Robot idolem? Tego naprawdę nie mogę zrozumieć
Bycie znanym z tego, że jest się znanym, wchodzi na wyższy poziom.

W jednej z łódzkich restauracji dania podaje kelner-robot. To w zasadzie bardziej autonomiczny wózek kelnerski z tabletem, ale dalej wzbudza ciekawość. Kiedy podjeżdża, goście wyciągają telefony i nagrywają dostawcę. Gdybym mógł, dopłaciłbym za możliwość bycia obsługiwanym wyłącznie przez człowieka. Robot jest dość ślamazarny, a czasami trzeba samemu wstać, aby odebrać talerze.
Obserwując, jak dostojnie porusza się po sali, odnoszę wrażenie, że ludzka załoga też niekoniecznie jest zachwycona popularnym kolegą. Nie z zazdrości. Niby robot, niczym domowy odkurzacz, jest w stanie rozpoznawać przeszkody i nie ładuje się w krzesła ani nie przewraca stolików, to czasami trzeba go przepuścić i poczekać, aż w żółwim tempie pokona krótką trasę. Niekiedy pracownicy nie muszą dźwigać talerzy, więc to jakiś plus, ale i tak podejrzewam, że ludzie wykonaliby jego obowiązki znacznie szybciej i sprawniej.
Czy to nie całkiem zgrabne zobrazowanie sytuacji, którą znamy ze sklepów i wielu innych momentów w życiu? Technologia miała sprawić, że wszystkim nam będzie lepiej, lżej i wygodniej. Nie do końca wyszło, ale ludziom nawet się podoba, więc niech już zostanie, jak jest.
Robot-kelner jest kuzynem Kerfusia. I to nawet najprawdopodobniej starszym, ale to jednak młodszy model zdobył większą sławę. Miał wprawdzie nieco łatwiej, bo spotkać dało się go w wielu sklepach. Choć raczej nie to zadecydowało o sławie. Kerfuś szybko stał się bohaterem memów, filmików i przeróbek, w których niektórzy wyobrażali sobie bliski kontakt z maszyną, a jeszcze inni przewidywali mroczny scenariusz. Robot miałby się zemścić za wszelkie nieśmieszne żarty i pożałowania godne sugestie, wywołując rewolucję.
Wówczas wydawało mi się, że żarty z Kerfusia - i z Kerfusiem! - były bardziej śmiechem przez łzy. Odreagowywano rozczarowanie. Przyszłość miała przynieść wiele wspaniałych rzeczy, a dostaliśmy kryzysy, wojny, wielkie nierówności. No i robota, który serwuje czipsy i napoje.
Zapowiadaliście filmową przyszłość? Proszę bardzo, odegramy wam ją, będziemy zakochiwać się w robocie, słać do niego miłosne listy w postaci przeróbek, odbije nam na jego punkcie. A wszystko to w formie szydery i parodii. Skutecznie obśmiano rozczarowującą, niepoważną i wręcz absurdalną rzeczywistość.
Przekaz został odebrany i zrozumiany, skoro podobne roboty nie wyjechały na alejki innych sklepów, a i po samym Kerfusiu zostało już tylko wspomnienie, jak po dawnej młodzieńczej przyjaźni. Co mimo wszystko wcale nie oznacza, że dano sobie spokój z projektami pod tytułem "robot, twój kolega".
Z Edwardem Warchockim jest jednak zupełnie inaczej. Jeśli dawniej wyobrażano sobie, że robot będzie człowieka zastępował w ciężkich pracach, wyręczał w niewygodnych zadaniach, a w czasie wolnym zapewni przyjemne towarzystwo będąc lekarstwem na samotność, to żadna z tych nadziei się nie spełnia. Warchocki może gwarantuje rozrywkę, ale dość specyficzną.
Uosabia wszelkie negatywne cechy człowieczego celebryctwa
Jest znany z tego, że jest znany. Podobnie jak w wiele innych gwiazdek udowadnia, że jeśli masz pieniądze, pewnie też znajomości i sporo uporu to zdołasz się przebić. A kiedy już będziesz wdrapiesz się na szczyt i zabłyśniesz zasięgami, to trudno będzie cię strącić. Każdy zechce pokazać się przy twoim boku, licząc na to, że jakoś im się to opłaci. Nie ze względu na samą wartość rozmowy, chęci poznania drugiej strony - chodzi wyłącznie o banalne korzyści.
