Wizjoner czy ściemniacz na usługach Big Techu. Kim jest Astro Teller z tajnego laboratorium X?

Nosi wysoki kucyk, jeździ po biurze na wrotkach, a w dowodzie ma wpisane Eric Teller, choć cały świat zna go jako "Astro". To imię brzmi wręcz proroczo, biorąc pod uwagę, że od szesnastu lat stoi na czele X (dawniej Google X) – tajnego laboratorium Alphabetu, którego jedynym zadaniem jest realizacja tzw. moonshots, czyli projektów z pogranicza nauki i fantastyki naukowej. 

Wizjoner czy ściemniacz na usługach Big Techu. Kim jest Astro Teller z tajnego laboratorium X?

Rozmawiamy w warszawskim biurze Google’a. Astro (Eric) Teller jest gościem specjalnym imprezy Perspektywy Women in Tech Summit 2026, która w dosyć wybiórczy sposób wspiera osoby chcące rozwijać się w branży technologii (wyłącznie kobiety). Gwiazdę laboratorium Google udało się ściągnąć, bo gigant z Mountain View jest partnerem wydarzenia. Jedna część mnie mówi, żeby "nie ufać Big Techom nawet jak przynoszą dary", druga, wiedziona ciekawością, prowadzi na spotkanie. Jednak chęć poznania tej inspirującej, kultowej postaci dla branży bierze górę. 

Oto jest i on. Uśmiechnięty i w złotych butach. Gdyby był wyższy i lepiej zbudowany powiedziałbym: facet sukcesu z Teksasu. A tak trzeba powiedzieć: zadowolony z siebie i bogaty facet; taki co ma duży dom, basen z czystą wodą, trawnik i popija lepszą whisky.

Astro Teller. Rok 2025. Fotografia: Wikimedia

Od szesnastu lat stoi na czele X, dawnego Google X, najbardziej tajemniczego laboratorium Alphabetu, którego oficjalnym zadaniem jest realizacja projektów z pogranicza twardej nauki i czystej fantastyki naukowej. Mniej oficjalnym pewnie jest robienie PR-u i szumu medialnego, ale nie bądźmy złośliwi.

Choć naprawdę nazywa się Eric to ksywa Astro, którą posługuje się powszechnie zamiast imienia, absolutnie do niego pasuje. To ktoś, kto sam siebie sytuuje poza galaktyką zwykłych zjadaczy chleba. Astro szybko skraca dystans, a uśmiech nie znika z jego twarzy.

Czy to akurat dobrze, powiemy sobie później. 

Kapitan Księżycowych Misji

Żyjemy w epoce, którą roboczo można nazwać dyktaturą małych kroków. Współczesnym światem biznesu, technologii i zarządzania rządzi nudna, przewidywalna religia optymalizacji. Tak zaczyna swój wywód Astro. 

Nazwijmy ją kulturą dziesięciu procent. Gdy zakładasz firmę, wchodzisz do korporacji lub rozmawiasz z funduszami venture capital, menedżerowie i analitycy niemal natychmiast kładą przed tobą ten sam arkusz Excela. Pytają: jak zużyć o dziesięć procent mniej energii w przyszłym kwartale? Jak wyprodukować ten komponent o dziesięć procent taniej? Jak podbić klikalność wskaźników o kolejne dziesięć procent do końca roku? – opowiada.

Przyznaje, że ta filozofia jest powszechna, bo jest bezpieczna. Daje kojące złudzenie kontroli nad chaosem rynku. Sprawia, że rady nadzorcze i bankierzy z Wall Street mogą spać spokojnie, kołysani do snu przewidywalnymi wykresami. Ale to także śmiertelna, cicha pułapka dla ludzkiej wyobraźni. 

– Większość współczesnych korporacji przypomina przeszklone, luksusowe mauzolea strachu. Ludzie spędzają w nich całe lata na pudrowaniu trupów, ciągnięciu i dotowaniu projektów, o których wszyscy w kuluarach od dawna wiedzą, że nie mają sensu ani przyszłości. Dlaczego to robią? Bo w klasycznym świecie korporacyjnym przyznanie się do błędu to rytualne, zawodowe samobójstwo. Lepiej marnować miliony dolarów na powolne, dostojne tonięcie pod osłoną skomplikowanych raportów, niż rzucić ręcznik w pierwszym miesiącu i narazić się na gniew przełożonych – mówi wprost Teller. 

– Jeśli chcesz zrobić coś o dziesięć procent lepszego, musisz konkurować ze wszystkimi innymi, którzy robią dokładnie to samo. Analizujesz ich ruchy, próbujesz być odrobinę sprytniejszy, szybszy, tańszy. Ale jeśli celujesz w dziesięciokrotną poprawę, czyli 10X, musisz całkowicie zresetować pojęcie tego, czym dany produkt w ogóle jest. Musisz porzucić dotychczasowe zasady i stać się heretykiem – dodaje. 

Kiedy współtworzył X, Larry Page dał mu jedną, kluczową instrukcję: wymyśl sobie stanowisko, byle nie brzmiało jak funkcja dyrektora w banku. 

Teller pomyślał chwilę i wpisał na swojej wizytówce: Captain of Moonshots. Kapitan Księżycowych Misji. Z boku może to brzmieć jak kolejny pretensjonalny żart z Doliny Krzemowej (ale na Boga, co nie brzmi!), kolejna odsłona narcystycznego techno-optymizmu, którym tutejsi miliarderzy karmią media.

Teller stara się mnie przekonać, że to nie jest tani slogan z prezentacji. W jego ocenie to ciężka, matematycznie skalkulowana technologia zarządzania ludzkim strachem.

Genetyka i duchy w szafie

Żeby pojąć, dlaczego Astro Teller z taką lekkością porusza się w sferze, którą inni uważają za szaleństwo, trzeba zajrzeć do jego drzewa genealogicznego. To nie jest zwykła biografia, ale podróż przez najbardziej dramatyczne dylematy naukowe XX wieku. Jego dziadek ze strony ojca to Edward Teller. Fizyk jądrowy, uciekinier z Węgier przed faszyzmem, człowiek, który w ramach Projektu Manhattan dał światu bombę wodorową. Postać monumentalna, tragiczna, przez wielu uważana za pierwowzór Doktora Strangelove z kultowego filmu Stanleya Kubricka. Człowiek, który do końca swoich dni żył w cieniu własnego, przerażającego sukcesu. Z kolei dziadek ze strony matki, Gérard Debreu, był wybitnym matematykiem i ekonomistą, laureatem Nagrody Nobla, który zamknął ludzkie zachowania rynkowe w rygorystycznych modelach matematycznych.

Młody Eric rósł więc w domu, gdzie pytania o granice nauki, o odpowiedzialność i o to, co niemożliwe, nie stanowiły czysto akademickiej dyskusji przy niedzielnym obiedzie. Były tlenem, którym oddychał od dziecka.

– Mój dziadek Edward siadał czasem w swoim gabinecie, patrzył na mnie i pytał bez wstępu: 'Co wiesz o liczbach urojonych?' albo 'Opowiedz mi o Hannibalu'. To nie były zaproszenia do luźnej pogawędki. To był specyficzny kod oznaczający: teraz nauczę cię myśleć. Dziadek mówił, dopóki nie wyczerpał tematu, a potem zapadała długa cisza. Nie znosił pustosłowia i uczył mnie, że nauka nie służy do opowiadania okrągłych zdań, ale do bezwzględnego przesuwania ścian, o które rozbija się ludzkość – opowiada. 

Kiedy słyszy się słowo moonshot, większość z nas ma przed oczami program Apollo, lądowanie na Srebrnym Globie i prezydenta Kennedy’ego deklarującego, że lecimy tam nie dlatego, że to jest łatwe, ale właśnie dlatego, że jest trudne. Dzisiaj w Dolinie Krzemowej to słowo zostało doszczętnie wyeksploatowane przez działy marketingu. Dla Tellera to jednak bardzo precyzyjna, wręcz inżynieryjna formuła.



W jego wydaniu projekt kwalifikuje się jako kosmiczna misja tylko wtedy, gdy leży na skrzyżowaniu trzech bezwzględnych warunków: musi uderzać w ogromny, globalny problem dotykający miliony ludzi, proponować rozwiązanie brzmiące jak czyste science fiction i jednocześnie opierać się na zalążku twardej, dającej się przetestować technologii. Nie ma tu miejsca na magię, jest wyłącznie nauka.

– Gdybyś zapytał klasycznego menedżera o strukturę nowego przedsięwzięcia, odpowiedziałby automatycznie: rynek, produkt, wykonalność. Taki język korporacyjny na wczesnym etapie działa jak gilotyna dla innowacji, bo drastycznie zawęża horyzont. Ludzie muszą mieć przyzwolenie na proponowanie rzeczy, na widok których uznani eksperci łapią się za głowy i krzyczą: nie, chwileczkę, przecież tak się tego nie robi! Bo dokładnie z tego buntu rodzi się autentyczny przełom – tłumaczy.

Ale odpowiadając Tellerowi już otwarcie i wprost trzeba było przyznać, że prawdziwym moonshotem była pralka automatyczna czy zamek błyskawiczny. 

Jak wytresować małpę

Większość ludzi wyobraża sobie X jako luksusowy plac zabaw dla ekscentrycznych geniuszy, którzy rzucają losowymi pomysłami w stylu: a może zbudujmy windę kosmiczną? Nic bardziej mylnego. Teller zarządza tym miejscem z chłodną precyzją krupiera, który doskonale wie, jak liczyć karty przy stoliku do blackjacka. Nie wierzy w farta ani w intuicję inwestorów, którzy z kamienną twarzą twierdzą, że potrafią z góry przewidzieć przyszłość. Fizyka innowacji według Tellera jest bezwzględna: jeśli próbujesz sięgnąć daleko za horyzont, niemal na pewno na samym początku się mylisz. Jedyne, co można realnie sprawdzić na starcie, to czy dany pomysł jest testowalną hipotezą.

Przewaga konkurencyjna X nie wynika więc z tego, że pracujący tam ludzie rzadziej popełniają błędy. Wynika z tego, jak szybko potrafią użyć twardych, fizycznych dowodów, by poddać pomysł brutalnej próbie, a następnie bez żalu go wyrzucić. W ciągu ostatnich szesnastu lat zespół Tellera przeanalizował około 2000 pomysłów. Zaledwie 30 z nich zostało wdrożonych. To 1,5 proc. 

Większość inkubatorów technologicznych na świecie chwali się wyłącznie swoimi sukcesami, jednorożcami i milionowymi zyskami. X w pierwszej kolejności chwali się swoim cmentarzem. Przez lata Astro powtarzał w biurze, że zawsze należy zaczynać pracę od najtrudniejszej, najbardziej ryzykownej części problemu – od filozofii zwanej Najpierw małpa.

– Wyobraź sobie, że twój zespół dostaje zadanie: zmusić małpę, by stanęła na szczycie trzymetrowego, pięknie zdobionego piedestału i recytowała Szekspira z pamięci. Od czego zaczynasz? Od budowy piedestału czy od tresury małpy? Większość tradycyjnych firm bez wahania zaczyna od budowy piedestału. Dlaczego? Bo to jest łatwe. Bo nad budową podestu ma się pełną kontrolę. Można po miesiącu pójść do szefa, pokazać mu piękne, lśniące deski i powiedzieć: patrz, połowa roboty za mną, poproszę o premię i awans – opowiada Teller.

On jak wiadomo zacząłby od małpy. I długo nie mógłby pochwalić się żadnym postępem. 

– To klasyczne marnowanie kapitału i czasu. Całe realne ryzyko, cała wielka niewiadoma tkwi bowiem w tym, czy w ogóle da się technologicznie i biologicznie wytresować małpę do mówienia ludzkim głosem. Jeśli małpa nie przemówi, twój podest jest wart dokładnie zero. W X zajmujemy się wyłącznie małpą – podsumowuje z uśmiechem. 

Prawdziwym testem tej filozofii są momenty, w których potężne, rozwijane latami projekty trafiają na ścianę. Tak było z zespołem inżynierów, którzy przez dwa lata pracowali Project Foghorn, czyli ideą pozyskiwania czystego paliwa z wody morskiej. Gdy technologia zadziałała w laboratorium, brutalne wyliczenia rynkowe pokazały, że przy obecnych cenach ropy projekt będzie opłacalny dopiero za półtora dekady. 

Koszt produkcji paliwa z wody wynosił od 10 do 15 dolarów za galon. Było to ponad dwukrotnie drożej niż cena benzyny na stacjach (nawet w najdroższych krajach, jak Skandynawia). Projekt nie miał szans na komercyjną opłacalność bez drastycznego spadku cen energii odnawialnej na świecie, co mogło zająć dekady.

Zamiast ukrywać te dane przed zarządem, inżynierowie przynieśli je Tellerowi, a ten... urządził im imprezę, wypłacił premie i wysłał na zasłużony urlop. Project Foghorn pozostał na papierze, ale możliwe, że zespół X do niego wróci.

To nie była jednak porażka, tylko lekcja, dla Tellera coś dużo ważniejszego. 

– Jeśli nagradzasz ludzi tylko wtedy, gdy odniosą sukces, zmuszasz ich do oszukiwania – mówi wprost.

Zaznacza, że wtedy ludzie po prostu będą trzymać się projektów bez przyszłości jak tonący brzytwy, bo będą się panicznie bać, że zamknięcie tematu oznacza utratę statusu i pracy. 

– U nas, ponieważ gramy w jednej drużynie, nikt za porażkę nie wylatuje. Jeśli twój projekt teleportu okaże się niewypałem, doceniam twój rygor naukowy. Nie musisz nawet zmieniać biurka, po prostu od jutra zaczynasz pracować nad czymś innym. Nie masz ani jednego powodu, by kłamać szefowi lub samemu sobie – mówi z niepohamowaną szczerością. Luksus, na który mało kto może sobie pozwolić. 

Żyzny kompost porażek

W nomenklaturze X istnieje pojęcie moonshotowego kompostu. To głębokie przekonanie, że w przyrodzie i w mądrej innowacji nic nigdy bezpowrotnie nie ginie, a martwe idee stają się najbardziej żyznym podłożem dla nowych form życia. 

Doskonałym przykładem tego zjawiska jest historia projektu Loon – sieci stratosferycznych balonów, które krążąc wokół globu, miały dostarczać stabilny sygnał internetowy do najdalszych, odciętych od świata cywilizacyjnego zakątków Ziemi. Inżynierowie oddali temu pomysłowi niemal dekadę swojego życia, rozwiązali masę problemów technicznych, ale na samym końcu drogi operatorzy telekomunikacyjni rozłożyli ręce. Stwierdzili, że model biznesowy jest dla nich zbyt skomplikowany. Projekt musiał umrzeć, wywołując gigantyczny żal zespołu.

Jednak technologia, która napędzała balony, opierała się na zaawansowanych, niezwykle precyzyjnych laserach służących do komunikacji na ogromne odległości. Gdy zamykano projekt, eksperci od optyki postanowili zaryzykować i wykorzystać ten sam system do bezprzewodowego przesyłania danych bezpośrednio na powierzchni gruntu, mimo że teoretycznie chmury, mgła i smog powinny zabić sygnał. 

Dzisiaj Taara to prężnie działająca, niezależna firma komercyjna. W ciągu zaledwie dwóch minut przesyła do klientów w dwudziestu krajach świata więcej danych, niż cały projekt Loon przesłał przez wszystkie dziewięć lat swojej głośnej historii. 

To jest właśnie feniks powstający z popiołów, żyzny kompost wyhodowany bezpośrednio na porażce.

Szkoła jako fabryka posłuszeństwa

Kiedy schodzi się z poziomu zarządzania technologią i zaczyna rozmawiać z Tellerem o społeczeństwie, z jego wypowiedzi przebija głęboka frustracja. Jako ojciec nie ukrywa złości na to, jak współczesny świat przygotowuje młode pokolenie do zderzenia z nadchodzącą rzeczywistością. System edukacji – niezależnie od kraju – wciąż tkwi mentalnie w epoce XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej, szkoląc ludzi do posłuszeństwa i powtarzalności, zamiast do innowacji.

– Szkoła na całym świecie jest fatalnie skonstruowana. Od najmłodszych lat uczy dzieci bezrefleksyjnej akumulacji wiedzy i pamięciowego zapamiętywania danych. W XXI wieku to umiejętność całkowicie bezużyteczna. Przecież całą wiedzę skumulowaną przez ludzkość od czasów starożytnych mam w tej chwili w zasięgu ręki, na ekranie smartfona – opowiada.

Przyznaje, że prawdziwe, kluczowe pytanie brzmi: co ty potrafisz zrobić, mając do niej stały dostęp? 

– Trzy najważniejsze cechy, które jako rodzice i mentorzy musimy wpoić dzieciom, to umiejętność ciągłego uczenia się, zdolność do błyskawicznej adaptacji oraz odporność psychiczna. Wszystko inne zostaje daleko w tyle – dodaje. 

Astro przyznaje, że sam musiał trenować swoje dzieciaki "na boku", w domu, celowo ucząc je kontrolowanego łamania sztywnych reguł i nieszablonowego myślenia, ponieważ system szkolny robił wszystko, by te cechy w nich zdusić. Chciałby, aby edukacja przypominała ekscytującą grę, otwartą eksplorację. Zamiast testować dwa razy w roku, ile suchych danych utkwiło w głowie ucznia, nauczyciele powinni pytać o to, co dzisiaj sprawdził, czego dowiedział się poprzez błąd i co zamierza z tym zrobić. Szkolne instrukcje dają jednak ludziom upragnione poczucie bezpieczeństwa. A trzymanie się wydeptanych ścieżek jest po prostu wygodniejsze.

– Możesz wybrać w życiu absolutne bezpieczeństwo albo ponadprzeciętną wartość. Nie da się mieć obu tych rzeczy naraz. Kiedyś prowadziłem długie, skomplikowane wykłady o innowacjach dla wielkich menedżerów, ale przestałem, bo to było zbyt przygnębiające – zaczyna wyjaśniać.

Dzisiaj całą tę wiedzę zamyka w prostym eksperymencie myślowym, który zajmuje dokładnie 60 sekund. 

– Daję ludziom na sali wybór. Opcja A: wybierasz projekt, który z absolutną pewnością gwarantuje twojej firmie okrągły milion dolarów zysku w tym roku. Opcja B: wybierasz projekt, który daje firmie miliard dolarów zysku, ale masz na to tylko jeden procent szans. Matematycznie opcja B ma dziesięciokrotnie większą wartość oczekiwaną. Ludzie na wykładach posłusznie podnoszą ręce za opcją B, bo chcą zdać szybki test z matematyki. Wtedy patrzę im głęboko w oczy i zadaję drugie pytanie: a teraz ręka w górę – czy wasz prezes, rada nadzorcza lub inwestorzy realnie poprą was i nie zwolnią dyscyplinarnie, gdy wybierzecie opcję B i traficie na te 99 procent porażki? W tym momencie na sali zawsze zapada grobowa cisza, a wszystkie uniesione ręce opadają. Mówię im wtedy wprost: wy nie potrzebujecie kolejnego nudnego wykładu o innowacjach. Wy po prostu potrzebujecie nowego szefa –  tłumaczy.

Zdaniem Tellera większość współczesnych firm bezczelnie kłamie. 

– Oczekują od swoich pracowników wielkich, przełomowych zysków z opcji B, jednocześnie rygorystycznie zmuszając ich do bezpiecznych, defensywnych działań z opcji A, ponieważ cała kadra zarządzająca panicznie boi się jakiegokolwiek ryzyka. W X po prostu bierzemy to ryzyko hurtowo. Realizując kilkadziesiąt szalonych projektów z opcji B jednocześnie, czysta statystyka sprawia, że co rok lub dwa trafiamy na wielkiego, globalnego zwycięzcę, który z nawiązką spłaca cały nasz cmentarz – podkreśla. 

Granice technologicznego zbawienia

Tekst o Astro Tellerze nie może być jednak bezkrytyczną, entuzjastyczną laurką dla uśmiechniętego faceta na wrotkach, który rozdaje miliony dolarów za błędy inżynierów. 

Teller nie sprzedaje kłamstw – on sprzedaje metodologię, która zakłada, że 99 proc. genialnych pomysłów spłonie w blokach startowych, żeby ten 1 proc. zmienił świat. Ale świat marketingu, a w szczególności świat sowicie opłacanego marketingu w świecie nowych technologii, pokazuje jak było inaczej: 99 proc. pomysłów jest świetnych, a ledwie jeden procent z nich to fatalne idee. 

To, co Astro Teller i akolici z Google nazywają "kulturą szlachetnej porażki", w rzeczywistości może być po prostu korporacyjnym greenwashingiem w wersji premium – pięknie opakowanym w pseudonaukowy żargon z Doliny Krzemowej.

Za tą barwną, hipisowską fasadą kryje się przecież jedna z najpotężniejszych machlojek współczesnego kapitalizmu inwigilacji. Laboratorium X nie jest organizacją pożytku publicznego ani fundacją charytatywną. To twarde, wysunięte ramię cyfrowego monopolisty, którego ostatecznym celem jest bezwzględna kolonizacja kolejnych, nietkniętych dotąd obszarów ludzkiego życia – od transportu, przez rolnictwo, aż po najbardziej intymne detale dotyczące naszego zdrowia fizycznego i psychicznego.

Wizja Tellera, w której algorytmy i sztuczna inteligencja systematycznie rozwiązują wszystkie strukturalne problemy ludzkości, niesie ze sobą potężne ryzyko ustrojowe. Jeśli jako społeczeństwo bezwolnie oddamy inżynierom z Mountain View wyłączne prawo do decydowania o tym, które księżycowe misje są warte realizacji, obudzimy się w świecie, w którym demokratyczne instytucje państwowe stracą resztki kontroli nad kluczową infrastrukturą przyszłości.

Jednej z flagowych sukcesów X, czyli autonomiczne samochody Waymo, jeżdżące po ulicach miast to nie tylko wygoda i spadek liczby wypadków – to także tysiące zaawansowanych kamer i czujników na bieżąco mapujących przestrzeń publiczną w interesie prywatnej korporacji.

Teller wydaje się być świadomy tych napięć, ale jego odpowiedź zawsze wraca na tory rygorystycznej metody naukowej. Nauka sama w sobie nie ma intencji – intencje mają wyłącznie ludzie. Dlatego tak obsesyjnie powtarza swoim pracownikom o konieczności zachowania głębokiej pokory i ochrony wyobraźni wewnętrznego ośmiolatka, która pozwala zawiesić niewiarę i zadać proste, z pozoru głupie pytania stanowiące zarzewie każdej autentycznej rewolucji. 

Na sam koniec rozmów z Tellerem często powraca motyw teleportu i maszyny czasu, o które media pytają go od lat z niesłabnącą fascynacją. Czy X naprawdę pracowało nad technologią rodem ze Star Treka?

– Analizowaliśmy pomysł teleportacji kilkukrotnie. Brzmi to wspaniale, dopóki do głosu nie dojdzie brutalna, bezwzględna fizyka. Żeby przetransportować w przestrzeni zwykły smartfon, musiałbyś rozbić go na poziomie atomowym lub kwantowym, przesłać tę gigantyczną ilość informacji i bezbłędnie zrekonstruować po drugiej stronie, mając tam na miejscu gotowy zapas odpowiednich atomów. Czy to jest prostsze, tańsze i bardziej logiczne niż po prostu wyprodukowanie nowego telefonu na miejscu? Oczywiście, że nie. A co z ludźmi? Gdyby ktoś podszedł do ciebie w biurze i powiedział: musimy rozerwać twoje ciało atom po atomie, niszcząc cię w tym miejscu, ale nie martw się, złożymy twoją idealną kopię po drugiej stronie oceanu – czy naprawdę byłbyś zachwycony taką perspektywą? – opowiada Teller "tłumacząc" się z marketingowo głośnych projektów, nad którymi miał pracować. 

Zespół X zabił ten projekt z powodów czysto logicznych i ekonomicznych, zanim w ogóle inżynierowie zdążyli dotknąć barier czysto technologicznych. Dokładnie tak samo stało się z Maszyną Czasu. 

– Naukowcy usiedli w pokoju i zamknęli temat w uroczej, bezwzględnej pętli logicznej. Uznali, że gdyby w jakiejkolwiek odległej przyszłości ludzkości udało się zbudować działającą maszynę czasu, ktoś z naszych potomków już dawno wróciłby do nas, żeby nam o tym opowiedzieć. A skoro do dzisiaj nikt taki nie pojawił się w naszym laboratorium, projekt nie ma najmniejszego sensu. Ta prosta dedukcja oszczędziła nam miliardy dolarów – mówi z rozbrajającą szczeroscią. 

Korzyści z wizyty w biurze Google’a

Autor tekstu i Astro Teller. 10.06.26, Warszawa. Fot: materiały własne.

Nie wiemy, ile z obecnych, tajnych projektów ukrytych w laboratoriach X przetrwa następną dekadę. Większość z nich prawdopodobnie umrze w absolutnej ciszy, sfinansowana z potężnych zysków, jakie Alphabet czerpie z reklam w wyszukiwarce i okradania twórców, w tym dziennikarzy.

Osobiście mnie wciąż zastanwia dlaczego dysponując budżetem, który zawstydza niejedno europejskie państwo, Google bawi się w cuda, zamiast realnie zmieniać rzeczywistość tu i teraz. Może jednak chodzi o to, że świat woli jednego Tony'ego Starka niż mrówczą pracę anonimowych nauczycieli czy aktywistów.

Widząc hipokryzję giganta, trzeba też dojrzeć odwagę jednostek z nim związanych. Lekcja, którą Astro Teller daje współczesnemu światu zmęczonych, spanikowanych dorosłych, jest znacznie trwalsza niż jakikolwiek autonomiczny samochód czy dron dostawczy. To prosta, głęboko humanistyczna prawda: nie bój się rzucać wyzwania grawitacji i utartym dogmatom. A jeśli już musisz spaść, zrób to szybko, tanio i wyciągnij z tego rzetelne wnioski. Bo jedyną prawdziwą, ostateczną porażką jest trwanie w bezpiecznym, dziesięcioprocentowym kłamstwie, ze strachu przed tym, co powiedzą inni, gdy dowiedzą się, że tym razem nie miałeś racji.

I ja też się nie bałem tego co powiedzą inni. Choć na co dzień Big Techy słusznie ganimy, wyciągamy na jaw ich perfidne praktyki. Nasz magazyn Spider’s Web+ pełen jest opowieści jak to znowu Microsoft, Google czy inna Meta zachowali się jak firmy bandyckie, to przecież za dobre też trzeba pochwalić. I pogadać z ich wielkich magikiem. Czy to tylko wielki Szu Doliny Krzemowej. Na pewno nie. Czy Wizjoner z baśni Maćka Kaweckiego i jednej nocy (całej spędzonej na przeglądaniu LinkedIn). Też bym nie powiedział.

Teller może inspirować i pobudzać do myślenia, krytyki, zaszczepiać ciekawość. A to w świecie banału i outsourcingu myślenia  już całkiem dużo. Last but not least, jak to lubią mówić Amerykanie, wolę odjechanego gościa, który przepala kasę na wynalazki niż zepsutego dzieciaka, który pieniądze przeznacza na polaryzację i promowanie mowy nienawiści.