Autonomiczne auta miały być przyszłością. Pokonały je pachołki
Autonomiczne auta miały jeździć lepiej niż ludzie. Tymczasem Waymo musiało ograniczyć jazdę po autostradach przez pachołki i strefy budowy.

Samochody autonomiczne miały poradzić sobie tam, gdzie człowiek popełnia błędy: nie zasypiać, nie rozpraszać się telefonem, nie ryzykować po alkoholu i nie łamać przepisów dla własnej wygody. A potem na drodze pojawiły się pachołki, zamknięte rampy i strefy robót. I nagle okazało się, że przyszłość transportu potrafi zgubić się w najbardziej ziemskim chaosie.
Waymo obejmuje akcją serwisową aż 3871 robotaxi w USA po serii przypadków, w których autonomiczne samochody wjeżdżały w zamknięte fragmenty autostrad przeznaczone pod roboty drogowe. To nie oznacza, że pojazdy jadą teraz masowo do warsztatów. W świecie autonomicznych taksówek akcja przywoławcza coraz częściej oznacza aktualizację oprogramowania i ograniczenie zakresu działania. Ale sama skala sprawy pokazuje, że autonomiczna jazda nadal potyka się o sytuacje, które dla człowieka bywają irytujące, lecz zwykle czytelne.
Waymo musiało zejść z autostrad
Sam problem dotyczy wybranych pojazdów z systemem autonomicznej jazdy 5. generacji. Według dokumentów regulatora Waymo zidentyfikowało co najmniej 13 przypadków, w których robotaxi wjechały w zamknięte odcinki autostrad lub rampy prowadzące do stref robót. 6 takich zdarzeń miało miejsce w Phoenix w kwietniu, a 7 w rejonie San Francisco w maju.
Po pierwszych analizach firma ograniczyła jazdę po autostradach w Phoenix, a 19 maja wstrzymała wszystkie przejazdy robotaxi po autostradach. Samochody nie zniknęły jednak całkowicie z ulic. Waymo nadal obsługuje przejazdy po drogach lokalnych i miejskich, ale autostrady stały się problemem zbyt poważnym, by dalej traktować go jak zwykły błąd operacyjny.
Pojazdy miały nie rozpoznawać znaków zamknięcia ramp albo stref robót i wjeżdżać tam, gdzie nie powinny. W jednym z opisanych przypadków oprogramowanie miało priorytetowo unikać innych zagrożeń na autostradzie albo nie rozpoznać samej strefy robót. Oznacza to ryzyko wjazdu w obszar wyłączony z ruchu, mimo że oznakowanie wskazuje konieczność zmiany trasy lub zatrzymania się.
Pachołki są większym wyzwaniem, niż mogłoby się nam wydawać
Może i to brzmi trochę zabawnie, ale tylko zanim zaczniemy się nad tym głębiej zastanawiać. Pachołki, tymczasowe znaki, migające światła, robotnicy, radiowóz, objazd czy nagle zamknięty pas tworzą sytuację, która wygląda zupełnie inaczej niż standardowa droga zapisana w mapach. To środowisko, które zmienia się z dnia na dzień, a czasem nawet z godziny na godzinę, i właśnie dlatego bywa tak trudne do odczytania.
Autonomiczne auto musi nie tylko zobaczyć pomarańczowy pachołek. Musi zrozumieć, że pachołek zmienia reguły jazdy. Musi odróżnić zwykły element na poboczu od zamknięcia pasa. Musi ocenić, czy znak dotyczy jego kierunku ruchu, czy innego pasa. Musi rozpoznać, że nawigacja albo wcześniej przygotowana mapa może być już nieaktualna, bo człowiek w kamizelce właśnie przestawił organizację ruchu.
Dla kierowcy oczywiście takie miejsce też bywa trudne. Jest jednak jedna zasadnicza różnica – człowiek rozumie intencję robót drogowych: ktoś coś naprawia, pas jest zamknięty, trzeba szukać objazdu, a pachołki i światła to nie dekoracja. Dla systemu autonomicznego to nadal zestaw bodźców, które trzeba połączyć w jedną interpretację. I właśnie w tej interpretacji pojawia się problem.
Autonomiczne auta nie przegrywają z drogą. Przegrywają z wyjątkami
Waymo ma bardzo mocne argumenty na swoją obronę. Firma podaje, że jej pojazdy przejechały już ponad 170 mln mil autonomicznie i wskazuje na znacznie niższe ryzyko najpoważniejszych wypadków w porównaniu z ludzkimi kierowcami. To nie jest garstka testowych aut kręcących się po parkingu. To jedna z najbardziej zaawansowanych usług robotaxi na świecie.
Problem polega jednak na tym, że jazda autonomiczna nie jest oceniana wyłącznie w idealnych, statystycznych warunkach. Ludzie chcą wiedzieć, co dzieje się w sytuacjach dziwnych, rzadkich i chaotycznych. Na zalanej drodze, przy szkolnym autobusie, przy przebudowie autostrady, w pobliżu placu zabaw czy miejscu, gdzie znaki tymczasowe zmieniły trasę, a mapa już nie nadąża.
Przeczytaj także:
To są tzw. przypadki brzegowe. W teorii występują rzadko. Na dużą skalę pojawiają się jednak cały czas. Jeśli flota rośnie, liczba miast rośnie, a auta zaczynają jeździć w nowych warunkach, rzadki przypadek szybko przestaje być rzadki. Staje się kolejnym punktem na liście rzeczy, które trzeba obsłużyć.
*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI
O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.