"Bandaż częściowo przesłania jej oczy. Bierze głęboki oddech. Migoczące monitory urządzeń medycznych rozpraszają ciemność. Przez drzwi z matowego szkła wpada szare światło z korytarza, na którym chyba coś się dzieje. Ludzie gdzieś biegną, wpadają na siebie. Próbuje poruszyć ręką, ale jej się nie udaje. Przechyla głowę w stronę okna, za którym widzi panoramę płonącego miasta pod ciemnym, spokojnym niebem. Nie słyszy wycia syren ani krzyków. Ostatnie, co udaje się jej dostrzec, to rakieta, która wygląda jak spadająca gwiazda."

(Fragment opowiadania Kasandra ze zbioru Cena tlenu Pauliny Goch-Kenawy)

Takiego świata chcieliście 

Preppersi mieli rację. Choć może nie do końca. Apokalipsa wciąż nie nadeszła, ale "łatwo" to już było. Jak pisałem kiedyś na tych łamach, ostatnim spokojnym rokiem był 2019. Potem przyszedł paraliż pandemii, wojny, powódź fake newsów i rewolucja sztucznej inteligencji. Zostaliśmy z galopującą niepewnością, stanem zawieszenia i pustką. W dobie kryzysów nie szukamy już ratunku w tym, co piękne, ani w miłości – samotność stała się znakiem naszych czasów.

Preppersi radzili gromadzić zapasy wody, żywności, paliwa i gotówki, najlepiej w dolarach. Jak jednak przygotować się na kryzys innego rodzaju? Na dystopię pozbawioną zombie czy grzyba atomowego? Na świat nowoczesnych metropolii, nieustającego rozwoju, doskonałych technologii, leków i narzędzi? Otrzymaliśmy rzeczywistość, o którą nam obiecywały Samy Altamy i Elony Muski tego świata – tyle że w jej głęboko karykaturalnej wersji.

Wyobraź sobie taki poranek. Idziesz do łazienki. Chcesz umyć zęby, ale kran pluje suchym powietrzem. Wyświetlacz na lustrze miga ostrzegawczo: Wykryto próbę poboru wody bez aktywnego pakietu HydroFlex. Twoje konto zostało obciążone kwotą 4,99 za każdy litr próby oszustwa. Cholera. Zapomniałeś, że w tym miesiącu musiałeś wybrać między ciepłym prysznicem a subskrypcją prawa do własnych wspomnień z dzieciństwa. Miałes sentymentalny nastrój, więc wybrałeś wspomnienia (o tym wątku, jak technologia może sterować pamięcią, pisał swego czasu Marek Szymaniak tutaj), więc teraz może i pachniesz lekko zwietrzałą nostalgią, ale za to zęby czyścisz czystą siłą woli i surowym potępieniem systemu. 

Bo w nowoczesnym koszmarze wcale nie brakuje prądu czy wody. Prądu jest aż za dużo, tyle że zasila serwery mielące nasze cyfrowe złudzenia. Woda też jest, ale nie jest dostępna bez ograniczeń. Zresztą samo dojście do rzek czy jezior jest chronione. Oficjalnie z obawy o zamachy terrorystyczne, ale wszyscy wiemy, że na tym zasobie najlepiej się spekuluje. Może i influencerka Andziaks powiedziałaby, że to nic złego; przecież prywatne zawsze lepsze, ale dla miażdżącej większości z nas taki system, taki mokry sen wyborcy Konfederacji, jawi się toksycznie. 

Brzmi absurdalnie, ale  to nie przyszłość; to rzeczywistość, która się stwarza. Jeśli brak wam wyobraźni, polecam gotowe wzorce takiego świata.  Do moich rąk trafił właśnie zbiór opowiadań “Cena tlenu” Pauliny Goch-Kenawy, pisarki, filozofki i badaczki kultury. 

Jej wizja nie straszy zgliszczami czy nuklearyzmem. Pokazuje coś o wiele gorszego: świat, w którym najprostsze, najbardziej oczywiste warunki egzystencji – tlen, woda, a nawet ludzka bliskość – przestają być darem natury, a stają się reglamentowanym zasobem i narzędziem kontroli. Świat pozbawiony solidarności, trzymany w paszczy korporacji, gdzie dominującą narracją jest egoizm.

Ostatni zryw

Wystarczy spojrzeć na ulice współczesnej Europy. Spontaniczne gniewy i protesty, które regularnie wybuchają w miastach Francji, a ostatnio także Hiszpanii czy Włoch, łączy nie tylko gniew, agresja, głupota ale także poczucie niesprawiedliwości. 

To erupcja głębokiej, skumulowanej frustracji. Ludzie czują, że cała ta opowieść o „ciągłym rozwoju” to obietnica bez pokrycia. Oficjalne słupki PKB rosną, technologie tanieją, a zwykły człowiek ma coraz większy problem z opłaceniem czynszu, kupieniem zdrowego jedzenia czy znalezieniem stabilności w świecie chaotycznych kryzysów. Niby wszystko jest możliwe, ale tak naprawdę jest trudne do osiągnięcia. 

Możesz być szczupły. Kup tylko kurację mega drogim lekiem.
Możesz być zdrowy, ale tylko jeśli stać cię na to.
Możesz być wykształcony. O ile zapłacisz horrendalne czesne. 

Możesz biec, aby dogonić "lepsze życie", ale zawsze przegrasz z tymi, którzy "lepiej" się urodzili. Nie chcesz biec? Przepadniesz.

Niegdyś elity i masy żyły osobno, dziś są pod jednym cyfrowym dachem. Dostają codzienną porcję tych samych bodźców, pragnień, marzeń. Jedni mogą sobie pozwolić na bogate życie, drudzy cierpią z powodu biedy. Pierwsi gardzą drugim i, drudzy nienawidzą pierwszych. 

Dystopijny świat Pauliny Goch-Kenawy budują sterylne mieszkania, „troskliwe” państwo, uprzejmi urzędnicy oraz posłuszne społeczeństwo, które straciło zdolność do buntu. Czytając te opowiadania, trudno nie zadać sobie pytania: czy protesty w bogatych, teoretycznie rozwiniętych krajach nie są ostatnim podrywem zbiorowej oporu? 

Przecież wystarczy jeszcze kilka lat uwięzienia przed ekranami, by postępująca polaryzacja całkowicie zniszczyła naszą zdolność do komunikacji. Jak w takim świecie budować wspólnotę? Czy nie grozi nam los biernych konsumentów, grających wyłącznie na własny rachunek ze świadomością, że systemu i tak nie da się pokonać, więc trzeba się z nim po prostu ułożyć?

Kwiaty 

Preppersi z piwnicami pełnymi konserw szukali końca świata pod złym adresem. Prawdziwa dystopia nie wybucha z hukiem syren alarmowych. Ona po prostu płynnie integruje się z naszym codziennym życiem. Jest cicha, dobrze oświetlona, uśmiechnięta z ekranów urządzeń, które miały nas zbawić, a zamiast tego wystawiły fakturę za kolejny oddech.

A po co czytam tę książkę? Dla piękna opowieści. Kocham opowiadania. Ostatnio, w nadmiarze obowiązków, lektur do pracy, tekstów naukowych, na wielkie powieści nie mam czasu. Chętnie czytam za to opowiadania. Obok wspomnianych, do ręki wpadły mi też świetne miniatury Raymonda Carvera ze zbioru "O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości / Katedra". 

Czytałem więc dystopijne opowiadania Paulina Goch-Kenawy i realistyczne do cna próbki Carvera. Dla potrzeby wytchnienia, dla chwili oderwania, dla wspomnianego piękna opowieści. 

Może w imię wiary, którą podzielał poeta Attila József pisząć w wierszu "Chcę być ogrodnikiem":

Bardzo, bardzo tego trzeba
pod każdym zakątkiem nieba
gdy świat dojdzie do zatraty
niechże ma na grobie kwiaty.