31 mld zł od BigTecha? Panie ministrze Gawkowski - bądźmy poważni
Ministerstwo Cyfryzacji wysłało do konsultacji projekt ustawy o podatku cyfrowym, który ma uderzyć w największe zachodnie korporacje technologiczne działające w Polsce. Minister Gawkowski mówi wprost: "bat już czeka". I dodaje, że to "podatek sprawiedliwościowy".

3 proc. od przychodu z personalizowanych reklam, platform społecznościowych i marketplace'ów. Progi wejścia: globalny przychód powyżej 1 mld euro i ponad 25 mln zł przychodu z działalności w Polsce. Szacowane wpływy w ciągu dekady - 31,7 mld zł. Brzmi słusznie, prawda? Pytanie, czy i jak to w ogóle ma działać.
Pisałem tu o tym wielokrotnie - idea jest więcej niż słuszna
Facebook zrobił w Polsce 2 mld zł i zapłacił 11 mln podatku. Google, Meta, Apple i reszta BigTechów zarabiają na polskich użytkownikach, wyprowadzają pieniądze przez Irlandię i śmieją się nam w twarz. Ale między "słusznie" a "zadziała" jest przepaść, o której Gawkowski mówi za mało.
Polska nie jest pionierem. Jest spóźnialskim
Francja ma podatek cyfrowy od 2019 r. - 3 proc. od przychodu z usług cyfrowych. Włochy od 2020 r., Hiszpania od 2021 r., Wielka Brytania od 2020 r. Wpływy z podatku cyfrowego w tych krajach wahały się od 103 mln euro w Austrii do ponad miliarda euro w Wielkiej Brytanii.
Dla pełnej jakości - Polska ma już podatek cyfrowy: 1,5 proc. na usługi streamingowe i audiowizualne. Projekt Gawkowskiego rozszerza go i podnosi stawkę do 3 proc.
I to jest dobra wiadomość - Polska nie eksperymentuje w ciemno. Ma wzorce z Zachodu, ma dane, ma kilka lat doświadczeń krajów, które już przez to przeszły. Złą wiadomością jest to, że doświadczenia innych krajów są bardzo zróżnicowane i nie zawsze zgodne z tym, co chcemy osiągnąć w Polsce.
Problem nr 1 - Trump
Pod koniec czerwca prezydent USA Donald Trump zagroził, że nałoży 100 proc. cła na towary z państw, które zdecydują się wprowadzić podatek od usług cyfrowych dotykający amerykańskie firmy technologiczne. Straszył, że zrobi to niezależnie od zawartych wcześniej porozumień. Wcześniej ambasador USA w Polsce Tom Rose ostrzegał przed negatywnymi konsekwencjami podatku cyfrowego.
To nie jest pusty blef, choć - jak dobrze wiemy - Trump dziś mówi jedno, a jutro coś kompletnie odwrotnego. Niestety przy okazji ceł na stal i aluminium Trump już udowodnił, że jest gotów używać taryf jako broni handlowej bez względu na umowy i strategiczne sojusze. Polska jest małym rynkiem eksportowym. My mamy znacznie więcej do stracenia niż Francja czy Niemcy, które mają wystarczającą wagę, by konfrontację z USA wytrzymać.
Jesteśmy za to buńczuczni. Obok Gawkowskiego, także minister finansów Domański lubi sobie mocno powiedzieć w kontekście dodatkowego opodatkowania amerykańskich big techów: “Polska ustala jakie są podatki w Polsce”. Odważne słowa, szczególnie że, taka suwerenność podatkowa nie chroni przed cłami na polskie jabłka, mięso i maszyny rolnicze.
Problem nr 2 - negocjacje w OECD
Jest w tej historii wątek, który media praktycznie przemilczają.
Przez lata prowadzono negocjacje w ramach OECD nad globalną umową o minimalnym opodatkowaniu korporacji - tzw. Pillar One i Pillar Two. Pillar One miał rozwiązać problem opodatkowania BigTechów w krajach, gdzie zarabiają, a nie tylko gdzie mają siedzibę. W zamian państwa zobowiązywały się wycofać unilateralne podatki cyfrowe.
