REKLAMA

Na Facebooka powróciła dawna moda. Rozpaczliwie chwytamy się starych rytuałów

Facebook jest skansenem, więc potrzebuje swoich własnych rekonstrukcji.

facebook
REKLAMA

Przebywanie na umierającym Facebooku jest fascynujące właśnie dlatego, że platforma kona. To niezbyt przyjemne miejsce, które wręcz krzyczy, aby uciekać. Z miesiąca na miesiąc staje się coraz gorsze, jak zauważył niedawno Marek Szymaniak, który zrobił sobie dwuletnią przerwę. Nie trzeba nawet spojrzenia z dystansu, aby zdać sobie sprawę, że nie ma w nim informacji, nie ma też społeczności, więc nie ma w zasadzie powodu, aby klikać i przewijać. Poza przyzwyczajeniem i być może tym właśnie poczuciem, że to ostatnie chwile wielkiego projektu, który pogrążył się w marazmie i tym, co najgorsze. Oczywiście wiem, że są jeszcze grupki i profile, które podtrzymują wiarę w sens istnienia platform społecznościowym, ale mimo wszystko Facebook w nieprawdopodobnym stopniu oddalił się od swoich korzeni i założeń. Katastrofa trwa, więc nie można odwracać wzroku, żeby niczego nie przegapić. Co jeszcze się zepsuje? Co jeszcze pójdzie nie tak? Kiedy to w końcu runie?

REKLAMA

Facebook jest odwrotnością wyspy, na której mieszkają ludzie odizolowani od cywilizacji. Jest miejscem, do którego cywilizacja dotarła dawno, wszystko zniszczyła, z którego większość dawno się ewakuowała, a ci, co zostali, sami nie znają przyczyn swojej decyzji. Może nie mają dokąd się udać, a może jest im już wszystko jedno. Są i odgrywają dawne role, świadomi bądź nie zbliżającego się kresu. Bo przecież prędzej czy później musi tym się skończyć, innej opcji nie widzę. I właśnie dlatego chcę być świadkiem, właśnie dlatego spaceruję po tych opustoszałych ulicach, natykając się na tych, którzy jak ja zostali na tonącym statku. Tylko że na tej łajbie nie ma nawet orkiestry. 

Facebook jest trochę takim żywym skansenem

Jak na skansen przystało, co jakiś czas odbywają się rekonstrukcje, zabawy w dawne życie. I niedawno jedna z nich miała miejsce. Nie dość, że ludzie zaczęli wrzucać 9 płyt, które ich ukształtowały, doczepiając się do człapiącego po Facebooku trendu, to jeszcze - i to najlepsze - znaleźli się tacy, którzy z tego zachowania zaczęli drwić, oburzać się i pomstować na głupią modę. Ach, cóż za powrót do przeszłości. 

REKLAMA

Faktycznie zabawa wyskoczyła ni z tego, ni z owego. Nie miała wigoru dawnych wyliczanek - dawniej można było mieć wrażenie, że jeśli ktoś nie dołączy, to faktycznie świat się zawali, dlatego nikt nie ryzykował i postował - ale i tak jacyś chętni się znaleźli. Może to efekt przyzwyczajenia: widzisz modę i musisz brać udział, nawet jeśli nie ma powodu, sensu i ochoty. Zwyczajny odruch. Pies wariuje słysząc słowo "spacerek", facebookowicz staje się czujny, gdy usłyszy "wyzwanie" lub "łańcuszek". Może jeśli nie opublikujesz swoich 9 ulubionych płyt, to już nigdy nie usłyszysz żadnego dobrego albumu albo nie pójdziesz na koncert idola? Lepiej nie ryzykować.

Skoro właśnie tak robiło się przez tyle lat na Facebooku, a nawet jego poprzednikach, to trzeba podtrzymywać tradycję. Wszystko się zmieniło, dawne obyczaje przepadły, ale chociaż ten jeden należałoby kultywować, w imię pamięci przodków, których z nami już nie ma i którzy teraz nie podzielą się swoimi faworytami. 

REKLAMA

(Dobrze wiemy, że zrobili to już kilkukrotnie, więc pod tym względem akurat niczego nie straciliśmy). 

