"Suwerenność oznacza zdolność do ustalania, kto się liczy, a kto nie,
kogo można się pozbyć, a kogo nie."
Achille Mbembe "Nekropolityka"
Tekst jest czwartą częścią cyklu "Technofaszyzm – coming out Doliny Krzemowej".
Całość ukazuje się w odcinkach na łamach magazynu Spider's Web+.
Jeźdźcy – prolog
Czternastego października 2024 roku na Arlington Memorial Bridge w Waszyngtonie pojawili się jeźdźcy. Wyruszyli dwa miesiące wcześniej spod Golden Gate i przejechali kontynent konno, mniej więcej wzdłuż linii, którą półtora wieku wcześniej wytyczyła kolej transkontynentalna. Nazwali to Trail of Truth, Szlak Prawdy. Przyjechali po wpis do rejestru, nie po ziemię czy pieniądze.
Plemię Muwékma Ohlone liczy dziś nieco ponad sześciuset zarejestrowanych członków, a w momencie kontaktu z Hiszpanami ludów mówiących językami ohlone było w rejonie Zatoki San Francisco około trzydziestu tysięcy. Bureau of Indian Affairs prowadzi listę pięciuset siedemdziesięciu czterech plemion uznanych przez rząd federalny, ale Muwékma na tej liście nie ma. Nie brakuje im dowodów na ciągłość genealogiczną, lecz wiersza w federalnym rejestrze.
Jeźdźcy wyruszyli z Palo Alto. Biegnie tamtędy Sand Hill Road, droga wzdłuż granicy kampusu Uniwersytetu Stanforda, bywa nazywana najdroższą ulicą świata, choć nie chodzi o ceny mieszkań. Pod tymi adresami mają siedziby Sequoia Capital, Kleiner Perkins i Andreessen Horowitz. To stąd wyszły pierwsze pieniądze na Apple'a, Amazona i Google'a. Niskie budynki, ładnie utrzymane żywopłoty, dyskretne tabliczki. A po południowej stronie tej ulicy, na gruncie uniwersytetu, leży cmentarz, z którego między 1987 a 2004 rokiem wydobyto szczątki co najmniej dwudziestu siedmiu Ohlone wraz z darami grobowymi.
Kiedy trzeba było wpisać to miejsce do dokumentacji, Muwékma stanęli przed problemem, którego nikt się nie spodziewał. Dawna nazwa cmentarza nie zachowała się. Przepadła razem z językiem i z ludźmi, którzy ją znali, a jedynym trwałym punktem odniesienia w terenie była droga. Przetłumaczyli więc jej nazwę i miejsce pochówku ich przodków figuruje dziś jako Yuki Kutsuimi Šaatoš Inūxw, "miejsce przy piaszczystym wzgórzu". Groby noszą dzisiaj nazwę drogi, którą po nich poprowadzono.
Jak więc znika lud, który jednak istnieje? W 1925 roku etnolog z Berkeley Alfred Kroeber opublikował monumentalne opracowanie o Indianach Kalifornii i przy grupie znanej rządowi jako Verona Band of Alameda County postawił adnotację: wymarli. Dwa lata później Lafayette Dorrington, urzędnik agencji indiańskiej w Sacramento, sporządzał dla Kongresu listę plemion kwalifikujących się do przydziału ziemi i Verona Band na niej nie umieścił. Żaden akt Kongresu nigdy nie odebrał temu plemieniu statusu. Nie było ustawy, procedury ani odwołania – był tylko przypis w monografii naukowej i pominięcie w jednym z formularzy.
Żeby usunąć grupę ludzi i móc potem spać spokojnie, potrzeba trzech rzeczy i właśnie o tym jest ten rozdział. Potrzeba rejestru, który rozstrzygnie, kto się liczy, a kto nie – listy, formularza czy kategorii prawnej. Potrzeba opowieści, która wyjaśni, dlaczego akurat ci ludzie są zbędni, przy czym będzie to zawsze opowieść o nich, a nie o systemie. I potrzeba znieczulenia: takiej reorganizacji pracy, żeby człowiek, który ją wykonuje, nie musiał widzieć i odczuwać, co właśnie robi.
Historycznie każdy z tych elementów wymagał ludzkiego wysiłku przez pokolenia. Rejestr prowadzili urzędnicy, opowieść roznosiła prasa, szkoła i kino, a znieczulenie budowano latami, zmieniając procedury i fachowy język. Są w eseju o technofaszyzmie z jednego powodu: wszystkie trzy ewoluują do postaci zautomatyzowanej, za chwilę być może wręcz autonomicznej, i każda wymaga coraz mniejszej ludzkiej intencji.
W 1985 roku San Jose pompowało miliony w rewitalizację centrum, licząc, że ściągnie tam siedzibę Apple. Podczas wykopów wynajęta firma archeologiczna znalazła ludzkie kości – przodków Muwékma. Członkowie plemienia zaprotestowali, choć oficjalnie nie istnieli, ale miasto i wykonawca odmówili wstrzymania prac, bo w grze były miliardy. Wykopaliska zatrzymały się dopiero wtedy, gdy przewodnicząca rady plemiennej Rosemary Cambra uderzyła kierującego pracami archeologa łopatą.
Malcolm Harris, autor głośnej książki "Palo Alto" (polskim wydawcą są Prześwity), kwituje tę scenę jednym zdaniem: bez względu na to, co twierdzi rząd federalny, można tylko przez pewien czas odmawiać uznania istnienia kogoś, kto akurat bije nas łopatą. Cambrę oskarżono o napaść z zamiarem zabójstwa; wynegocjowała kwalifikację czynu jako zwykłą napaść i odbyła rok kary w weekendy, żeby w dni powszednie opiekować się trójką dzieci.
Rzadko kiedy nazywa się to zresztą wymazywaniem. Poprawność polityczna podpowiada raczej "niesienie postępu" albo "rewitalizację terenu".
Członkowie plemienia Muwekma Ohlone. Fotografia: Wikimedia / Pax Ahimsa Gethen
Malarski deepfake
Manu Karuka w książce "Empire's Tracks" pokazuje, że amerykańskie linie kolejowe były przede wszystkim infrastrukturą wojskową, a dopiero potem gospodarczą. Pierwsi inżynierowie kolejowi pochodzili z armii, więc źródeł biurokracji zarządczej, uznawanej dziś za znak firmowy nowoczesnej korporacji, należy szukać w amerykańskim wojsku. Już w latach czterdziestych XIX wieku promotorzy kolei szkicowali sieci linii przeznaczone do okupacji ziem rdzennych, a Karuka wskazuje przy tym na rzecz istotną: wyceniali wartość wymienną ziemi Indian, zanim jeszcze ktokolwiek objął nad nią jurysdykcję. Ówczesny arkusz kalkulacyjny wyprzedzał podbój o dobre kilka lat.
W styczniu 1862 roku Leland Stanford, po zaprzysiężeniu na gubernatora Kalifornii, wezwał legislaturę do zniechęcania Chińczyków do przyjazdu, nazwał ich ludem zdegenerowanym i mówił o nich jako o mętach, które Azja wysyła na amerykańskie brzegi. Kilka miesięcy później podpisał ustawę nakładającą podatek policyjny na każdą osobę "pochodzenia mongolskiego".
Chwilę później ruszyła fala inwestycji kolejowych i okazało się, że biali robotnicy uciekają do kopalń złota. Wtedy Stanford-polityk ustąpił miejsca Stanfordowi-kapitaliście. Już w październiku 1865 roku, w oficjalnym raporcie dla prezydenta Andrew Johnsona, opisywał Chińczyków jako spokojnych, cierpliwych, pracowitych i oszczędnych, równie wydajnych jak biali, a przy tym ostrożniejszych i tańszych. Na krótko przed śmiercią w 1893 roku potępił publicznie dyskryminacyjną ustawę Geary Act i stawiał ich za wzór białym Amerykanom. Nie było to nawrócenie, tylko ekonomiczny bilans. Kiedy Chińczycy byli konkurencją dla wyborców, Stanford nazywał ich rasą gorszą. Kiedy stali się warunkiem ukończenia inwestycji, nazywał ich wzorem.