Wielka Brytania, Francja, Włochy, Hiszpania i Austria wydały nawet wspólne oświadczenie, że wycofają swoje podatki cyfrowe po wejściu w życie globalnej umowy OECD.
Trump wycofał USA z tych negocjacji. Globalna umowa stoi więc w miejscu. Kraje europejskie utknęły w rozkroku - wycofanie podatków cyfrowych bez globalnego porozumienia byłoby kapitulacją, a ich utrzymanie naraża je na odwet Waszyngtonu.
Polska wchodzi w ten sam pat z nowym projektem. Tylko bez doświadczenia Francji, bez wagi negocjacyjnej Niemiec i bez buforu eksportowego Wielkiej Brytanii.
Problem nr 3 - a co z nami, mediami?
Tu muszę napisać o rzeczy, która bezpośrednio dotyczy mnie jako wydawcy.
Projekt Gawkowskiego zakłada że podatek cyfrowy będzie pomniejszany o inwestycje w Polsce - w R&D, w infrastrukturę. Brzmi rozsądnie, prawda? Jest zresztą wzorowany na podobnych rozwiązaniach we Francji i Włoszech.
Ale jest tu pułapka. BigTech od lat wie jak grać w tę grę:
- Google może wykazać, że budowa centrum danych pod Warszawą to “inwestycja lokalna” i zredukować podatek niemal do zera;
- Meta może wliczyć koszty compliance z AI Act jako wydatki poniesione w Polsce;
- Microsoft pokaże że zatrudnia polskich inżynierów w swoim centrum R&D i gotowe.
Mechanizm pomniejszeń, który miał chronić przed odpływem inwestycji stanie się narzędziem do unikania podatku. Prawnicy BigTechów zawsze znajdą sposób. Za to im płacą po 2 tysiące dolarów za godzinę.
Ale największy problem z tego projektu dla mediów jest inny.
Polskie media z polskim rodowodem i polskim kapitałem - które już dziś topią się z powodu wyciętego ruchu z Google'a i Facebooka oraz z powodu AI Overviews ograniczających zasięgi - nie dostaną z tego podatku ani grosza. Projekt nie zawiera żadnego mechanizmu redystrybucji środków do wydawców i twórców treści, na których BigTechy zarabiają.
A jesteśmy w środku skomplikowanej gry, której stawką jest właśnie wynagrodzenie za te treści.
W ramach dyrektywy o prawie autorskim z 2019 r. Google został zmuszony do uruchomienia programu ENP - Extended News Previews - czyli płatnej licencji dla wydawców za wyświetlanie ich treści w wyszukiwarce.
Ponad 4 tys. wydawców w 20 krajach UE - w tym wielu w Polsce dla pełnej jasności - już podpisało umowy ENP, choć krytycy mówią wprost: warunki są kompetnie nieprzejrzyste, negocjacje indywidualne, co stawia wydawców w bardzo słabej, rozproszonej pozycji.
W Polsce negocjacje toczą się w trzech grupach wydawców. Spider’s Web, naTemat i Bezprawnik są w grupie Niezależnych Wydawców. Wiem więc dokładnie, jak te rozmowy wyglądają. To Google dyktuje warunki. Kwoty nie są ujawniane publicznie. Stosowane są różne metody zastępcze wokół samej dyrektywy. To w zasadzie nie są negocjacje. To targowanie się z kimś, kto trzyma rękę na kraniku twojego zasięgu.
News Media Europe reprezentujące ponad 2,7 tys. europejskich tytułów prasowych o Google’u mówi wprost - gigant ocenia wartość treści prasowych według kryteriów ustalonych przez siebie i dla siebie, podważając uzasadnione roszczenia wydawców do godziwego wynagrodzenia.
I tu pojawia się kluczowe pytanie - czy podatek cyfrowy ministra Gawkowskiego w jakikolwiek sposób wzmocni pozycję polskich wydawców w tych negocjacjach? Albo czy część wpływów trafi do mediów jako rekompensata za utracony ruch? Na to pytanie projekt ustawy nie odpowiada. A powinien - istnienie w Polsce niezależnych mediów z polskim kapitałem powinno być strategicznym priorytetem dla polskich polityków.