Dlaczego akurat teraz moda powróciła i dlaczego trzeba wybrać 9 tytułów, a nie 10 czy 5, jak ma to miejsce w tego typu zestawieniach? Dlatego, aby zestaw ładnie i równo wyglądał w udostępnianym kwadraciku, ale mam podejrzenie, że nie chodzi wyłącznie o estetykę. Dzięki tej sprytnej zmianie idea może sprawiać wrażenie czegoś świeżego. Niby powtórka, ciągle robi się to samo, ale inaczej. Można poudawać, że to nowość i dzięki temu w trupa tchnęło się nieco życia.

REKLAMA

Podobnie było zresztą w przypadku mody na powrót do 2016 r., która rozhulała na początku tego roku. Dlaczego mielibyśmy wracać do 2016 r., skoro nie wydarzyło się wtedy nic istotnego, to żadna duża i okrągła rocznica, a rok 2016 wcale aż tak bardzo nie różni od 2026? Nie istniał żaden sensowny powód dla tego powrotu do przeszłości, ale potrzeba powtarzania i wracania do starych nawyków okazała się silniejsza. 

Powodów do dzielenia się najważniejszymi albumami nie ma też i teraz, a okoliczności wybitnie nie sprzyjają - wszak jak zauważał w swoim tekście Marek Szymaniak, dziś Facebook to głównie reklamy, rekomendowane przez AI posty, rolki, popularne tematy, a nie znajomi i ich treści.

REKLAMA

A jednak wyzwanie płytowe podjęto i postanowiono upudrować trupa

Naprawdę ucieszyłem się, kiedy po zobaczeniu kilkunastu obrazków z albumami, które ukształtowały autora wpisu, z czasem wyświetliła mi się na Facebooku również krytyka tej mody. Bez narzekania rekonstrukcja by się nie udała. Dzięki temu tradycji stało się zadość i dopiero wtedy poczułem się jak w bardzo znajomym miejscu. 

Tylko z tego powodu obecność krytykującego przyjąłem z zadowoleniem. Do samego łańcuszka nic nie mam, wręcz przeciwnie, zrobiło mi się z jego powodu miło. Kątem oka rzucałem, co wrzucali ludzie, wierzący w to, że ktoś jeszcze czeka na ich zbiory, że dla kogoś może to być ważne i interesujące. Choć znamienne, że do mody dołączyły głównie specjalistyczne profile (muzyczne, filmowe, książkowe), a nie zwykli użytkownicy, jakby potwierdzając siłę nawyku i konieczność obowiązku: jest jakaś moda, trzeba brać udział, takie są obowiązki twórcy i komentatora internetowego. 

REKLAMA

Czy rzeczywiście ktoś jeszcze wierzy, że po drugiej stronie jest ktoś, kto czeka na te dziewięć tytułów? Jest w stanie podyskutować, oburzyć się, zachwycić? To już nie strach przed tym, czy kogoś to w ogóle obchodzi, ale czy po prostu znajdzie się odbiorca, jakikolwiek. Powrót do dawnego rytuału jest też wyrazem pragnienia, aby miał on jeszcze znaczenie. Wiarą w to, że można porozmawiać o tym, co się lubi, o tym co może łączyć, a nie tylko o tym, co dzieli i każe wybierać strony sporu.

Lata temu nie byłem fanem tego typu internetowych mód i wszelkiej maści łańcuszków

Wydawały się być głupim pędzeniem za tłumem, bezmyślnym naśladownictwem, robieniem tego co wszyscy. Po latach urzeka mnie jednak tamta wiara w to, że dla kogoś gest może mieć magiczne znaczenie - "cóż szkodzi spróbować, może akurat wielka korporacja się ugnie i wysłucha w głos ludu, który pisze 'wszystkie moje zdjęcia są moją własnością, a NIE Facebook'" - albo że należy dzielić się ulubionymi filmami, książkami i albumami, bo taki jest sens przebywania w internetowej wspólnocie.  

