Leczymy się na TikToku, choć wiemy, że kłamie. Skala absurdu przeraża
TikTok, Instagram i Facebook stały się gabinetem bez lekarza. Wielu dorosłych podejmuje decyzje zdrowotne po scrollowaniu. To chyba jakiś żart.

Najpierw influencer, potem decyzja o zdrowiu. Nowe badanie pokazuje, że media społecznościowe stały się dla wielu ludzi czymś więcej niż miejscem do oglądania kotów, awantur i przepisów na obiad. Stały się quasi-przychodnią bez lekarza. Najbardziej absurdalne jest nie to, że ludzie widzą w sieci porady zdrowotne. Absurd polega na tym, że większość użytkowników uważa te treści za fałszywe lub mylące, a mimo to spora część i tak podejmuje na ich podstawie realne decyzje dotyczące zdrowia.
Ludzie nie ufają social mediom. I co z tego?
Zespół badaczy związanych z Yale przeanalizował dane z amerykańskiego badania Health Information National Trends Survey z 2024 r. Próba obejmowała 7278 dorosłych i była ważona tak, by reprezentować ok. 262 mln dorosłych mieszkańców USA. To nie jest więc internetowa ankieta zrobiona na kolanie pośród obserwujących jednego konta.
Około 88 proc. dorosłych Amerykanów korzystało z mediów społecznościowych. Większość z nich miała kontakt z treściami zdrowotnymi, a 70 proc. uczestniczyło w internetowych społecznościach związanych ze zdrowiem. To mogą być grupy pacjentów, fora, profile poradnikowe, kanały o diecie, konta o chorobach przewlekłych albo przestrzenie, w których ludzie wymieniają się własnymi doświadczeniami.
Najmocniejszy zgrzyt pojawia się jednak chwilę później. Prawie 80 proc. użytkowników uważało, że informacje zdrowotne w mediach społecznościowych są fałszywe lub mylące. Mimo to ponad 20 proc. przyznało, że podejmowało decyzje zdrowotne na podstawie tego, co zobaczyło na takich platformach. Chyba właśnie to jest sedno problemu. Nie żyjemy w świecie, w którym ludzie bezgranicznie wierzą internetowi. Żyjemy w świecie, w którym ludzie internetowi nie ufają, ale i tak pozwalają mu wpływać na decyzje.
Algorytm nie ma dyplomu, ale ma zasięg
Media społecznościowe nie działają jak podręcznik medycyny ani jak wizyta u lekarza. Nie ma tam uporządkowanej ścieżki diagnostycznej, wywiadu, badania, dokumentacji, przeciwwskazań i odpowiedzialności zawodowej. Jest za to algorytm, który premiuje treści angażujące, proste, emocjonalne i łatwe do skomentowania.
W zdrowiu to szczególnie groźna mieszanka. Dobra medycyna często jest nudna, pełna zastrzeżeń i zależna od kontekstu. Zły filmik zdrowotny jest krótki, pewny siebie i ma obietnicę: zrób to, a problem zniknie. Algorytm nie sprawdza, czy autor ma rację. Sprawdza, czy ludzie zostają przy ekranie.
Właśnie dlatego w social mediach tak dobrze radzą sobie treści o ukrytej przyczynie choroby, cudownych suplementach, prostych trikach, detoksach, hormonach, stanach zapalnych, pasożytach, insulinie, kortyzolu, jelitach i wszystkim, co można opowiedzieć w 30 sekund z miną osoby, która właśnie zdradza zakazaną prawdę.
Jak pisaliśmy w tekście: Na TikToku podszywają się pod lekarzy. Na takie treści trzeba szczególnie uważać, fałszywe porady zdrowotne coraz częściej są opakowane w formę profesjonalnie wyglądającego nagrania. Czasem pojawia się biały fartuch. Czasem deepfake. Czasem spreparowany autorytet. Dla odbiorcy przyzwyczajonego do szybkich treści granica między lekarzem, aktorem i oszustem zaczyna się rozmywać.
Najstarsze grupy też łapią się na social media
Stereotyp podpowiada, że problem dotyczy głównie młodych ludzi, którzy spędzają dzień na TikToku i Instagramie. Badanie pokazuje jednak, że podejmowanie decyzji zdrowotnych pod wpływem mediów społecznościowych było szczególnie widoczne m.in. u osób powyżej 65 lat.
Starsi użytkownicy częściej mają choroby przewlekłe, biorą leki, korzystają z opieki medycznej i szukają odpowiedzi na konkretne problemy. Jeśli trafiają do internetowych społeczności zdrowotnych, mogą znaleźć tam wsparcie, ale też bardzo niebezpieczne skróty myślowe.
Ktoś opisuje objawy i dostaje podpowiedź od obcej osoby. Ktoś widzi film o leku i zaczyna się go bać. Ktoś czyta historię pacjenta, u którego lekarze nie wiedzieli, a suplement pomógł. Ktoś słyszy, że wyniki badań da się poprawić dietą z jednego nagrania. Problem nie polega na samej wymianie doświadczeń. Problem zaczyna się wtedy, gdy doświadczenie nieznajomego człowieka zastępuje diagnozę.
Badacze zwracają uwagę również na osoby z chorobami przewlekłymi. Korzystały one z social mediów bardzo często, choć rzadziej dzieliły się informacjami zdrowotnymi i rzadziej dołączały do społeczności. Część ludzi może biernie konsumować treści zdrowotne, nie zostawiając po sobie wielu śladów.
Internet daje wsparcie, ale miesza je z bzdurami
Internetowe społeczności zdrowotne są wyłącznie złem? Zdecydowanie nie. Dla wielu pacjentów to miejsce, w którym po raz pierwszy spotykają ludzi z podobnym doświadczeniem. Choroba przewlekła, rzadka diagnoza, leczenie onkologiczne, zaburzenia psychiczne, niepełnosprawność albo problemy po zabiegu potrafią izolować. Grupa w sieci może dawać język, poczucie wspólnoty i praktyczne wskazówki.
Problem w tym, że ta sama przestrzeń może produkować fałszywe poczucie kompetencji. Wystarczy kilka historii, kilka wykresów bez kontekstu i twórca, który mówi pewnym głosem. Nagle prywatne doświadczenie zaczyna wyglądać jak wiedza medyczna. A wiedza medyczna zostaje sprowadzona do komentarza pod rolką.
Jak pisaliśmy w tekście: Dilerzy nadziei. Jak influencerzy wciskają nam na potęgę suplementy, zdrowie jest idealnym towarem dla influencerów, bo łączy lęk, nadzieję i obietnicę szybkiej poprawy. Suplement, dieta, aplikacja albo protokół nie muszą być przedstawiane jak lek. Wystarczy sugestia, że ktoś po tym poczuł się lepiej.
To jest właśnie strefa największego ryzyka. Social media rzadko zaczynają od brutalnego kłamstwa. Częściej zaczynają od półprawdy, osobistej historii albo poprawnej informacji wyrwanej z kontekstu. Potem dopiero doklejają produkt, diagnozę albo wniosek, którego medycyna wcale nie potwierdza.
AI dolewa oliwy do ognia
Autorzy badania zwracają uwagę, że współczesny krajobraz mediów społecznościowych jest coraz mocniej kształtowany przez treści generowane przez AI. To oznacza, że problem nie polega już tylko na tym, że ktoś bez kwalifikacji nagrywa filmik o zdrowiu. Teraz takich treści można produkować masowo, szybko i tanio.
AI może wygenerować tekst porady, realistyczny obraz, głos, twarz eksperta, streszczenie badań, które brzmi naukowo, albo cały profil pozornie wiarygodnego twórcy. Odbiorca widzi płynną narrację, schludną grafikę i pewny ton. Nie widzi, że pod spodem może nie być ani lekarza, ani redakcji, ani odpowiedzialności.
Przeczytaj także:
Jak pisaliśmy w tekście: Fałszywi eksperci, sztuczne artykuły, kulawe treści. Tak promuje się bzdury, generatywna sztuczna inteligencja pozwala tworzyć całe farmy treści i pozornie niezależne strony, które powielają te same przekazy. W zdrowiu konsekwencje mogą być szczególnie groźne, bo nie chodzi tylko o poglądy albo kliknięcia. Chodzi o leczenie, diagnostykę i realne zachowania pacjentów.
Najgorsze jest to, że AI może nadać bzdurze ton profesjonalizmu. Dawniej szarlatan musiał przynajmniej sam mówić do kamery. Dziś może dostać skrypt, grafikę, syntetyczny głos i setki wariantów tej samej porady dopasowanej do różnych grup odbiorców.
*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI
O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.