Problem nr 4 - to wciąż wymachiwanie szabelką, a nie realne działanie
Minister cyfryzacji opowiada, że będzie namawiał wszystkich członków rządu do przyjęcia ustawy. W najbliższych tygodniach chce rozmawiać z ministrem finansów Domańskim.
To ostatnie zdanie mówi chyba wszystko o stanie projektu: szef resortu cyfryzacji będzie dopiero rozmawiał z ministrem finansów o kasie. A przecież sam minister Domański w marcu 2025 r. mówił: "nie pracujemy nad podatkiem cyfrowym". W maju 2026 r, z kolei deklarował, że: "będziemy pracować po opublikowaniu projektu". Cóż, brzmi to jak klasyczny rządowy chocholi taniec - nie tak, ale i nie nie.
Podatek od BigTechów cieszy się poparciem społecznym wszędzie, gdzie był badany: w Polsce, we Francji, w Niemczech. Trudno znaleźć wyborców, którzy chcą żeby Google płacił mniej podatków w ich kraju.
Problem w tym, że między poparciem społecznym a działającym podatkiem stoi kilka bardzo konkretnych przeszkód: opór dyplomatyczny USA, ryzyko retaliacji handlowej, skomplikowana inżynieria prawna i pytanie o to, czy Polska może to zrobić skutecznie w pojedynkę.
Czy jedno państwo może działać samodzielnie?
Niby może. Francja robi to w zasadzie od 2019 r. Włochy, Hiszpania, Wielka Brytania też. I żadne z tych państw nie zostało zrujnowane przez amerykańskie cła.
Ale żadne z tych państw nie jest w takiej pozycji negocjacyjnej jak Polska. Francja ma permanentne miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, gospodarkę 3 razy większą od polskiej i długą tradycję stawiania się USA w sprawach handlowych. Wielka Brytania już ma 1,03 mld euro wpływów z podatku cyfrowego i wystarczający rynek, by wytrzymać.
Polska samodzielnie ma znacznie mniejsze szanse na skuteczne opodatkowanie BigTechów niż duże gospodarki europejskie - bądźmy tu realistami. My musimy działać w tym zakresie w pełnej koordynacji z UE. Różne podatki cyfrowe w różnych krajach nie działają dobrze razem - mają różne podstawy opodatkowania i powszechne jest podwójne opodatkowanie tych samych usług. Europejski podatek cyfrowy działałby znacznie efektywniej niż 27 różnych krajowych danin.
No chyba, że chodzi o gonienie króliczka
Minister Gawkowski ma rację, że BigTechy płacą za mało podatków w Polsce. Ma rację, jak mówi pięknie: "zarabiasz na polskich użytkownikach - płacisz w Polsce".
Ale projekt, który:
- nie ma poparcia ministra finansów;
- może wywołać odwet handlowy Trumpa;
- nie zawiera mechanizmu ochrony polskich mediów i twórców;
- Polska próbuje przeprowadzić bez europejskiej koordynacji
to projekt, który może skończyć się tak jak wiele poprzednich prób opodatkowania BigTechów w Europie: głośną deklaracją, cichą ugodą i symbolicznymi wpływami. Chyba że chodzi o to, by zgrywać twardziela dla samego zgrywania. No, ale o to ministra Gawkowskiego przecież nie oskarżamy. Nie oskarżamy, prawda?
31,7 mld zł w 10 lat. Piękna liczba. Na papierze.
Czytaj także:
Zdjęcie główne: Poetra.RH / Shutterstock i sztuczna inteligencja Gemini
Ojciec założyciel i rednacz Spider's Web w jednym. Słynie z bufonowatych tyrad, w których ogłasza prawdę objawioną i jedyną. W Sieci zaczynał pisać, gdy większość Czytelników Spider's Web chodziła jeszcze w pampersach. Wymądrza się głównie na temat biznesu technologicznego, ale tak naprawdę ma wiele do powiedzenia na tematy wszelakie.