REKLAMA

Zmianę, która zaszła przez lata, dobrze ukazał krążący nie tak dawno po sieci obrazek. Mem zwracał uwagę, że kilka lat temu oburzeni internauci masowo publikowali zaklęcia i klątwy o tym, że nie pozwalają Zuckerbergowi czy innej platformie na wykorzystywanie ich danych, zdjęć czy informacji. Dziś zaś wszystko oddawane jest lekką ręką, agenci AI biorą, co użytkownik poda im na tacy, paplając o wszystkim. 

Może i wiara w łańcuszki była naiwna, ale jednocześnie zakładała, że słowa mają moc. Że ludzie, jeśli się zjednoczą i będą działać wspólnie, mają moc. Dziś nie jesteśmy tak naiwni, bo nie mamy żadnych złudzeń. I może trochę szkoda. 

REKLAMA

Teoretycznie samo udostępnienie albumów można interpretować jako przykład naiwności - złudnej wiary w to, że po drugiej stronie są jeszcze odbiorcy, dla których będzie to ważne. Jest to też pewnie dowód na egocentryczność. Może i Facebook nie ma w sobie nic z portalu społecznościowego, ale pal licho, jest okazja powiedzieć coś o sobie, to trzeba korzystać. 

Pewnie byłoby lepiej, gdyby takie mody umierały szybko śmiercią naturalną. W końcu Facebook ma nas w nosie, dopuszcza do publikacji fałszywych reklam i dezinformacyjnych treści, stawia wyłącznie na rzeczy, na których można zarabiać, a tu jak gdyby nigdy nic trwa festiwal przyjaźni i rozmów o kulturze i sztuce. Udajemy, że zła nie ma i Facebook jest dla nas i dla naszych znajomych. Tymczasem nie powinniśmy jeszcze łudzić, że tu chodzi o nas, o to, co myślimy, co nam się podoba, a co nie. Po co więc udawać, że jest 2014 r. i trzeba pilnie uczestniczyć w takich gierkach? Od tego media społecznościowe nie zrobią się lepsze, chyba że na momencik. Ktoś na Facebooku mógłby mieć niezły ubaw: zrobiliśmy im piekło, uczyniliśmy ze społecznościowego portalu farsę, a tu proszę, dalej ambitnie walczą w dzielenie się pasją.

REKLAMA

Nie mogę jednak obrażać się na próbę podtrzymania wiary w to, że taka aktywność ma sens. To smutne, że tylko to zostało - to prawda. Nie wiemy, gdzie dziś można tworzyć lepsze media społecznościowe i jak. Nie wiemy nawet, czy to jeszcze możliwe. Dlatego jedyne, co zostaje, to powtarzanie i sięganie po stare metody, co ma pozwolić poczuć się tak, jak wtedy. 

Tak to właśnie odbieram - jako próbę wypłynięcia na powierzchnię, wypowiedzenie walki algorytmom i fałszywym reklamom. To chęć przebicia się i pokazania: hej, jeszcze jestem, lubię to i to, jestem żywym człowiekiem i użytkownikiem. Jesteście też?

REKLAMA

Nawet jeśli to naiwne, bo miejsce, w którym składa się tę deklarację, nie ma nic wspólnego ze społecznościowymi wartościami, to i tak każda taka próba zasługuje na wyrozumiałość. 

Zdjęcie główne: Creative Salim / Shutterstock.com

Adam Bednarek
Redaktor

W Spider’s Web od kwietnia 2021 zajmuje się tematami związanymi z ekologią, przyrodą, ochroną środowiska, architekturą, miastami przyszłości, transportem publicznym z pociągami na czele i, rzecz jasna, wpływem technologii na nasze zwykłe życie. Zaczynał od pisania o grach – przede wszystkim w serwisie gamezilla.pl, z przerwą na gram.pl. Następnie zajął się opisywaniem technologii, robiąc to w takich portalach jak next.gazeta.pl, a potem serwisach technologicznych grupy WP (tech.wp.pl, dobreprogramy.pl, gadżetomania.pl – będąc redaktorem prowadzącym – czy polygamia.pl). Prywatnie fan Morrisseya, morza, bloków z wielkiej płyty i dziwnych budynków, o których zdarza mu się zresztą pisać.

REKLAMA
REKLAMA