegle formowanie i rozbudowę dywizji, wojsk dronowych, cyberwojsk, struktur medycznych czy komponentu ochrony pogranicza.

Przeczytaj także:

Dlatego 220 tys. jest ważną liczbą, ale jeszcze nie końcem zadania. Polska zbudowała w kilka lat armię wyraźnie liczniejszą niż ta, którą miała przed pełnoskalową rosyjską inwazją na Ukrainę. Kolejny etap jest trudniejszy, bo nie chodzi już tylko o znalezienie następnych kilkudziesięciu tysięcy ochotników. Trzeba zbudować system, w którym setki tysięcy ludzi naprawdę będą wiedziały, gdzie mają się stawić i co zrobić, gdy przestaną być potrzebne wyłącznie w tabeli.

*Źródło zdjęcia wprowadzającego: Wojsko Polskie

Marcin Kusz
Redaktor

Redaktor Spider's Web specjalizujący się w tematyce naukowej. O nowych technologiach zaczął pisać w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później współtworzył treści dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.