Tę dwulicowość można zobaczyć dosłownie. W 1877 roku Stanford zamówił u Thomasa Hilla płótno upamiętniające wbicie ostatniego, złotego gwoździa kolei transkontynentalnej w Promontory w stanie Utah. Hill pracował nad nim cztery lata. Powstało płótno o szerokości blisko czterech metrów, na którym w pierwszym planie, oparty o młot, w surducie, w pozie człowieka, który nie musi się nikomu przedstawiać, stoi Leland Stanford. Wokół niego około czterystu postaci. Stanford osobiście decydował, kto ma się na obrazie znaleźć i jak blisko niego stać, a Hill musiał pod jego dyktando przestawiać ludzi.
W 1867 roku Chińczycy stanowili ponad dziewięćdziesiąt procent siły roboczej Central Pacific. Na tym obrazie nie ma ani jednego z nich – poza dwiema klęczącymi, podporządkowanymi postaciami, świadkami triumfu białych baronów, którzy nie wykonali żadnej pracy fizycznej, a spijali całą chwałę. Te dwie postaci były tam w charakterze triumfalnego ornamentu.
W szczycie prac zatrudniano od dwunastu do piętnastu tysięcy Chińczyków. Zarabiali od trzydziestu do pięćdziesięciu procent mniej niż biali robotnicy i dodatkowo sami opłacali sobie wyżywienie. To przede wszystkim ich spuszczano na linach w wiklinowych koszach wzdłuż granitowych ścian Sierra Nevada, gdzie na przylądku Cape Horn skała opada niemal czterysta metrów wprost do rzeki. Robotnik wiszący w koszu musiał wykuć w ścianie otwór, umieścić ładunek, podpalić lont i dać znak ludziom na górze, żeby zdążyli go wciągnąć, zanim nastąpi eksplozja. To im powierzano nitroglicerynę, kiedy biali odmawiali. Biali mieli wybór, bo stali wyżej w hierarchii płac i mogli odejść do kopalń. Chińczycy wyboru nie mieli.
Według niektórych szacunków zginęło blisko dziesięć procent tej załogi. Ewidencji zgonów nie prowadzono i wiemy, ile ich było, tylko dlatego, że zgodnie ze zwyczajem szczątki zmarłych wysyłano do rodzinnych wiosek w Guangdongu, a ktoś policzył ten ładunek. Około dwudziestu tysięcy funtów kości. Dziewięć ton odesłanych ludzkich szczątków.
Ale najważniejsze w tym obrazie nie jest to, kogo na nim brakuje, lecz to, kto na nim jest. Hill umieścił bowiem na płótnie ludzi, których w Promontory nie było – między innymi Theodore'a Judaha, inżyniera, który wymyślił całe przedsięwzięcie i zmarł sześć lat przed uroczystością. Nie tylko pominął większość uczestników, ale wstawił w ich miejsce nieobecnych. Powielony litograficznie obraz rozesłano po kraju i to on utrwalił się jako zapis wydarzenia. Nie było w tym żadnego przeoczenia.
Znamienną puentą jest to, że Stanford ostatecznie odmówił za obraz zapłaty. Na tym płótnie toczyła się walka o to, kto ma prawo być widzialny, i przegrali ją wszyscy oprócz człowieka, który nie zapłacił rachunku.
Chińscy pracownicy Central Pacific. Fotografia: Wikimedia Commons
Nadwyżka
Obraz Hilla przygotowywał wersję wydarzeń, jaka miała nastąpić za chwilę. Chińscy robotnicy byli nieodzowni do maja 1869 roku – Collis Huntington, jeden z Wielkiej Czwórki Central Pacific, pisał w trakcie budowy, że byłoby lepiej dla firmy, gdyby w 1868 roku przyjechało ich pół miliona. Ale cztery lata po ukończeniu torów przyszedł krach 1873 roku, zapoczątkowany bankructwem banku, który przeinwestował – kolejny gorzki chichot historii – w akcje kolei.
Chińscy imigranci byli potrzebni, dopóki trwała budowa. Po jej zakończeniu przestali być aktywem i przeszli na stronę kosztów.
Alexander Saxton w publikacji "The Indispensable Enemy" podważa jednak wygodną wersję tej historii, jaka automatycznie przychodzi na myśl. Właściciele kapitału bronili taniej siły roboczej i wykluczeniu się sprzeciwiali. Motorem nagonki była zorganizowana biała klasa robotnicza: związki zawodowe, prasa robotnicza i Partia Robotnicza Denisa Kearneya. Chińczycy byli nieodzowni podwójnie: jako atrakcyjna siła robocza dla przemysłu i jako łatwy do wskazania wróg, wokół którego mogła się uformować solidarność białych pracowników. Jest to wersja znacznie mniej wygodna niż opowieść o chciwych elitach i znacznie trudniejsza do odrzucenia, bo pokazuje, że wymazywanie potrzebuje specyficznej koalicji: kogoś, kto zarabia, i kogoś, kto się boi.
Andrew Gyory pokazuje przy tym, co zrobiono z językiem. Robotnicy w petycjach rozróżniali dwie rzeczy: dobrowolną imigrację, przeciwko której nie protestowali, oraz kontraktową importację – ludzi sprowadzanych przez korporacje na poczet długu za bilet i wyżywienie, którymi następnie łamano strajki. Politycy skasowali to rozróżnienie jednym ruchem: skoro w Chinach panuje niewolnictwo, to każdy Chińczyk jest niewolnikiem z natury. Spór o warunki pracy zamienił się w ten sposób w spór o to, kto ma prawo tu być. Przemysł sprowadził tych ludzi do kraju, białe związki uczyniły z nich wroga, a politycy nadali wykluczeniu formę ustawy.
Można by przypuszczać, że takie wykluczenie przechodzi od razu w prawo fizycznego wypędzenia, ale prawdziwa kolejność była inna. Beth Lew-Williams w "The Chinese Must Go" pokazuje, że ustawa z 1882 roku, którą wszyscy dziś nazywają Chinese Exclusion Act, w rzeczywistości nazywała się Chinese Restriction Act i była tylko tymczasowym kompromisem. Z punktu widzenia jej zwolenników okazała się nieskuteczna, więc mieszkańcy wzięli sprawy w swoje ręce. W latach 1885 i 1886 co najmniej sto sześćdziesiąt osiem miejscowości na amerykańskim Zachodzie po prostu wypędziło swoich chińskich mieszkańców. To nie była pojedyncza masakra, którą dałoby się zapamiętać pod jedną nazwą, tylko sto sześćdziesiąt osiem miejscowości w ciągu dwóch lat.
Trzeciego listopada 1885 roku w Tacoma w Terytorium Waszyngtonu tłum przyszedł po Chińczyków. Jeden z zaatakowanych, Tak Nam, próbował protestować, a tłum odpowiedział mu jednym głosem: wszyscy Chińczycy, macie się wynosić. Wszyscy. Tak Nam mieszkał w Tacomie od dziewięciu lat, a w Stanach Zjednoczonych od trzydziestu trzech. Inne miasta nazwały potem operację z Tacomy "modelowym wzorem". Kongres przeszedł od tymczasowego ograniczenia do bezterminowego wykluczenia dopiero w 1888 roku. Ustawa nie zapoczątkowała więc niczego – zatwierdziła stan, który niedawni sąsiedzi Chińczyków zdążyli już stworzyć sami, bez niczyjego pozwolenia.
Lew-Williams zwraca uwagę na jeszcze jedną rzecz, która łączy się z pierwszymi stronami tego rozdziału. Czternasta poprawka, ratyfikowana w 1868 roku, konstruowała właśnie nowoczesne obywatelstwo federalne. Ameryka wtedy wymyślała obywatela – i na potrzeby tej samej operacji musiała wymyślić obcego. Bo jedno nie działa bez drugiego. Żeby istniał rejestr tych, którzy się liczą, musi równocześnie powstać kategoria tych, którzy się nie liczą. Lew-Williams pisze to wprost: rejestr obywateli od pierwszego dnia wymagał drugiej listy.
Nie każde wypędzenie było przy tym krwawe. Wywieszano terminy, do kiedy Chińczycy mają opuścić miasto, przemilczając wymownie, co się stanie w razie niezastosowania się. Ogłaszano bojkot chińskich pracowników i czekano, aż zacznie się głód. Lew-Williams stwierdza jasno: to również była przemoc rasowa. Nie wydano rozkazu deportacji, ale stworzono warunki, w których pozostanie przestawało być możliwe, a wyjazd kwalifikowano jako dobrowolny. Metoda embarga nie wymaga bowiem rozkazu ani wyroku, a jej największą zaletą jest to, że nie zostawia dokumentu. Rozkaz deportacyjny da się kiedyś odnaleźć w archiwum. Embargo to tylko brak transakcji, a brak transakcji nie zostawia śladu.
A jednak nie byli bezwolną masą. W 1892 roku Kongres uchwalił ustawę wymagającą od chińskich mieszkańców noszenia przy sobie kart identyfikacyjnych ze zdjęciem, a Chińczycy nazywali to "prawem psiego nieśmiertelnika", odnosząc się do znaczka przypinanego do obroży psa, który chronił go przed hyclem. Brak dokumentu oznaczał aresztowanie i wyrok ciężkich robót albo deportację. Rok później ponad sto tysięcy chińskich Amerykanów odmówiło przyjęcia tych kart i było to największe masowe nieposłuszeństwo obywatelskie w ówczesnych dziejach Stanów Zjednoczonych.
Sto trzydzieści jeden lat później Muwékma przejadą kontynent, domagając się wpisu, bez którego państwo ich nie uznaje. Nie ma w tym sprzeczności. Chińscy mieszkańcy odmawiali rejestracji, bo rejestr miał ich wypchnąć z kraju; Muwékma domagają się rejestracji, bo bez niej państwo ich nie widzi. Sprzeciw przybrał przeciwne formy, ponieważ to samo narzędzie raz służy do wyrzucania, a raz do przemilczania.
Zwłoki bez duszy
Żeby zabrać komuś ziemię i nie uchodzić przy tym za złodzieja, trzeba najpierw znaleźć formułę, która stwierdzi, że ziemia jest niczyja. Purytanie z Nowej Anglii musieli wytłumaczyć – sobie, koronie i sąsiadom – na jakiej podstawie zajmują ziemię, na której ktoś mieszka. Rozwiązaniem okazał się łaciński termin, którego użył gubernator kolonii Massachusetts, John Winthrop: vacuum domicilium. Pusty dom.
Prawnicy dysponowali już wtedy pojęciem terra nullius, ale vacuum domicilium nie należało do słownika prawniczego i miało zupełnie inne pochodzenie, na które Greg Grandin zwraca uwagę z wyraźnym niesmakiem. W teologii nie oznaczało ono pustego budynku, tylko ciało, które opuściła dusza. Zwłoki. Tak właśnie mówiono o człowieku w chwili śmierci: dom stoi, mieszkaniec wyszedł, można wejść. Winthrop wziął to wyrażenie z języka opisującego umieranie i przełożył je na tytuł prawny do kontynentu. Purytański duchowny John Cotton rozwinął to w formułę o zdumiewającym bezwstydzie: ziemia może być zajęta, nawet jeśli nie jest "całkowicie pozbawiona mieszkańców, lecz pusta w tym miejscu, gdzie oni przebywają". Pusta tam, gdzie mieszkają.
A skąd wiadomo, że dom jest pusty? Stąd, że wcześniej wymarli w nim ludzie. Winthrop pisał, że Bóg strawił tubylców cudowną zarazą, a król Jakub I w przywileju nadanym Kompanii Plymouth uczcił – słowo w słowo – „cudowną zarazę”. Epidemia jako pozycja w akcie prawnym.
Winthrop jest autorem także innego zdania, które zna w Ameryce każdy. W 1630 roku wygłosił kazanie, w którym zapowiedział osadnikom, że będą "miastem na wzgórzu" i że oczy wszystkich ludzi będą na nich zwrócone. Sięgali po tę frazę Kennedy, Reagan i Obama; to zdanie, którym Ameryka opowiada sobie, kim jest. Ten sam człowiek, w tej samej dekadzie, napisał też, że dom jest pusty. Frazę o mieście na wzgórzu recytują prezydenci. Vacuum domicilium wykonywało mniej widowiskową pracę w podręcznikach prawa własności.
Winthrop spotyka się z indiańskim wojownikiem z plemienia Narragansett, ok. 1631–1639. Obraz nieznanego autorstwa
Australijski badacz Patrick Wolfe nazwał to zjawisko precyzyjnie: logiką eliminacji. Kolonializm osadniczy nie chce rządzić tubylcami, tylko zastąpić ich społeczeństwo własnym, a inwazja nie jest w nim wydarzeniem, lecz strukturą – nie kończy się w dniu podboju, bo dopóki eliminacja nie jest całkowita, projekt będzie dążył do jej dokończenia. Ilan Pappé, przenosząc tę kategorię na Palestynę, dopowiada resztę jednym zdaniem: "Ziemia nigdy nie jest pusta. To osadnicy ją pustoszą."
Dom nie zostaje więc znaleziony pusty. Zostaje opróżniony. Klasyczny kolonialista uważał, że niesie cywilizację ludziom; osadniczy – że unowocześnia ziemię, a ludzie są tylko niedogodnością na drodze do zasobu.
W lutym 2026 roku, podczas szczytu AI Impact Summit w Indiach, Sama Altmana zapytano o ślad środowiskowy sztucznej inteligencji. Doniesienia o zużyciu wody przez centra danych odrzucił jako całkowicie nieprawdziwe. Na pytanie o energię – zadane w nawiązaniu do uwagi Billa Gatesa, że ludzki mózg myśli oszczędniej niż jakikolwiek model – odpowiedział, że porównanie jest nieuczciwe, bo "wytrenowanie człowieka też dużo kosztuje energii": dwadzieścia lat życia i całe jedzenie zjedzone w tym czasie, zanim człowiek zmądrzeje. Dorzucił jeszcze sto miliardów ludzi, którzy kiedykolwiek żyli, żeby na końcu tego procesu powstał ktoś taki jak my. Zmierzone w ten sposób, dodał, AI wypada już prawdopodobnie korzystniej.
To jest obrona technologii prowadzona w osobliwy sposób: żeby wypadła korzystnie, trzeba najpierw wycenić człowieka. Dwadzieścia lat inwestycji, koszty utrzymania i stulecia ewolucji po stronie nakładów, jedna odpowiedź na zapytanie po stronie przychodów. Sto sześćdziesiąt lat po Promontory zasobem jest prąd i woda, a niedogodnością – my.
Indianie Palestyny
W 1982 roku Gilles Deleuze rozmawiał z palestyńskim historykiem Eliasem Sanbarem, a rozmowa, później spisana nosiła tytuł "Indianie Palestyny". Sanbar uznał wtedy porównanie za trafne i dorzucił uwagę o osobliwym charakterze palestyńskiego wygnania, w którym nie wygnano ich ku obcym ziemiom, lecz w okolice własnego domu. To jest dokładna definicja rezerwatu: widzisz swoją ziemię, ale nie możesz na nią wejść.
Analogia historyczna bywa jednak narzędziem, które kaleczy trzymającego, bo spłaszcza różnice i podstawia jedną tragedię pod drugą, jakby były wymienne. Nakba nie jest Szlakiem Łez, a Gaza w 2026 roku nie jest Promontory w 1869. Metodę porównania biorę więc ze zbiorowego opracowania "Apartheid Israel: The Politics of an Analogy", gdzie sformułowano standard, który przyjmuję: porównania rzadko bywają dosłowne, ale pozwalają dostrzec powtarzalne schematy, a przy okazji ujawniają różnice. Żądanie, by przypadki były identyczne, jest argumentem, którym da się unieważnić dowolne porównanie w historiografii. Nikt nie twierdzi, że są identyczne. Twierdzi się, że jedno pozwala coś zobaczyć w drugim.
A widać dzięki temu rzecz, która jest osią całego rozdziału. Gospodarka apartheidu w RPA stała na pracy czarnych robotników i dlatego ich potrzebowała. Biała mniejszość mogła odebrać im prawa polityczne i swobodę poruszania się, ale nie mogła ich usunąć, bo usunięcie ich oznaczało zatrzymanie własnej gospodarki. Bantustan nie był pustką. Był poczekalnią dla siły roboczej.
Wczesny syjonizm poszedł w odwrotną stronę. Od czasów drugiej aliji obowiązywała w nim zasada awoda iwrit – praca hebrajska, nazywana też „podbojem pracy": kampania na rzecz zastępowania tańszych robotników arabskich robotnikami żydowskimi, prowadzona wbrew rachunkowi ekonomicznemu, bo „Arab był tańszy". Po 1967 roku robotnicy z terytoriów okupowanych stali się co prawda istotną częścią izraelskiego budownictwa i rolnictwa, ale ta zależność okazała się odwracalna i została odwrócona: po pierwszej intifadzie zaczęto sprowadzać pracowników z Tajlandii, Rumunii, Chin i Filipin, a system przepustek zamienił palestyńską pracę w kurek, który wolno zakręcić w dowolnym momencie.
Działa tu ten sam zegar co przy chińskich robotnikach. Dopóki gospodarka zależy od czyjejś pracy, całkowite usunięcie tych ludzi pozostaje dla niej kosztowne. Gdy pracę można zastąpić, bariera znika, a usunięcie staje się zwykłą pozycją w budżecie. Apartheid politycznie wyklucza ludzi, których gospodarka nadal potrzebuje. Logika eliminacji staje się możliwa dopiero wtedy, gdy ich pracę można czymś zastąpić.
Łączenie tak odległych wydarzeń jednym schematem może zresztą budzić uzasadniony opór. Nie narzucam go jednak z zewnątrz. Ten schemat został wyłożony przez samych zainteresowanych, otwarcie, na piśmie, w epoce, w której nie było jeszcze w tym nic wstydliwego.
W 1923 roku Ze'ew Żabotyński – założyciel nurtu rewizjonistycznego, z którego wywodzą się Menachem Begin, Icchak Szamir, Ariel Szaron i Binjamin Netanjahu – napisał tekst, który Rashid Khalidi cytuje w "The Hundred Years' War on Palestine" jako najuczciwszy dokument całej sprawy. Żabotyński stwierdził w nim, że każda ludność tubylcza na świecie stawia opór kolonistom tak długo, jak długo ma choćby iskrę nadziei, że zdoła się od nich uwolnić, i że dokładnie to robią Arabowie w Palestynie. Wniosek był praktyczny: kolonizacja syjonistyczna może się rozwijać wyłącznie pod ochroną siły niezależnej od ludności tubylczej, za żelazną ścianą, której ta ludność nie zdoła przełamać.
Sam nazywał ten proces kolonizacją, bez jakichkolwiek późniejszych eufemizmów o osadnictwie czy „powrocie”. I nie było to prywatne wyznanie ekstremisty: najważniejsza instytucja finansowa całego przedsięwzięcia, ta, która umożliwiła wykup ziemi i utrzymanie pierwszych osad, nazywała się Jewish Colonization Association. Żydowskie Stowarzyszenie Kolonizacyjne. Nazwę zmieniono dopiero w 1924 roku, i to tylko przez dopisanie słowa „Palestine”.
Zostaje jeszcze hasło, w którym całe to przedsięwzięcie się streszcza: ziemia bez ludu dla ludu bez ziemi. Nie jest ono syjonistyczne. Padło po raz pierwszy prawdopodobnie w 1839 roku na łamach "Timesa", z ust lorda Shaftesbury'ego, brytyjskiego arystokraty, który w Palestynie nigdy nie był – była to fantazja w pełni chrześcijańska i anglosaska, w której Żydzi faktycznie zamieszkujący Bliski Wschód nie mieli żadnego udziału. Andreas Malm liczy dokładnie: Palestyńczyków usunięto metaforycznie sto osiemdziesiąt trzy lata przed obecną wojną. Winthrop i Shaftesbury pisali w tym samym języku, w odstępie dwustu lat, o dwóch różnych krajach, w których akurat mieszkali ludzie.
Mur w Palestynie, Zachodni Brzeg, 2009 rok, autor zdjecia nieznany.
Zieleń, która zabija
Skąd w ogóle wiadomo było, które wsie zniszczyć? Odpowiedź leży w kartotekach. Od 1940 roku Hagana prowadziła przedsięwzięcie znane jako kartoteki wsi. Drużyny młodych harcerzy objeżdżały arabskie wsie Palestyny pod pretekstem lekcji przyrody i wycieczek krajoznawczych, a wywiad Hagany, komórka o nazwie Szaj, systematycznie porządkował zebrane informacje. Do 1948 roku opisano w ten sposób około tysiąca wsi i dzielnic.
Pojedyncza teczka zawierała położenie topograficzne, drogi dojazdowe, jakość ziemi, źródła wody, skład społeczny i polityczny, nazwiska muchtarów oraz stosunki z sąsiednimi wsiami. Do tego wiek poszczególnych mężczyzn w przedziale od szesnastu do pięćdziesięciu lat i zdjęcia lotnicze. I jeszcze jedna pozycja: indeks wrogości, przypisywany każdej wsi na podstawie tego, w jakim stopniu uczestniczyła w arabskim powstaniu lat 1936–1939, wraz z imienną listą uczestników.
Zestawmy to z czymś, do czego jeszcze wrócę. W 2023 i 2024 roku izraelska armia typowała cele w Gazie przy pomocy systemu sztucznej inteligencji o nazwie Lavender. System przypisuje ludziom punktację, oznacza mężczyzn i wpisuje ich na listę. Kartoteka wsi przypisywała punktację, oznaczała mężczyzn w przedziale wieku i wpisywała ich na listę. Różnica polega na nośniku: tam serwerownia, tu zielone karty katalogowe w segregatorach sztabu. Osiemdziesiąt lat wcześniej, ręcznie, ktoś zbudował Lavendera z papieru.
Pomysł kartotek nie wyszedł zresztą od wojskowych. Zgłosił go w 1940 roku Ben-Cijon Luria, historyk z Uniwersytetu Hebrajskiego, i zgłosił go pisemnie – Żydowskiemu Funduszowi Narodowemu, uzasadniając, że przedsięwzięcie bardzo pomoże w odzyskiwaniu ziemi. Po 1948 roku z mapy zniknęło ponad czterysta palestyńskich wsi i ktoś musiał zdecydować, co stanie na ich miejscu. Decydował Wydział Osadnictwa tego samego Funduszu, a jego szef Josef Weitz informował rząd już w czerwcu 1948 roku, że rozpoczęto operację oczyszczania terenów wsi, a na części z nich powstaną parki. Weitz donosił przy tym z dumą, że widok traktorów niszczących całe wioski wcale go nie wzrusza.
Fundusz, który osiem lat wcześniej przyjął zamówienie na spis wsi, sadził teraz drzewa na ich gruzach. Baza danych i las powstały w tym samym biurze. Całą operację przedstawiono światu jako przedsięwzięcie ekologiczne i Żydowski Fundusz Narodowy jest do dziś postrzegany jako organizacja przyrodnicza o zasłużonym prestiżu, przygotowująca grunt pod dziesiątki parków narodowych, wraz z parkingami i placami zabaw dla dzieci. Tylko że pod tymi placami zabaw leżą czyjeś domy. Sadzono głównie sosny i cyprysy, częściowo po to, żeby kraj wyglądał bardziej europejsko. W nowym mieście Migdal ha-Emek Fundusz zasłonił ruiny wsi Al-Mudżajdil szpalerami sosen przy wjeździe – nie lasem nawet, tylko jego namiastką, wystarczającą, żeby kierowca niczego nie zobaczył.
Ale sosny się nie przyjęły. Chorowały mimo kolejnych prób ratowania. A potomkowie mieszkańców Al-Mudżajdil, którzy przyjechali tam po latach, opowiadali, że część pni pękła na pół i że ze środka rozłupanych sosen wychylały się młode drzewka oliwne – po pięćdziesięciu sześciu latach, na przekór obcej roślinności posadzonej na nich z góry.
Pappé zapisuje przy tym niemal mimochodem rzecz, która zmienia sposób patrzenia na każdy izraelski park: wszędzie tam, gdzie w krajobrazie stoją drzewa migdałowe, figowce, gaje oliwne czy kępy opuncji, była kiedyś palestyńska wieś. Turyści biorą je za dziko rosnące. To ostatni żywy inwentarz zlikwidowanego gospodarstwa, posadzony przez ludzi, którzy nigdy już nie zbiorą z niego owoców.
Zostaje pytanie o ludzi, którzy to widzieli na własne oczy, bo przecież nie wszyscy wyjechali. W 1950 roku Kneset uchwalił ustawę o mieniu nieobecnych, przekazującą majątek uciekinierów Kustoszowi Mienia Nieobecnych. Definicję "nieobecnego" sformułowano jednak tak szeroko, że objęła również tych, którzy nigdy nie opuścili kraju. Wystarczyło, że danego dnia nie byli u siebie. W ten sposób powstała kategoria prawna, której nazwy nie trzeba komentować, bo komentuje się sama: nokhehim nifkadim, obecni-nieobecni.
Objęło to około czterdziestu sześciu tysięcy ze stu pięćdziesięciu sześciu tysięcy Palestyńczyków, którzy zostali w Izraelu, i pozwoliło przejąć ponad milion dunamów ziemi należącej do ludzi fizycznie obecnych w państwie, mających jego obywatelstwo i figurujących w jego spisach. Ustawa obowiązuje do dziś.
Wyobraź to sobie: jako obecny-nieobecny stoisz na swojej ziemi, patrzysz na swój dom i masz dowód osobisty państwa, które tym domem właśnie rozporządziło. Rejestr twierdzi, że cię tam nie ma, i to rejestr ma rację, bo tylko on jest wykonalny. Dwadzieścia trzy lata wcześniej ten sam skutek osiągnął w Sacramento Lafayette Dorrington, urzędnik, który nie wpisał jednej nazwy do formularza. Różnica polega na tym, że Izrael nadał tej operacji nazwę i rangę ustawy.
Nikt nie stawia tablicy "w tym miejscu zniszczono wieś", tylko "park krajobrazowy". Nad cmentarzem Ohlone stanął kampus uniwersytecki i najdroższa ulica świata. Nad ruinami Al-Mudżajdil szpaler sosen. A nad muzułmańskim cmentarzem z VII wieku w jerozolimskiej dzielnicy Mamilla, z którego groby usuwano nocą, żeby nikt tego nie widział, stanął gmach ufundowany przez Fundację Szymona Wiesenthala. Nosi nazwę Muzeum Tolerancji. Nazwę wybrała instytucja, która o pamięci wie więcej niż ktokolwiek na świecie.
Hasło o tym, że syjoniści "sprawili, że pustynia zakwitła", powtórzyła w 2023 roku Ursula von der Leyen w oficjalnych życzeniach z okazji siedemdziesiątej piątej rocznicy powstania Izraela. Purytański argument o pustym domu, przetłumaczony na brytyjski wiktoriański, potem na hebrajski, potem na język dyplomacji, dotarł w nienaruszonym stanie do komunikatu prasowego instytucji, która uważa się za moralne sumienie Europy.
Mural na Zachodnim Brzegu przypisywany Banksy'mu, często zatytułowany "Snajper i chłopiec".
Maszyna do nieoglądania
Od kartotek w segregatorach sztabu do serwerowni prowadzi ciągła linia i ktoś opisał ją niewiarygodnie celnie już w 1989 roku. Zygmunt Bauman napisał wtedy książkę, której główna teza do dziś bywa przyjmowana z oporem: że Zagłada nie była wybuchem przednowoczesnego barbarzyństwa ani awarią cywilizacji, lecz – jego słowa – pełnoprawnym mieszkańcem nowoczesnego domostwa. Interesująca jest jednak nie ta teza, tylko mechanizm, który Bauman rozebrał na części.
Zygmunt Bauman napisał wtedy książkę, której główna teza do dziś bywa przyjmowana z oporem: że Zagłada nie była wybuchem przednowoczesnego barbarzyństwa ani awarią cywilizacji, lecz – jego słowa – pełnoprawnym mieszkańcem nowoczesnego domostwa. Interesująca jest jednak nie ta teza, tylko konkretny mechanizm, który Bauman rozebrał na części.
Otóż mordowanie ludzi z bliska jest dla morderców trudne. Nie moralnie, ale technicznie i organizacyjnie. Na etapie Einsatzgruppen ofiary ustawiano naprzeciw karabinu maszynowego i zabijano z niewielkiej odległości. Strzelcom, jak sucho odnotowuje Bauman, nadzwyczaj trudno było nie dostrzegać związku między strzelaniem a zabijaniem. Administratorzy ludobójstwa uznali więc tę metodę za prymitywną, mało skuteczną i – to jest ich określenie – niebezpieczną dla morale wykonawców.
Zaczęto zatem szukać technik, które wyeliminowałyby kontakt wzrokowy między zabójcą a ofiarą. Poszukiwania zakończyły się sukcesem: komory gazowe, w których rola wykonawcy sprowadzała się do roli „urzędnika sanitarnego”, mającego opróżnić worek z substancją odkażającą przez otwór w dachu budynku, do wnętrza którego nie powinien był w ogóle zaglądać. Każda kolejna wersja tego systemu nie była wydajniejsza. Była mniej widoczna dla obsługującego. Każde ulepszenie usuwało jeden kanał zmysłowy, którym fakt moralny mógł jeszcze dotrzeć do człowieka naciskającego przycisk.
Bauman nazwał to później "adiaforyzacją". Kluczowy jest nie sam termin, tylko opis operacji: adiaforyzacja polega na zastąpieniu "odpowiedzialności za" – za dobro, autonomię i godność drugiego człowieka – "odpowiedzialnością wobec": wobec przełożonego, autorytetu, sprawy i jej rzeczników. Człowiek zadiaforyzowany nie jest przy tym nieodpowiedzialny. Przeciwnie, bywa odpowiedzialny wręcz nadmiernie – tyle że wobec normy, terminu i przełożonego, a nie za osobę po drugiej stronie.
Bauman cytuje w swojej książce weterana Wietnamu Philipa Caputo: nie mogłeś zrobić nic niegodziwego, jeśli zabijałeś ludzi z daleka i przy użyciu technologicznie wyrafinowanej broni. I dopisuje własne wyliczenie tego, co w takim układzie oddziela masakrę od czynności całkowicie niewinnej: pociągnięcie za spust, włączenie prądu elektrycznego lub – cytuję dosłownie – "przyciśnięcie klawisza na klawiaturze komputera". Napisał to w 1989 roku, kiedy klawiatura komputera była przedmiotem wciąż jeszcze egzotycznym. W wydanych osiemnaście lat później "Szansach etyki w zglobalizowanym świecie" dodał zdanie, które domyka tę historię: zadanie adiaforyzacji przejął po biurokracji twardej nowoczesności rynek konsumencki.
Zanim dojdziemy do Gazy, trzeba odnotować, gdzie ten mechanizm zadomowił się wcześniej. Amerykański program ukierunkowanych zabójstw zrealizował zapowiedź o klawiszu dosłownie. Okazało się przy tym, że najlepszymi operatorami dronów Predator i Reaper nie są piloci, tylko wprawni gracze komputerowi. Siedząc z kontrolerem przed monitorem w klimatyzowanej przyczepie w Nevadzie, przeprowadzali realne ataki na wioski w Pakistanie i Afganistanie, a po dyżurze wylogowywali się i jechali do domu na obiad.
Daniel Klaidman opisał w "Kill or Capture" wewnętrzną anatomię tego procesu w administracji Baracka Obamy. Prezydent, laureat Pokojowej Nagrody Nobla i konstytucjonalista, obiecywał zamknąć Guantánamo i zerwać z metodami poprzednika. Ponieważ jednak chwytanie i przetrzymywanie podejrzanych okazało się kosztowne politycznie i logistycznie, formuła "zabij lub schwytaj" osunęła się w praktyce do pierwszego członu. John Brennan zbudował do tego bazę danych zwaną macierzą dyspozycji, a sam Obama osobiście prowadził cotygodniowe posiedzenia, na których zatwierdzano nazwiska.
W ciągu pierwszych trzech lat prezydentury autoryzował dwieście sześćdziesiąt osiem tajnych uderzeń, czyli pięciokrotnie więcej niż jego poprzednik przez osiem lat. Czego w tej historii nie ma? Nie ma rozkazu wydanego w gniewie, nie ma pogardy dla ofiar i nie ma człowieka, który by w cokolwiek nie wierzył. Jest cotygodniowe posiedzenie, lista nazwisk, baza danych i operator z padem. Adiaforyzacja postępuje – faszystów zastąpił prawnik z Chicago.
Trzydzieści pięć lat po tym, jak Bauman opisał ten mechanizm, doczekał się on pełnej implementacji w kolejnym miejscu. Izraelskie siły zbrojne używały w Gazie systemów o kryptonimach "Habsora" (po hebrajsku "ewangelia"), "Lavender" oraz "Where's Daddy?". Zadania są między nimi rozdzielone: Habsora odpowiada za budynki i infrastrukturę, Lavender typuje konkretnych ludzi i układa z nich listę, natomiast "Where's Daddy?" śledzi namierzonych i melduje moment ich powrotu do domu rodzinnego.
