Tamy bez właściciela to bolączka Polski. Ktoś postawił i zapomniał
Unia chce uwolnić 25 tys. km rzek do 2030 r. Brzmi ambitnie, ale w Polsce ten plan wpada na betonowy mur. Tysiące tam, jazów i progów tkwią w prawnym chaosie, jakby ktoś je kiedyś postawił i zapomniał, że trzeba się nimi jeszcze kiedyś zająć.

Polskie rzeki są pocięte tysiącami sztucznych przeszkód. Część z nich nadal pełni ważne funkcje, ale wiele to stare, zaniedbane konstrukcje bez jasnego właściciela, dokumentacji i sensownego uzasadnienia. Problem nie polega więc tylko na tym, że mamy za dużo tam, jazów i progów. Problem polega na tym, że państwo przez lata nie potrafiło nawet porządnie ustalić, co ma w rzekach i kto za to odpowiada.
Rzeka co kilometr trafia na przeszkodę
Na europejskich rzekach znajduje się obecnie około 1,2 mln sztucznych barier. To oznacza, że niemal na każdy kilometr rzeki przypada jakaś przeszkoda: zapora, jaz, próg, przepust, śluza albo inna konstrukcja zmieniająca naturalny przepływ wody. W Polsce skala problemu również jest ogromna. W różnych opracowaniach pojawiają się liczby rzędu kilkudziesięciu tysięcy takich obiektów.
To nie są wyłącznie wielkie tamy. Duża część barier to małe, stare konstrukcje, które kiedyś miały lokalne znaczenie, ale dziś nikt nie potrafi jasno powiedzieć, po co jeszcze istnieją. Czasem są pozostałością po dawnym młynie, regulacji koryta, małej inwestycji hydrotechnicznej albo melioracji z epoki, w której najważniejszym celem było jak najszybsze odprowadzenie wody.
Dzisiaj wiemy, że to podejście było po prostu krótkowzroczne. Rzeka nie jest rowem technicznym. Jeśli przecina się ją kolejnymi progami, prostuje, obudowuje i odcina od terenów zalewowych, to traci zdolność do samoregulacji. Gorzej przenosi rumowisko, słabiej oczyszcza wodę, trudniej zasila wody gruntowe i staje się mniej odporna zarówno na suszę, jak i na gwałtowne wezbrania.
Najgorsze są obiekty niczyje
Najbardziej absurdalna część problemu dotyczy tak naprawdę barier, które formalnie nie mają jasnego właściciela. To stare tamy, jazy i progi, dla których nie zachowała się dokumentacja albo które nie widnieją w ewidencji Wód Polskich czy Lasów Państwowych. Jest to więc prawna pułapka: konstrukcja stoi, blokuje rzekę, czasem stwarza zagrożenie, ale gmina nie może jej po prostu usunąć, bo nie wie, czyją własność narusza i według jakiej procedury ma działać.
Wszyscy wiedzą, że obiekt jest przestarzały. Wszyscy widzą, że nie pełni już dawnej funkcji. Wszyscy rozumieją, że ryby przez niego nie przejdą, a woda pracuje inaczej niż powinna. A potem zaczyna się administracyjny ping-pong: kto jest właścicielem, kto ma decyzję, kto bierze odpowiedzialność, kto zapłaci i kto podpisze dokument.
Unijne przepisy idą w zupełnie innym kierunku. Nature Restoration Law zakłada przywrócenie co najmniej 25 tys. km europejskich rzek do stanu swobodnego przepływu do 2030 r. Państwa członkowskie mają identyfikować i usuwać bariery, które blokują ciągłość wód powierzchniowych. Polska teoretycznie jest częścią tego samego planu. Praktycznie startuje z wieloletnim opóźnieniem i z bałaganem w papierach.
Renaturyzacja nie znaczy: zburzyć wszystko
Jedni mówią: trzeba przywrócić rzekom swobodny przepływ. Drudzy od razu kontrują: przecież nie da się po prostu zburzyć wszystkich tam, bo potrzebujemy retencji, ochrony przed powodziami, energii i wody dla ludzi. Tyle że to trochę rozmowa obok siebie – nikt rozsądny nie postuluje wyburzania wszystkiego jak leci.
Renaturyzacja oznacza przywracanie rzece tych funkcji, które da się odzyskać bez zwiększania ryzyka dla ludzi. Czasem będzie to usunięcie starego progu. Czasem przebudowa przepustu. Czasem budowa przepławki, czyli konstrukcji pozwalającej rybom ominąć barierę. Czasem odtworzenie terenów zalewowych albo odsunięcie zabezpieczeń od samego koryta. A czasem decyzja, że dany obiekt musi zostać, bo nadal pełni ważną funkcję.
Wody Polskie mówią obecnie o weryfikacji listy 5 tys. barier, które mogą wymagać usunięcia lub przebudowy. To nie znaczy, że 5 tys. obiektów zniknie z rzek. To raczej punkt wyjścia do selekcji: które bariery są naprawdę potrzebne, które można zmodyfikować, a które są tylko betonowym wspomnieniem dawnej gospodarki wodnej.
Ryby płacą pierwsze, ludzie zaraz po nich
Najbardziej oczywistymi ofiarami fragmentacji rzek są ryby migrujące. Jeśli gatunek potrzebuje przepłynąć w górę rzeki na tarło, a co kilka kilometrów trafia na próg lub jaz bez skutecznej przepławki, to jego cykl życiowy zostaje przerwany. To dotyczy nie tylko symbolicznych gatunków, o których lubią mówić przyrodnicy. To dotyczy całej struktury ekosystemu rzecznego.
Jednak problem nie kończy się na rybach. Bariery zmieniają temperaturę wody, transport osadów, natlenienie, tempo przepływu i strukturę siedlisk. Rzeka powyżej progu zaczyna przypominać mały zbiornik, poniżej często się wcina, eroduje albo traci naturalną dynamikę. To uderza w bezkręgowce, rośliny, płazy, ptaki i jakość wody.
Pisaliśmy już o tym szerzej przy okazji Odry. W tekście: Wody Polskie działały na Odrze nielegalnie. Sąd przyznał rację ekologom wracał temat renaturyzacji jako odpowiedzi na osłabienie odporności rzecznego ekosystemu po katastrofie ekologicznej. Po kryzysach często szukamy jednego winnego: trucizny, zrzutu, zakładu, błędu. Tymczasem rzeka, która latami była prostowana, obudowywana i odcinana od naturalnych procesów, gorzej znosi każdy kolejny cios.
Stare bariery nie chronią przed suszą. Czasem ją jeszcze pogłębiają
W Polsce wciąż żywe jest przekonanie, że każda tama, próg czy zbiornik to automatyczny sposób na walkę z suszą. Zatrzymujemy wodę, więc mamy jej więcej. Tyle że w praktyce sprawa jest znacznie bardziej złożona.
Mała, przestarzała bariera może spiętrzać wodę lokalnie, ale jednocześnie przyspieszać problemy w innym miejscu, zaburzać transport osadów, pogarszać warunki siedliskowe i nie mieć większego znaczenia dla realnej retencji krajobrazowej. Prawdziwa odporność na suszę nie polega na tym, że gdzieś postawimy betonowy próg. Polega na tym, że dolina rzeczna, mokradła, gleby i tereny zalewowe potrafią przyjąć wodę, zatrzymać ją i powoli oddawać.
Jednorazowy deszcz nie naprawia suszy, jeśli cały krajobraz jest przystosowany do szybkiego odprowadzania wody. Rzeki potrzebują przestrzeni, a nie tylko kolejnych technicznych protez.
Bobry rozumieją retencję lepiej niż nasze urzędy
Paradoks polega na tym, że naturalna retencja często działa tam, gdzie człowiek najmniej przeszkadza. Pisaliśmy o tym kilka lat temu przy okazji tekstu Rząd wypowiada wojnę bobrom. Ekolodzy mówią, dlaczego to nie ma sensu. Bobry, choć potrafią lokalnie robić kłopoty, zatrzymują wodę w krajobrazie, podnoszą poziom wód gruntowych, spowalniają odpływ i tworzą mozaikę siedlisk.
To nie znaczy, że bobrza tama i stary betonowy jaz są tym samym. Właśnie odwrotnie. Bobrze spiętrzenia są dynamiczne, rozproszone, częścią ekosystemu i zmieniają się w czasie. Betonowa bariera bez właściciela stoi często przez dekady, niezależnie od tego, czy nadal ma sens. Jedna współpracuje z rzeką, druga często ją blokuje.
Polska polityka wodna przez lata wolała beton od procesów naturalnych. Efekt jest taki, że dziś musimy odróżniać obiekty rzeczywiście potrzebne od tych, które są tylko kosztownym reliktem. A to wymaga wiedzy, danych i odwagi administracyjnej.
Europa usuwa bariery, Polska ciągle je liczy
W Europie usuwanie barier rzecznych przyspiesza, ale najnowsze pełne dane nadal dotyczą 2024 r., bo raporty za 2025 r. nie zostały jeszcze opublikowane. W 2024 r. zdemontowano rekordową liczbę takich przeszkód w 23 krajach i wszystko wskazuje na to, że trend wzrostowy się utrzymuje. Najczęściej nie były to wielkie zapory, lecz małe, przestarzałe przepusty, progi i jazy. Właśnie takie obiekty najczęściej da się usunąć najtaniej i z największym szybkim zyskiem dla ekosystemu.
Polska jest na wcześniejszym etapie. Wciąż porządkujemy listy, ewidencje, odpowiedzialność i procedury. To oczywiście trzeba zrobić, bo bez danych łatwo usunąć nie to, co trzeba, albo utknąć w konflikcie lokalnym. Ale czasu jest mało. Unijne plany nie poczekają, aż każdy urząd osobno wymyśli, jak traktować obiekt bez właściciela.
Przeczytaj także:
Chyba najgorsze byłoby teraz udawanie, że temat dotyczy wyłącznie przyrodników i wędkarzy. Rzeki są częścią bezpieczeństwa państwa. Decydują o wodzie w krajobrazie, odporności na suszę, ryzyku powodziowym, jakości ekosystemów i kosztach, które prędzej czy później trafiają do budżetu. Jeśli stara, niczyja bariera blokuje wodę i życie w rzece, to nie jest turystyczna ciekawostka. To element większego systemowego zaniedbania.
Polska nie odkryła problemu wczoraj. O złym stanie rzek, fragmentacji, braku ciągłości ekologicznej i potrzebie renaturyzacji mówi się od lat. Różnica polega na tym, że teraz doszedł twardy unijny termin, a stare zaniedbania zaczęły wyglądać nie jak temat dla konferencji, tylko jak zadanie do wykonania.
*Źródło grafiki wprowadzającej: Jonathan David, Pexels / Canva Pro
O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.