Robot przepędza dziki? Też mi coś, internetowy celebryta zachęca do tego nawet swoją córkę. Chodzi na mecze? Jak wielu Polaków. Spotyka się z politykami? Podobny zaszczyt spada na osoby z plugawymi poglądami i szemranymi aktywnościami. Jest zapraszany do wywiadów? Uruchomcie kamerę, powiedzcie, że Ziemia jest płaska, a niebawem sami będziecie gościć na popularnych kanałach.
My to wszystko doskonale wiemy, więc nie potrzebny był aż tak jaskrawy, sprowadzony do absurdu przykład. Już roi się od osób, które palną każdą głupotę, wykonają szokującą akcję, a wszystko po to, aby na pięć sekund ściągnąć uwagę na siebie.
Edward Warchocki nie robi nic nadzwyczajnego, ba, naśladuje te gorsze cechy, ale to wystarczy
Może mamy więc do czynienia z jakimś eksperymentem? Tak jak reakcje na Kerfusia mogły być ironiczną odpowiedzią na relacje człowieka z technologią, tak Edward przedstawia zwichrowane podejście do wyobrażeń nt. samych robotów. Miały być wśród nas i są, wchodzą na Morskie Oko, przechadzają się po Sejmie. Żadnych z tego korzyści, żadnych ułatwień, jedynie ciekawostka, która nawet nie jest ciekawa. Mamy Black Mirror w domu, w formie parodii i nieśmiesznego performansu.
Historia tego robota wygląda jak z Black Mirror, tyle że w uniwersum rozgrywanym w Świecie Według Kiepskich. Bo przecież aż trudno uwierzyć, że Warchocki doczekał się nie tylko napoju, ale też lodów, które właśnie trafiają do dyskontu.
- Decyzja o zakupie lodów często zapada w kilka sekund, a rozpoznawalność bohatera może mieć kluczowe znaczenie dla wyboru produktu przez dzieci - wyjaśnia Portalowi Spożywczemu Alicja Dąbrowska, odpowiedzialna za rozwój produktów marki Edward Warchocki.
I niby wszystko jest jasne i zrozumiałe, bo przecież od lat młodzi szaleją na punkcie gwiazd internetu, ale też postaci, które tak naprawdę nie istnieją i występują jedynie w filmach, grach, książkach czy komiksach. Nic nowego, ale różnica jest i to wyraźna.
Może współcześni bohaterowie z YouTube'a czy TikToka tak naprawdę wcale nie są chłopakami z sąsiedztwa i niełatwo się z nimi identyfikować, to jednak jakaś więź się związuje. A tu? Zachętą ma być robot goniący dziki? Może na tym polega żart, że można sprzedać wszystko. Wydaje się to być banalnym stwierdzeniem, dawno rozpracowanym, ale jak widać jest jeszcze przestrzeń, aby tę granicę przesuwać.
Irytując się na ten dziwny chwyt marketingowy sam wpadam w sidła absurdu, odgrywając rolę starca, który krzyczy na chmury - lody z robotem, kto by pomyślał!
Może to element spektaklu: ludzie dla hecy będą kupować, inni dla hecy to skomentują, a za chwilę dostaniemy jeszcze jeden dziwaczny, absurdalny projekt. Niech performance trwa.
W Chinach firmy rozwijające wirtualnych partnerów nie mogą już zachęcać do budowania relacji zastępujących kontakty z ludźmi ani wzmacniać nadmiernego przywiązania do cyfrowych postaci. I przyznajcie: wizja osób zjadających się lodami reklamowanymi przez robota w tym kontekście wydaje się być podobną opowieścią, ale w krzywym zwierciadle. W karykaturalny sposób zmagamy się z realnym problemem i zjawiskiem.
Tyle że to wcale nie komedia, a rzeczywistość. Śmiesznie, co?
Zdjęcie główne wygenerowane przy pomocy SI
„Ekstatycznie umiłował morze”, ale mieszka w Łodzi. Lubi pisać o tym, jak technologia wpływa na człowieka, politykę, ekonomię, ekologię, architekturę czy miasta, zastanawiając się przy tym, czy dzięki niej możemy żyć jeśli nie lepiej, to chociaż inaczej. Gra też na Nintendo Switch, a zamiast Xboksa i PlayStation woli Stadię i GeForce Now, bo granie w chmurze to przyszłość.