Wiemy o tym od Yuvala Abrahama, izraelskiego dziennikarza śledczego, współreżysera nagrodzonego Oscarem filmu "No Other Land", który materiał o Lavenderze oparł na rozmowach z sześcioma oficerami izraelskiego wywiadu pracującymi bezpośrednio przy tym systemie. Zeznania złożyli więc Izraelczycy, po hebrajsku, w rozmowie z izraelskim dziennikarzem.
Weryfikacja ludzka polegała na sprawdzeniu płci celu; jeśli była męska, oznaczało to zatwierdzenie, na które przewidziano najwyżej dwadzieścia sekund. Jeden z uczestników operacji relacjonował, że jeśli system wskaże mężczyznę, uderzenie zostanie zatwierdzone nawet wtedy, gdy przyniesie osiemdziesiąt dodatkowych cywilnych ofiar. Sam Lavender mylił się w około dziesięciu procentach przypadków, a wojsko wydało mimo to zgodę, żeby traktować wskazania maszyny tak, jakby były decyzją człowieka. W tej ostatniej instrukcji mieści się cały Bauman. Człowieka usunięto z decyzji, ale zachowano jego autorytet, żeby było czym ją podpisać.
Mbembe, pisząc o Gazie w "Brutalizmie", ujmuje to szerzej i groźniej: Palestyna w ogóle, a Gaza w szczególności, stały się ogromnymi laboratoriami systemu brutalizacji, który znalazł się na końcowym etapie technologicznego urzeczywistnienia i – skoro umiemy tak świetnie odwracać wzrok, to być może chociaż to nas zaniepokoi – zmierza do globalizacji.
Projekt "Aurora"
Skoro mowa o laboratorium, warto przypomnieć zdanie o pół wieku starsze. Krótko po wojnie 1967 roku minister obrony Mosze Dajan sformułował wobec współpracowników zalecenie, co należy Palestyńczykom powiedzieć. Noam Chomsky przytacza je w napisanej wspólnie z Pappém "Gaza in Crisis": nie mamy dla was rozwiązania, będziecie żyli dalej jak psy, a kto zechce, może odejść.
Szczególnie istotna jest tu druga część. Nie deportacja, ale dobrowolne odejście, wywołane tym, że wszystko inne uczyniono nie do wytrzymania. Dajan nie zaprojektował wypędzenia, tylko warunki brzegowe, przy których wypędzenie odbędzie się samo i będzie się nazywało samodzielną decyzją.
Dwudziestego drugiego sierpnia 2025 roku Integrated Food Security Phase Classification – konsorcjum agend ONZ, rządów i organizacji pomocowych – potwierdziło w guberni Gaza klęskę głodu w rozumieniu piątej, najwyższej fazy swojej skali. Był to pierwszy głód formalnie stwierdzony na Bliskim Wschodzie. Dziewiętnastego grudnia, po zawieszeniu broni i po zwiększeniu dostaw pomocy, ta sama komisja stwierdziła, że w żadnym rejonie Strefy głodu już nie ma.
Głód wzrósł, kiedy zamknięto dostęp, i opadł, kiedy go otworzono. W ciągu czterech miesięcy. Nie był więc katastrofą ani nieszczęśliwym splotem okoliczności wojennych.
Był potencjometrem. Czymś, czym ktoś obraca i ma możliwość regulacji według swoich chwilowych celów. Właśnie na tym polega metoda głodowa: żeby działała, nie trzeba niczego robić – wystarczy czegoś nie robić, a nierobienie nie ma sprawcy, nie ma daty i nie ma podpisu. Sto czterdzieści lat od bojkotu ogłoszonego w Tacomie ani razu nie musiała zostać nazwana po imieniu. Nie miała za to modelu finansowego. Ale w końcu i jego zyskała.
We wrześniu 2025 roku "Washington Post" opublikował wyciekłą, trzydziestoośmiostronicową prezentację zatytułowaną Gaza Reconstitution, Economic Acceleration and Transformation Trust, w skrócie GREAT Trust, powstałą przy udziale menedżerów Boston Consulting Group, twórców Gaza Humanitarian Foundation oraz pracowników Tony Blair Institute. Amerykańska administracja przejściowa zarządza Strefą przez dziesięć lat, cała ziemia publiczna oraz potencjalnie także własność prywatna trafiają do trustu, a Palestyńczycy wymieniają prawa do swoich nieruchomości albo na mieszkanie gdzie indziej w Gazie, kiedyś, za dwa do ośmiu lat, albo na pakiet relokacyjny: pięć tysięcy dolarów gotówką, cztery lata dopłaty do czynszu i rok żywności.
Projekt Gaza Reconstitution, Economic Acceleration and Transformation Trust. Ilustracja: GREAT Trust.
I jest w tym dokumencie pewna liczba. Menedżerowie BCG przygotowali model finansowy zachęt i nadali mu kryptonim „Aurora", czyli jutrzenka. Model wyliczał, że przesiedlenie Palestyńczyka poza Strefę zamiast odbudowy dla niego stałego mieszkania oszczędza trustowi dwadzieścia trzy tysiące dolarów na osobie. Kwota pojawiła się w arkuszu konsultantów, w kolumnie oznaczonej „oszczędność jednostkowa", na długo, zanim ktokolwiek podpisał w tej sprawie decyzję polityczną.
Dajan powiedział: kto zechce, może odejść. Aurora policzyła, ile na tym zaoszczędzimy. To jest cała droga, jaką w tej sprawie przeszedł Zachód między 1967 a 2025 rokiem – od zdania wypowiedzianego w gabinecie do zmiennej w modelu finansowym. Promotorzy kolei w latach czterdziestych XIX wieku wyceniali wartość wymienną ziemi Indian, zanim ktokolwiek objął nad nią jurysdykcję. Konsultanci BCG wycenili wartość gruntów Gazy, zanim ktokolwiek objął nad nimi jurysdykcję. To jest ta sama czynność, a nie odległe podobieństwo.
Reszta planu to już tylko wykonanie. Rejestr – tytuły własności mają zostać zapisane na blockchainie, a aktywa trustu zdigitalizowane i zamienione w zbywalne tokeny, służące jako zabezpieczenie dla inwestorów. Pustka, w którą się to wpisuje – Izrael zniszczył w Gazie biura administracji gruntami, znaki graniczne wyznaczające obrysy działek oraz, w znacznej mierze, rejestry i archiwa, a dziewięćdziesiąt procent ludności mieszka w namiotach, z dala od swojej własności i w większości bez dokumentów w ręku. Zniszczenie archiwum otwiera drogę nowemu rejestrowi, którego zapisu będzie już znacznie trudniej podważyć. Zaha Hassan z Carnegie Endowment ujmuje to jednym zdaniem: tym, co technologia blockchain gwarantuje w takich warunkach, jest nieodwracalność każdego błędnego lub sfałszowanego wpisu o prawach do ziemi.
Purytanie mieli maksymę, którą sądy odmieniały przez trzysta lat: vacuum domicilium cedit occupant. Największą słabością tej konstrukcji było to, że dało się ją później zakwestionować – ktoś mógł wrócić z aktem własności, z zeznaniem świadka, z pamięcią. Płótno Thomasa Hilla można było po latach przeliczyć raz jeszcze i policzyć, kogo na nim brakuje. Listę Dorringtona można – teoretycznie – poprawić. A z rozłupanej sosny nad Al-Mudżajdil wychyliło się po pięćdziesięciu sześciu latach drzewko oliwne, którego nikt tam nie sadził. Rejestru rozproszonego nie da się natomiast przemalować i to jest właśnie jego jedyna funkcja, za którą się płaci. Wcześniejsze systemy musiały wymazywanie stale podtrzymywać. Rejestr techniczny potrafi je utrwalić raz.
Trzeba jeszcze uwzględnić dwie rzeczy. Po pierwsze, cenę wstępu do obozu. Plan pilotażowy amerykańskiego Civil-Military Coordination Center przewiduje przeniesienie dziesiątek tysięcy Palestyńczyków do tymczasowego kompleksu w Rafah, a warunkiem otrzymania schronienia jest przejście weryfikacji i zgoda na skanowanie biometryczne. Musisz zostać zmierzony, żeby dostać namiot. W 1892 roku Kongres zażądał od chińskich mieszkańców karty ze zdjęciem i sto tysięcy ludzi odmówiło. Dziś zamiast walki o pracę i dom jest walka o miejsce w namiocie.
Po drugie, formę prawną. Rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 2803 z listopada 2025 roku zatwierdziła Board of Peace jako administrację przejściową dla Gazy, a ciało to zainaugurowało działalność w lutym 2026 roku pod przewodnictwem prezydenta Stanów Zjednoczonych. Nie jest to organizacja międzynarodowa prawa publicznego, lecz pozarządowa, a analiza Carnegie Endowment nazywa ją wprost prywatnym przedsięwzięciem prezydenta: statut daje przewodniczącemu praktycznie nieograniczoną władzę nad agendą, budżetem i finansowaniem, a dopóki nie zasili jej pieniądz podatnika, nie istnieje mechanizm kontroli kongresowej. Na inauguracyjnym posiedzeniu prezes funduszu Apollo Global Management mówił o zgromadzeniu produktywnych aktywów Gazy w jednej zunifikowanej strukturze, wskazując jako strategiczne wybrzeże i morskie złoża gazu.
Mamy więc terytorium zamieszkane przez dwa miliony ludzi, zarządzane przez radę, której przewodniczy jedna osoba o władzy niemal absolutnej, poza kontrolą parlamentarną, z portfelem aktywów, wybrzeżem do monetyzacji, rejestrem własności na blockchainie i wyliczonym kosztem jednostkowym usunięcia mieszkańca.
Jeźdźcy – epilog
Wróćmy na most, od którego zaczęliśmy. Czternastego października 2024 roku grupa ludzi z Kalifornii wjechała konno na Arlington Memorial Bridge, żeby zażądać od najpotężniejszego państwa świata jednej rzeczy: wpisania ich do tabeli. Nie mają ziemi, rezerwatu ani kasyna i nie chcą go mieć – chcą obecności w rejestrze. Mbembe napisał, że suwerenność oznacza zdolność do ustalania, kto się liczy, a kto nie. Napisał to o Palestynie w 2003 roku, ale zdanie jest przenośne, bo opisuje uprawnienie, a nie miejsce. A listy są dziś prowadzone inaczej niż w 1927 roku.
Pierwsze Święto Dziękczynienia. Obraz autorstwa Jean Leon Gerome'a Ferrisa, namalowany około 1912–1915 roku.
Zostaje pytanie o zegar. Logika eliminacji nie włącza się wtedy, gdy ktoś kogoś nienawidzi, bo nienawiść jest dostępna zawsze i sama z siebie niczego nie uruchamia. Włącza się wtedy, gdy czyjeś ręce przestają być potrzebne. Chińczycy byli nieodzowni do maja 1869 roku i stali się nadwyżką w 1873. Gospodarka apartheidu nie mogła usunąć czarnych robotników, bo bez nich nie działała, więc zbudowała bantustany zamiast pustki. Gazę opisuje się jako problem demograficzny, a nie jako zasób siły roboczej, i dopiero to czyni z niej teren inwestycyjny.
A teraz spójrzmy na przemysł, o którym jest ten esej. To branża, której zadeklarowanym, reklamowanym i wycenianym na giełdzie produktem jest sprawianie, żeby ludzka praca przestała być potrzebna. Nie formułuję tu zarzutu – cytuję prospekty emisyjne i wystąpienia na konferencjach. Za każdym razem, gdy ktoś ogłasza ze sceny, że model językowy zastąpi kolejny zawód, ogłasza również, że pewna liczba par rąk przechodzi z kolumny "aktywa" do kolumny "koszty". Ktoś mógłby w tym miejscu wskazać nielogiczność i miałby do tego prawo. Kolonizator miał z wysiedlenia zysk oczywisty: brał ziemię. Jaki zysk ma firma technologiczna z usunięcia ludzi, skoro sprzedaje im subskrypcje? Wyeliminowany płatnik nie płaci.
Odpowiedź jest mniej widoczna i przez to trudniejsza. Rachunek osadniczy domykał się przez zabór. Rachunek platformowy domyka się przez zależność. Nikomu nie odbiera się tu pracy. Odbiera się zdolność wykonania jej bez narzędzia, a potem pobiera comiesięczną opłatę za utrzymanie poziomu, który samemu się podniosło. Zbędność nie jest więc groźbą wysiedlenia. Jest warunkiem brzegowym, a warunki brzegowe raz ustawione dają się przesuwać. Zostaje nam wtedy jedno pozorne zabezpieczenie: to, że jesteśmy komuś potrzebni. Ale w świecie rosnących dysproporcji przychodzi moment, w którym ci, którzy mają dość, przestają potrzebować więcej.
Skoro wiemy już, co ten system robi z ludźmi, których przestaje potrzebować, to na jakiej podstawie zakładamy, że tym razem zaopiekuje się nami? Nasuwają się trzy odpowiedzi i każda z nich została w tym rozdziale podważona. Obywatelstwo miało też plemię Muwékma, a mimo to wypadło z tabeli przez przypis w monografii. Prawo pojawiało się w tej historii regularnie, tyle że na końcu, żeby poświadczyć stan zastany. A rachunek ekonomiczny właśnie został wykonany i wyszło z niego dwadzieścia trzy tysiące dolarów oszczędności na osobie.
Nie twierdzę, że na końcu tego procesu czeka nas los kogokolwiek z tego rozdziału, i nie zamierzam handlować taką grozą, bo byłaby nieuczciwa. Trzymam się granicy, którą wyznaczył sam Bauman, gdy postawiwszy tezę o biurokracji jako warunku Zagłady, natychmiast zastrzegł, że nie twierdzi, jakoby musiała ona do Zagłady doprowadzić. Racjonalność instrumentalna nie musi produkować katastrofy. Jest tylko wyjątkowo słaba w zapobieganiu jej.
Wiadomo natomiast, co dzieje się z nadwyżką, zanim ktokolwiek w jej sprawie zdecyduje. Najpierw trzeba ją wytłumaczyć. Nikt nie potrafi żyć obok milionów ludzi bez zajęcia, uznając to za neutralny fakt statystyczny, więc pojawia się opowieść o tym, dlaczego oni są zbędni, i jest to zawsze opowieść o nich, a nie o systemie, który ich zwolnił.
Frantz Fanon opisał ten odruch dokładnie, przywołując analizę Gershona Legmana: Ameryka, która w pamięci żyjących ludzi zmiotła rdzenną ludność z zasiedlonego przez siebie terytorium, musiała uspokoić nieczyste sumienie narodowe i wykuła w tym celu mit "Bad Indjuna", Indianina okrutnego i zdradzieckiego z natury. Figura ta zapełniła powieści groszowe, komiksy i westerny, a pełniła funkcję ściśle użytkową: skoro tubylec był z natury zły, jego wyniszczenie przestawało być zbrodnią, a stawało się obroną konieczną. Nie wystarczyła nienawiść, bo tej nigdy nie brakowało – potrzebny był rachunek, który trzeba było jakoś ukryć. Wytłumaczeni ludzie stają się kategorią, a kategoria daje się przeliczać. Przemoc ma na tym etapie postać kolumny w arkuszu, według której zostanie dopiero rozdzielona.
A potem zbędność zaczyna się przemieszczać, i to jest moment, w którym cała ta historia przestaje być cudza. Człowiek, dla którego nie ma pracy tam, gdzie się urodził, jedzie tam, gdzie praca jeszcze jest, i w tej samej sekundzie przestaje być czyjąś nadwyżką, a staje się czyimś zagrożeniem. To ta sama osoba i ten sam brak zatrudnienia, tylko oglądany z drugiej strony granicy. Chińczyk, którego sprowadzono do budowy kolei, i Chińczyk, którego wypędzano z Tacomy, byli tym samym człowiekiem w odstępie kilkunastu lat.
Zmienił się natomiast sposób, w jaki ta opowieść się rozchodzi, i tu wracamy do Baumana. Dziś mechanizm adiaforyzacji ma dwie wersje i warto je rozróżnić, bo prowadzą do zupełnie różnych wniosków. Pierwszą opisałem przy Lavenderze i przy macierzy dyspozycji. Człowiek został usunięty z decyzji, ale nie z projektu. Operator mający dwadzieścia sekund na cel jest automatem, któremu nie zostawiono czasu na namysł, a formuła human in the loop nie jest tu zabezpieczeniem, tylko punktem, w który da się wskazać palcem, gdyby przyszło do rozliczeń. Sprawca w tej wersji istnieje i jest do wskazania, bo ktoś ustawił wartość zmiennej określającej, ilu cywilów wolno zabić przy jednym uderzeniu.
Druga wersja jest bardziej skomplikowana. Silnik rekomendacyjny nie ma nigdzie zapisanego stosunku do Palestyńczyków, Chińczyków ani do Ukraińców w Polsce. Ma jedną funkcję celu: utrzymać uwagę. W toku optymalizacji ustalił – nie dowiedział się, tylko zmierzył – że uwagę najskuteczniej utrzymuje strach i pogarda. I tu trzeba od razu odrzucić wyjaśnienie najwygodniejsze, wedle którego skoro nikt tym nie steruje, to nikt za to nie odpowiada. W 2018 roku wewnętrzna prezentacja Facebooka dla kierownictwa stwierdzała, że algorytmy firmy wykorzystują skłonność ludzkiego mózgu do dzielenia, i ostrzegała, że pozostawione bez kontroli będą podawać coraz więcej treści dzielących, żeby wydłużyć czas spędzany na platformie. Dokument wyciekł dwa lata później, a Frances Haugen dołożyła do tego wewnętrzne badania pokazujące, że najlepiej rozchodziły się treści wywołujące złość. Nikt więc nie zaprogramował pogardy. Ktoś natomiast zmierzył, że pogarda działa, przeczytał o tym raport i zostawił system takim, jaki był.
Opowieść uzasadniającą zbędność roznosiły kiedyś prasa robotnicza Kearneya, powieści groszowe i westerny. Ktoś te opowieści pisał i ktoś je podpisywał. Dziś roznosi je system, który ich nie napisał, tylko wybrał, bo wypadły najlepiej w pomiarze. Mechanizm, który w Kalifornii potrzebował dekady wieców, gazet i pochodów, żeby zbudować koalicję zarabiających i przestraszonych, składa dziś taką koalicję w kilka tygodni i robi to jednocześnie w kilkudziesięciu krajach.
Nic z tego, co napisałem wyżej, nie jest tajne. Obraz, od którego zacząłem, wisi w muzeum w Sacramento i wstęp kosztuje kilkanaście dolarów. Arkusz, na którym kończę, leży na serwerze "Washington Post" i nie kosztuje nic. Między jednym a drugim jest sto pięćdziesiąt lat i nie ma po drodze ani jednego dokumentu, który trzeba by wykradać. Parki Żydowskiego Funduszu Narodowego są otwarte codziennie i wstęp do większości z nich jest bezpłatny.
Ten system nie potrzebuje tajemnicy, bo nie liczy na to, że niczego nie zauważymy. Liczy na to, że zauważymy i nie zrobimy nic. Sven Lindqvist otwiera i zamyka ksiażkę "Wytępić całe to bydło" tym samym zdaniem: "Wiesz już wystarczająco dużo. Ja też. To nie wiedzy nam brakuje. Brak nam odwagi, by zrozumieć to, co wiemy, i wyciągnąć z tego wnioski".
Purytanie nazwali vacuum domicilium ciało, które opuściła dusza, i tym słowem uzasadnili zabór kontynentu. Dziś nasza cywilizacyjna budowla stoi, działa i produkuje, ale wyprowadziło się z niej to, co pozwalało odróżnić rachunek ekonomiczny od człowieka. Pusty dom nie jest już opisem cudzej ziemi, lecz opisem naszej cywilizacji. Cywilizacji bez duszy.
Skoro nikt nie będzie mógł potem powiedzieć, że nie wiedział – pozostaje pytanie: skoro pustkę już umiemy produkować, to co system robi z tymi, którzy zostali? Odpowiedź wymyślono kilkaset metrów od cmentarza Ohlone, na stadninie Lelanda Stanforda, do którego powrócimy w kolejnej części.
c.d.n.
Tytułowa ilustracja to obraz "The Last Spike", znany też jako "The Driving of the Last Spike", namalowany przez Thomasa Hilla w 1881 roku. Oryginał znajduje się w California State Railroad Museum w Sacramento. Wikimedia Commons.
W rozdziale czwartym korzystam głównie z: Achille Mbembe „Nekropolityka"; Achille Mbembe „Brutalizm"; Malcolm Harris „Palo Alto: A History of California, Capitalism, and the World"; Alfred L. Kroeber „Handbook of the Indians of California"; Manu Karuka „Empire's Tracks: Indigenous Nations, Chinese Workers, and the Transcontinental Railroad"; Gordon H. Chang „Ghosts of Gold Mountain: The Epic Story of the Chinese Who Built the Transcontinental Railroad"; Gordon H. Chang, Shelley Fisher Fishkin (red.) „The Chinese and the Iron Road: Building the Transcontinental"; Alexander Saxton „The Indispensable Enemy: Labor and the Anti-Chinese Movement in California"; Andrew Gyory „Closing the Gate: Race, Politics, and the Chinese Exclusion Act"; Beth Lew-Williams „The Chinese Must Go: Violence, Exclusion, and the Making of the Alien in America"; Jean Pfaelzer „Driven Out: The Forgotten War Against Chinese Americans"; Greg Grandin „America América: A New History of the New World"; Daniel T. Rodgers „As a City on a Hill: The Story of America's Most Famous Lay Sermon"; Patrick Wolfe „Settler Colonialism and the Elimination of the Native" (esej, „Journal of Genocide Research", 2006); Ilan Pappé „Czystki etniczne w Palestynie"; Ilan Pappé „The Biggest Prison on Earth: A History of the Occupied Territories"; Sean Jacobs, Jon Soske (red.) „Apartheid Israel: The Politics of an Analogy"; Rashid Khalidi „The Hundred Years' War on Palestine: A History of Settler Colonialism and Resistance, 1917–2017"; Noam Chomsky, Ilan Pappé „Gaza in Crisis: Reflections on Israel's War Against the Palestinians"; Paweł Mościcki „Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji"; Andreas Malm „The Destruction of Palestine Is the Destruction of the Earth"; Zygmunt Bauman „Nowoczesność i Zagłada"; Zygmunt Bauman „Szanse etyki w zglobalizowanym świecie"; Frantz Fanon „Czarna skóra, białe maski" (wraz z przywoływaną tam analizą Gershona Legmana z „Les Temps Modernes", 1949); Daniel Klaidman „Kill or Capture: The War on Terror and the Soul of the Obama Presidency"; Sven Lindqvist „Wytępić całe to bydło"; Gilles Deleuze, Elias Sanbar „Les Indiens de Palestine" (rozmowa, „Libération", 1982); Yuval Abraham, teksty o systemach Habsora i Lavender („+972 Magazine" / „Local Call", listopad 2023 i kwiecień 2024); projekt „Chinese Railroad Workers in North America" (Stanford University); „It Took a Village" („Haaretz", 2011); Thomas Hill „The Last Spike" (obraz, California State Railroad Museum, Sacramento); wystąpienie Sama Altmana na AI Impact Summit w Indiach (luty 2026); wypowiedź Ursuli von der Leyen z okazji 75. rocznicy powstania Izraela (2023); wyciekła prezentacja „Gaza Reconstitution, Economic Acceleration and Transformation Trust" wraz z modelem „Aurora" („The Washington Post", wrzesień 2025); raporty Integrated Food Security Phase Classification o klęsce głodu w Gazie i o jej ustaniu (sierpień i grudzień 2025); analizy Zahy Hassan dla Carnegie Endowment for International Peace; rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 2803 wraz ze statutem Board of Peace (2025–2026); plan pilotażowy Civil-Military Coordination Center dla kompleksu w Rafah; wewnętrzne dokumenty Meta z 2018 roku ujawnione przez „The Wall Street Journal" (2020) i zeznania Frances Haugen (2021).
Wszystkich zainteresowanych bieżącą wymianą merytorycznych informacji (inną niż narracje mainstreamowe) oraz swobodną dyskusją związaną z najnowszym pomysłem bigtechów na swoje wzrosty, czyli AI - zapraszam serdecznie do grupy na LinkedIn: AI vista360 (obiektywnie o AI).