REKLAMA

Jezioro zniknęło, ryby padły. Pilchowice teraz bada prokuratura

Tauron przekonuje, że bez opróżnienia zbiornika nie dało się przeprowadzić koniecznego remontu ponad 100-letniej zapory. Tyle że po tej operacji odłowiono łącznie 15 ton martwych ryb.

Jezioro zniknęło, ryby padły. Pilchowice teraz bada prokuratura
REKLAMA

Spółka Tauron Ekoenergia wzięła na siebie modernizację jednego z najważniejszych obiektów hydrotechnicznych w regionie Dolnego Śląska. Zapora w Pilchowicach ma ponad 100 lat, a według spółki przez blisko 50 lat nie przechodziła kompleksowej modernizacji. Remont ma kosztować blisko 100 mln zł i ma znaczenie nie tylko techniczne, lecz także przeciwpowodziowe.

Tak naprawdę trudno sprowadzić sprawę do prostego zdania: ktoś spuścił wodę i stało się nieszczęście. Zaporę rzeczywiście trzeba utrzymywać w dobrym stanie. To obiekt, który ma chronić ludzi, miejscowości i infrastrukturę przed wielką wodą. Po doświadczeniach powodziowych na Dolnym Śląsku argument bezpieczeństwa ma bezsprzeczny sens.

REKLAMA

Problem polega jednak na tym, że bezpieczeństwo ludzi nie unieważnia automatycznie kosztów środowiskowych. Zbiornik opróżniono, bo wymagały tego prace przy zaporze. Skala strat w życiu wodnym okazała się jednak tak duża, że nie da się jej przykryć samym stwierdzeniem o konieczności remontu.

Jak pisaliśmy w tekście: Woda z Jeziora Pilchowickiego spuszczona. Apokaliptyczny widok, Tauron już wcześniej ostrzegał, że przy całkowitym opróżnianiu zbiornika mogą pojawić się śnięte ryby, namuły i bardzo trudny widok. Rzeczywistość okazała się jednak dla wielu osób jeszcze mocniejsza niż zapowiedzi.

REKLAMA

15 ton martwych ryb i Bóbr pod nadzorem

Po spuszczeniu wody ze zbiornika Pilchowice odłowiono aż 15 ton martwych ryb. Nie chodzi o pojedyncze śnięte sztuki po większym zrzucie wody, ale o masowe zdarzenie, które dotknęło zbiornik i rzekę poniżej zapory.

REKLAMA

Najważniejszym parametrem okazał się tlen. Gdy w wodzie jest go za mało, to ryby i inne organizmy wodne zaczynają się po prostu dusić. W ostatniej fazie opróżniania zbiornika do Bobru trafiły namuły i woda o bardzo złych parametrach tlenowych. Nałożyły się na to wysokie temperatury, a ciepła woda gorzej utrzymuje tlen niż chłodna.

WIOŚ prowadził kontrole i pobierał próbki wody oraz osadów. Początkowe pomiary przy zaporze pokazały skrajnie niski poziom tlenu, późniejsze odczyty wskazywały już poprawę na większości monitorowanych odcinków. To dobra wiadomość, ale nie zmienia tego, co wydarzyło się wcześniej. Ekosystem nie działa jak ekran, który można po prostu odświeżyć po awarii.

REKLAMA

Wojewoda dolnośląski wprowadził czasowy zakaz korzystania z wód Bobru na odcinku od korony zapory Pilchowice do zbiornika Rakowice. Zakaz obejmuje m.in. wchodzenie do wody, kąpiele, pojenie zwierząt, połów ryb, korzystanie z wód do celów gospodarczych oraz używanie jednostek pływających.

Prokuratura sprawdzi, czy ktoś złamał prawo

Prokuratura Rejonowa we Lwówku Śląskim wszczęła śledztwo w sprawie śnięcia ryb po spuszczeniu wody ze zbiornika Pilchowice. Postępowanie ma dotyczyć podejrzenia przestępstwa przeciwko środowisku. Na tym etapie nie oznacza to jeszcze przesądzenia winy. Oznacza jednak, że skala zdarzenia jest na tyle poważna, iż nie wystarczą komunikaty prasowe i wzajemne oskarżenia.

Śledczy mają teraz zabezpieczać dokumentację od inwestora, wykonawcy i organów, które wydawały zgody na poszczególne etapy prac. Kto zatwierdził harmonogram? Jak oceniono ryzyko dla ryb? Czy odłowy zaplanowano wystarczająco wcześnie? Czy można było inaczej rozłożyć tempo spuszczania wody? Jakie warunki środowiskowe uznano za dopuszczalne?

REKLAMA

Tauron zapewnia, że działania były prowadzone zgodnie z prawem, z udziałem właściwych instytucji i ekspertów. Spółka deklaruje też gotowość do przedstawienia dokumentów po zakończeniu działań organów administracji oraz zapowiada wieloletni program rekultywacji, obejmujący odbudowę siedlisk, bioróżnorodności i zarybianie.

To ważne deklaracje, ale dopiero dokumenty i ustalenia pokażą, czy w Pilchowicach mieliśmy do czynienia z tragicznym, lecz nieuniknionym kosztem remontu, czy z błędami planowania, których skutki poniosła rzeka.

Rzeka to nie kanał do odprowadzania problemów

Chyba największy błąd w myśleniu o takich sytuacjach polega na traktowaniu rzeki jak instalacji technicznej. Otwieramy, zamykamy, zrzucamy, regulujemy, a potem sprawdzamy, czy wszystko wróciło do normy. Tyle że rzeka nie jest rurą. To żywy system, w którym woda, osady, tlen, temperatura, ryby, bezkręgowce i mikroorganizmy działają razem.

Przeczytaj także:

REKLAMA

Gdy z opróżnianego zbiornika rusza namuł, problem nie zatrzymuje się pod zaporą. Spływa dalej, zmienia warunki tlenowe, osiada na dnie, wpływa na siedliska i może uderzać w kolejne odcinki rzeki. Śnięte ryby są najbardziej widoczne, bo łatwo je policzyć i sfotografować. Jednak straty mogą dotyczyć również tego, czego nie widać od razu: ikry, larw, bezkręgowców, roślinności i całej struktury życia wodnego.

Jak pisaliśmy w tekście: Tamy bez właściciela to bolączka Polski. Ktoś postawił i zapomniał, bariery na rzekach zmieniają nie tylko możliwość migracji ryb, ale też temperaturę wody, transport osadów, natlenienie i charakter siedlisk. Pilchowice są ekstremalnym przykładem tego samego mechanizmu: decyzja techniczna wykonana w jednym punkcie potrafi przetoczyć się przez cały odcinek rzeki.

REKLAMA
Marcin Kusz
Redaktor

O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA