Przegląd rynku

Poniedziałkowy przegląd ofert: o tych samochodach producenci wolą zapomnieć

Przegląd rynku 26.10.2020 711 interakcji
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 26.10.2020

Poniedziałkowy przegląd ofert: o tych samochodach producenci wolą zapomnieć

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski26.10.2020
711 interakcji Dołącz do dyskusji

Zapraszam na przegląd ofert. Idziemy kupić samochód, o którym producent wolałby nie pamiętać. 

Wiecie jak to jest: producent sonduje rynek, wydaje mu się że to świetny pomysł. Klienci krzyczą „o tak! To jest to! Wspaniałe!”. Potem samochód wchodzi do sprzedaży i okazuje się, że jednak nie. To znaczy klienci dalej twierdzą, że im się podoba, ale kupują zupełnie coś innego. Tym sposobem powstają auta, na których producent dokonuje egzekucji z powodu braku zyskowności. Jednym z najbardziej spektakularnych przypadków był Pontiac G8, czyli amerykańska wersja Holdena Commodore. Gdy wchodził do sprzedaży, ludzie piszczeli z zachwytu – taki wielki, ładny, mocny sedan. I go nie kupowali. Ale mówili, że jest świetny i kupiliby, gdyby… yyy… no sory, bo myśmy już kupili Toyotę RAV4, ale nie no ten Pontiac jest rewelacyjny! To będzie przebój, mówię wam – i tak bredzili, aż Pontiac poszedł na dno.

Takich samochodów jest więcej, i dziś zrobimy sobie ich przegląd

Będzie ich siedem, bo tyle znalazłem. Dlaczego akurat te modele? To proste – nikt za bardzo ich nie chce, są trudno sprzedawalne, dziwne i wyróżniają swojego właściciela. Nie wiem czy negatywnie, czy pozytywnie, ale ważne żeby mówili. Poza tym zwykłe, niezawodne i praktyczne auta nie budzą żadnych emocji, a wynalazki które powstały przez przypadek potrafią sprawić, że kochasz je i nienawidzisz ich jednocześnie. A w sumie ja uważam, że w motoryzacji chodzi o emocje (które każdy sobie definiuje inaczej). Wstęp mamy za sobą, do dzieła.

Alfa Romeo Brera

Weźmy 159, skróćmy, zbrzydźmy i nie zróbmy nic sensownego z napędem. Dobra Giovanni, to jest plan. Przekonajmy paru dziennikarzy, żeby napisali że każdy poważny człowiek musi kiedyś w życiu kupić sobie Brerę. To zadziała. Ups, nie zadziałało. Zasypmy.

Zupełnie nie rozumiem Brery. Alfa Romeo 159 była dość brzydka (red. Barycki chętnie by mi wklepał), ale przynajmniej praktyczna jako kombi. Brera miała te same silniki, tylko mniej miejsca, mniejszy bagażnik i dalej cierpiała na absurdalny zwis przedni. Ale nawet tak niecodzienne wizualnie potomstwo koncernu Fiata doczekało się jakichś nabywców.

Ci dziwni klienci kupowali przede wszystkim 5-cylindrową Brerę… z dieslem. Takie to coupe Alfy Romeo, przedni napęd, diesel i 5 cylindrów. Ani to szybkie, ani to brzmi, ani to się prowadzi. Ale jest z czego wybierać, a ceny są w sumie śmiesznie niskie i zaczynają się zrównywać z cenami ładnej Alfy GTV. 28 500 zł za Brerę żąda Michasia. Wóz ma ponoć 240 KM, więc raczej wolny nie jest. Ciekawostką jest Brera z dieslem 2.0. To chyba wersja dla flot. Kolor też to potwierdza.

No ale mieliśmy mówić o niechcianych produktach motoryzacyjnych. Tu prym wiodą silniki benzynowe. 2.2 185 KM ma bezpośredni wtrysk paliwa. To typowy przedstawiciel segmentu „może nie jest szybki, ale za to dużo pali”. Podlinkowany egzemplarz ratuje czerwone wnętrze, ale obczajcie osiągi: do setki ten wóz potrzebuje 8,6 sekundy. A wiecie, co jeszcze potrzebuje 8,6 s do setki? Poprzednia Octavia z 1.4 TSI i DSG [haha reactions only].

Najbardziej niechcianą Brerą jest oczywiście 3.2 V6. Duża masa, duże spalanie, brak automatycznej skrzyni biegów. Czterołap nie ratuje tematu. Ceny pikują jak Junkersy w 1939 r. Nie pokochasz Brery? Czeka ją tylko pogrzeb, a właściwie pognieć.

aborcja eugeniczna
Przepraszam, ale tym razem nie będzie zdjęć z ogłoszeń. Nie mam ochoty na kolejną sprawę w sądzie

Dodge Caliber

Naprawdę trudno mi powiedzieć, po co produkowano ten samochód. Jakiś powód musiał być. Pewnie chcieli mieć kompaktowego crossovera coupe zanim ktokolwiek na to wpadnie. Wyprzedzono modę, to na pewno. Przy okazji wyprzedzono też estetykę, zdrowy rozsądek i jakość wykonania, wszystkie te nieistotne kwestie pozostawiając daleko z tyłu. Najlepszym jednak żartem było wsadzenie tam 2.0 TDI z pompowtryskiwaczami, w dodatku bez możliwości zamówienia automatycznej skrzyni biegów.

Inne silniki też są w sumie zabawne. Na przykład 1.8 150 KM. To silnik Mitsubishi znany z Lancera (auta dzielą platformę), gdzie osiągał 140 KM, ale przy 6000 obr/min (w Dodge’u – 6500). Użytkownicy twierdzą, że to totalna zamuła. Widocznie nie jeździli wersją 2.0 połączoną z CVT. To tak przy okazji najrozsądniejsza wersja Calibra, a to że ma osiągi konnego wozu, nie powinno przeszkadzać. Mamy wtedy więcej czasu na kontemplowanie tego prawdopodobnie najbrzydszego wnętrza w dziejach współczesnej motoryzacji. Calibra można kupić za 13-17 tys. zł, co wydaje się z jednej strony niską kwotą, z drugiej – pomyślcie, ile ładniejszych wozów można za to mieć. Chyba że mowa o Calibrze 2.4 – to ten wzmocniony – z czerwoną konsolą środkową, dzięki temu jest szybszy. Wtedy ma prawo kosztować nawet 25 tys. zł.

A jeśli Caliber mimo wszystko się wam podoba, to spójrzcie na egzemplarz po tuningu. Przypomina on nam, że ten samochód można jedynie poprawić, zepsuć się go nie da.

Honda City

Był taki trochę krejzi moment w historii Hondy w Polsce, że równocześnie oferowała cztery sedany, tj. City, Civica, Accorda i Legenda. Nie wiem dlaczego, ale się domyślam. Pewnie sądzili, że sukces Renault Thalii z 2001 r. stanie się też ich sukcesem. Obecnie, jeśli dobrze widzę, w gamie Hondy sedan jest jeden. City doczekało się, o dziwo, dwóch generacji. Nawet prasa pisała, że ta druga generacja to tak średnio się chyba przyjmie. Nie szkodzi, i tak ją rzucili, i oczywiście zniknęła zaraz po prezentacji. Niektórzy piszą, że wytrwała w sprzedaży w Polsce prawie 4 lata. Lektura ogłoszeń tego nie potwierdza – nie ma żadnych samochodów nowszych niż 2010 r. W rzeczywistości więc premiera była w 2009, wycofanie – w 2010. Dobra robota.

Honda trochę udawała, że ten sedan jest praktyczny, wyposażając go w składaną tylną kanapę, co widać w tym ogłoszeniu. Ceny spadły już nawet poniżej 20 tys. zł za samochody „bez rdzy i korozji”. Można kupić sobie od firmy, wtedy będzie drożej, ale firma odpowiada za wady ukryte pojazdu, nawet jeśli o nich nie wiedziała.

Najwyższy przebieg w ogłoszeniach jaki znalazłem to 204 000 km. Ktoś przejechał tyle małym sedanikiem Hondy, i to zasilanym gazem. Najniższy – 85 000 km. Jak widać, ceny różnią się bardzo niewiele. Nic bowiem nie zmienia faktu, że to Jazz z naroślą. A ten silnik 1.4 to podobno ma tylko 1339 ccm, więc jak oni z tego zrobili 1.4, to nie wiem. Oczywiście doceńmy fakt, że ma cztery cylindry.

Kia Proceed II

W pierwszej generacji Cee’da wersja 3d jeszcze jakoś się broniła. W drugiej była już dinozaurem, podobnie jak wszystkie trzydrzwiowe samochody kompaktowe – Golf czy Astra GTC. Wprawdzie w międzyczasie na rynku pojawił się trzydrzwiowy wariant Seata Leona, ale nadal trudno mi uwierzyć, że on istniał naprawdę. W życiu widziałem jeden egzemplarz: prasowy.

Może ktoś mi wytłumaczy, co pociągającego jest w kompaktowej, przednionapędowej Kii z dieslem. Jej sens to praktyczność i małe spalanie. Bęc, zróbmy z niej trzydrzwiową. Co może pójść źle? A żeby była jeszcze atrakcyjniejsza dla ludzi szukających czegoś, co ich wyróżni, postawmy ją na plastikołpaku. Czy naprawdę nie dało się anulować tego pomysłu przed narodzinami?

Ale poczekajcie, bo jest jeszcze śmieszniej. Ten 1.6 CRDi 128 KM to tak naprawdę najsensowniejszy silnik do tego wozu. Przejedźcie się czymś z 1.6 GDI. Ten silnik nie ma mocy na niskich obrotach, ale za to nie wkręca się na wysokie. A nawet jeśli, to chyba tylko po to, żeby trochę powyć. Myślicie, że już jest bekowo? To uwaga: Kia Procee’d 1.4 99 KM. To sportowe coupe osiąga 100 km/h w 12,8 s. Można pościgać się z kombivanami, ale raczej z załadowanymi. Czy już dotarliśmy do granic nieśmiesznych motoryzacyjnych żartów? A gdzie tam. Patologia postępuje: oto Kia Procee’d 1.0 T-GDI. Osiągi podobne, ale za to ma 3 cylindry zamiast 4, więc do kompletu dostajemy jeszcze wibracje. I to przeszło przez wszystkie stadia projektu, ktoś to zatwierdził i wypuścił na rynek, musiał do tego zrobić marketing, i nikt na żadnym etapie nie powiedział „kurde ale może powinniśmy to przerwać”. Albo powiedział, ale nikt go nie słuchał, bo prezes kazali.

Wygląda to tak, jakby sylwetkę i detale projektowały dwa różne zespoły, mające zakaz stykania się ze sobą.

Oczywiście była sensowna wersja Procee’da – to 1.6 T-GDI GT 204 KM. Ale o takich dziś tu nie mówimy.

Mini Coupe

Nasi klienci kupują nasz podstawowy model, bo fajnie jeździ, chociaż nie jest zbyt praktyczny. Tam do licha, Helmut, co by tu zrobić? Wiem! Dajmy im JESZCZE MNIEJ praktyczny model, i przy okazji niech będzie BRZYDKI. Dobra, to brzmi jak świetny plan.

I tym sposobem powstało Mini Coupe, najmniejsze coupe na rynku, do którego ta linia nijak nie pasowała, ale za to zabierała dwa miejsca z tyłu. Może wyglądało gorzej niż normalne Mini, ale za to można je też było mieć ze słabymi silnikami.

W ogłoszeniach oczywiście jest tego niewiele. Czarny egzemplarz ma mocny silnik 1.6 Turbo (tak, to ten z kłopotliwym łańcuchem rozrządu) i automatyczną skrzynię biegów. Niestety uważam, że czarny kolor odbiera resztki uroku wszelkim sportowym samochodom. Zobaczcie jak świetnie ta konfiguracja wygląda w bieli... nie, dobra, cofam to co powiedziałem. Czarny jest o wiele lepszy, dzięki temu linie tego auta jakoś się chowają, a w przypadku białego są wyeksponowane, co zdecydowanie nie działa na jego korzyść.

Wygląda, jakby ten model z salonu wyjeżdżał tylko jako 1.6 Turbo + automat. No wie pani, to jest dwumiejscowe coupe, ale za to ma przedni napęd i nie trzeba zmieniać biegów, tak że rozumie pani, same zalety. Oczywiście jestem w błędzie, bo jak się poszuka, to jest i wolnossące 1.6 z koniecznością ręcznej zmiany biegów. A nawet można znaleźć 1.6 Turbo w manualu, tutaj i tutaj. Ale wszystkie te auta łączy jedno: są czarne, szare lub białe. Tak jakby na wszelki wypadek nikt nie chciał brać wyróżniającego koloru. Może one były kupowane tylko w wyniku przegranego zakładu? To by też tłumaczyło wielkość sprzedaży tej wersji. Tak czy inaczej, za 35-40 tys. zł możecie przygarnąć takie słusznie zapomniane dziecko BMW.

Opel Astra sedan

Już Opel Astra II generacji, czyli „G” jako sedan nie sprzedawał się jakoś świetnie. Astra III/H z pewnością nie była przebojem w swojej trzybryłowej postaci. W jaki więc ludzki sposób ten wóz przedostał się na rynek po raz czwarty, tego zaiste nie wiem. Widocznie zostaliśmy potraktowani jako część rynku rosyjskiego, tam sedany tego typu żrą od zawsze i nie zamierzają przestać.

Oczywiście jeśli weźmiemy pod uwagę, że w ogłoszeniach jest aż 200 sztuk Astry J sedan, to oznacza, że jednak ktoś ją kupował. Niezbyt intensywnie jednak, bo w obecnej generacji już jej nie ma i raczej nie wróci. Tymczasem ogłoszenia pozwalają naprawdę przebierać w ofertach, o ile pogodzimy się z tym, że nasz nowy, prestiżowy sedan będzie miał kolor brudnego śniegu, szczura lub tego koloru nie odważę się nawet nazwać. Ale takie jeden cztery turbo na plastikowym kołpaksie i z LPG może być zupełnie fajne, jeśli masz 95 lat. Chociaż nie, wtedy to doceniasz że silnik jest wolnossący. A jeszcze większym rarytasem jest wolnossąca Astra sedan z automatyczną skrzynią biegów. To Chevrolet Impala na miarę naszych czasów.

Jak się lepiej poszuka, to można znaleźć Astrę sedan na alusach. Niewiele jest już aut tej klasy, które w ogłoszeniach występują głównie z kołpakami, zwłaszcza mając na uwadze jak mocno Opel promuje felgi strukturalne (czyli stalaki przypominające kształtem felgi aluminiowe).

Zastanawia mnie to ogłoszenie: diesel wyceniony na połowę wartości wersji benzynowej. Czy to z powodu dużego przebiegu, czy nikt już nie chce diesla? Faktycznie w ogłoszeniach jest ich bardzo niewiele. Bardzo wiele jest natomiast aut: benzyna, salon Polska, mały przebieg, pełna historia. Jest więc niemało zachęt, żeby przygarnąć to alternatywnie piękne cacko.

Renault Latitude

Nadal nie wiem po co ten koreański sedan przyjechał do Europy. Jedyne z czym mógł konkurować to Laguna, bo klasa wyższa to to z pewnością nie była. Renault próbowało robić z tego jakieś premium, wpychając tam zupełnie niepasujący do tego auta silnik 3.0 V6 dCi. Oczywiście nikt go w tej wersji nie kupował, wszyscy brali 2.0 dCi. I to jest akurat całkiem niezły wybór, i całkiem dobry silnik, po prostu cały samochód wydaje się niedokończony, jakby ktoś zakończył prace stylizacyjne nieco za wcześnie i puścił do sprzedaży takie bezpłciowe mydło.

Za bezpłciowe mydło zapłacimy od ok. 25 do 35 tys. zł. Jeśli szukasz typowo sedanowatego sedana, jesteś fanatykiem aut francuskich i lubisz wozy, do których nie ma części – propozycja warta rozważenia. Wnętrze wygląda znośnie (choć Laguna jest chyba ładniejsza) i ma sporo miejsca. Egzemplarz za 25 700 zł jest już ponoć zarezerwowany. Nie szkodzi, bo jest wybór. Ten jest superbogato wyposażony – spójrzcie tylko na panel sterowania fotelem i na przyciski na konsoli środkowej obok guzika uruchamiającego silnik. To jonizator powietrza Samsung Super Plasma. Macie coś takiego w swoim BMW? No właśnie. Oglądać dalej nie ma co, wszystkie auta to 2.0 diesel z automatem. Najwięcej prawdy w opisie zawarli podlinkowani już państwo Waldemar i Małgorzata: możliwa negocjacja ceny. Och, nie wątpię.

Oczywiście listę można by ciągnąć

Volkswagen Eos, Range Rover Evoque 3d, Suzuki Kizashi – tego jest dużo. Ale nie będę już dręczył producentów, wystarczy że dręczą ich limity CO2.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać