REKLAMA

Kukiriniarze mogą rozjeżdżać ludzi, Polacy dają okejkę. Zaskakujący sondaż

Ależ proszę, kukiriniarzu, pędź dalej - a my zadbamy o to, abyś dalej mógł być postrachem chodników i zagrożeniem dla siebie, jak i dla innych. W imię najważniejszej wartości: wolności!

hulajnoga
REKLAMA

Na przykładzie elektrycznych hulajnóg jak na dłoni możemy zaobserwować istotne problemy, przez które nasza rzeczywistość wygląda jak wygląda - niezbyt sympatycznie. Wszystko zaczęło się tak niewinnie. Firmy udostępniły pojazdy na wynajem, by ludziom było wygodnie. Zamiast spaceru, szybki dojazd do pracy, szkoły, domu. Wyskakujesz z pociągu czy autobusu i dojeżdżasz 1 czy 2 km. Idea - piękna. Ale po drodze gdzieś się rozjechała. 

REKLAMA

Firmy zalały miasta i miasteczka hulajnogami, te walały się gdzie popadnie. Niby wina użytkowników-bałaganiarzy, ale też tych, którzy nie chcieli brać odpowiedzialności za swoją usługę. Porozrzucane pojazdy to jedno, do tego dochodziło jeszcze zachowanie sterujących - zbyt szybka jazda, niebezpieczne manewry, przepędzanie innych uczestników ruchu, jazda w dwie osoby na jednym, małym urządzonku. Tam, gdzie mogło pójść źle - poszło. 

Państwo czy same samorządy były pobłażliwe. Niby coś tam zdziałano: pojawiły się ograniczenia prędkości czy wyznaczone strefy, w których można zostawiać pojazdy. Czy rozwiązano dzięki temu problemy? Nie do końca. Nikt jednak nie traktuje elektrycznych hulajnóg jako eksperymentu, który po prostu się nie udał. Z góry założono, że skoro coś pojawiło się na ulicach, to trzeba się z tym pogodzić i dojść do kompromisu. Zgniłego, ale jakiegoś. Źle to wróży w kontekście takich potworków jak nowy pojazd Tesli. 

REKLAMA

Największy paradoks polega na tym, że dziś tęsknię za problemami wywołanymi przez hulajnogi na wynajem. Jak bardzo chciałbym, żeby to one były jedynym chodnikowym wrogiem! Z perspektywy czasu wydaje się to taką błahostką. Naprawdę moglibyśmy się dogadać. 

Sęk w tym, że teraz postrachem ulic są znacznie większe hulajnogi

Potężniejsze. Cięższe. No i szybsze. Dużo, dużo szybsze. Dostaliśmy potwierdzenie, że w powiedzonku "dasz palec, wezmą rękę" kryje się więcej niż ziarno prawdy. Producenci i sprzedawcy zobaczyli, że władze przymykają oczy na kwestie hulajnóg na wynajem, bo po prostu nie ma kto tego kontrolować, więc logicznie uznali, że podobna bezsilność wystąpi w przypadku demonów prędkości. 

REKLAMA

Po raz kolejny okazuje się, że przepisy są fikcją. Można przerabiać pojazdy, zdejmować ograniczenia, bo kto zabroni, kto ukarze, kto skontroluje? Dziś na drogach dla rowerów czy pomiędzy pieszymi kursują bestie, które są w stanie wyprzedzać samochody. 

Tak, tak - policja i straż miejska pilnują. Raz do roku. Komuś się nie poszczęści i dostaje karę, a reszta prowadzących potężne hulajnogi czy równie niebezpieczne elektryczne rowery przemyka bokiem. I tak to się kręci, do kolejnego zrywu służb. 

REKLAMA

A my co? Musimy się dostosować

Według nowego sondażu, przeprowadzonego przez IBRiS dla Polskiej Agencji Prasowej, 78,2 proc. Polaków domaga się obniżenia dopuszczalnej prędkość tych pojazdów, a 76,5 proc. jest za wyznaczaniem stref, w których poruszanie się hulajnogami elektrycznymi byłoby zabronione. 

To prawda, hulajnoga hulajnodze nierówna - mimo wszystko pojazd na wynajem różni się od tego kolosa mogącego ścigać się z samochodami. Co nie zmienia faktu, że nawet z maluchami jest niemało problemów. Nadal prowadzący manewrują między pieszymi, nadal na niewielki pokład zabierają pasażerów na gapę, nadal hulajnogi potrafią utrudniać przejście - nawet jeśli wyznaczy im się do tego specjalną strefę. 

REKLAMA

My zaś chcemy być tymi dobrymi. Dobrze, ustąpimy. Pędźcie po chodnikach, mijajcie nas na przejściach dla pieszych. Damy sobie radę, będziemy pokorni. Ale chociaż zostawcie nam parki, dobrze? Niech tam pieszy będzie wolny. Niech tam jego szanse na uniknięcie urazu choć trochę wzrosną. 

Kiedy słyszę takie propozycje, jak zakaz wjazdu hulajnóg do parku, by piesi mogli czuć się bezpiecznie, coś się we mnie gotuje. Dochodzi do sytuacji, w której wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że hulajnogi są niebezpieczne, więc zamiast zaradzić i wziąć się za źródło problemu, poszukano naprawdę kreatywnego rozwiązania. 

REKLAMA

Trochę jak w tym dowcipie o lekarzu, który słysząc, że pacjenta boli, gdy śpi na prawym boku, radzi, aby na nim nie spał. Jakie to proste, prawda? 

Boisz się, że hulajnoga cię rozjedzie na chodniku? Masz dosyć schodzenia z drogi tym, którzy pędzą po miejscach dla pieszych? Idź do parku. Tam będzie spokojniej. A przynajmniej powinno być. 

REKLAMA

Sposobem na awanturującego się, groźnego sąsiada, jest próba przekonania go, żeby między 19:00 a 20:00 starał się być cicho. Albo nie zaczepiał sąsiadów siedzących na ławce - no dobrze, zgoda, tylko w soboty, byleby się dogadać! Jak już musi być głośny i wulgarny, trudno, ale chociaż między klatką schodową a kontenerem na śmieci obniża głos. 

Tak, elektryczne hulajnogi, które rozwijają szalone prędkości, są takim nieprzyjemnym sąsiadem. Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że prędzej czy później skończy się to tragedią, ale nikt nic nie robi. Wolnoć, Tomku, w swoim domku. 

REKLAMA

O ile ograniczenie prędkości i stref poruszania budzi zgodę wśród ankietowanych, tak sprawa ewentualnego zakazu takich pojazdów dzieli Polaków.

Zakaz popiera 43,2 proc. respondentów, a 48,5 proc. jest przeciwnego zdania

Opinie w tej sprawie wyraźnie różnią się zależnie od wieku. Całkowity zakaz popiera 68 proc. osób w wieku 60-69 lat i 62 proc. badanych w wieku 70 lat i więcej. W grupie 18-29 lat za zakazem opowiada się 30 proc., a przeciwko niemu 63 proc. Najmniejsze poparcie dla takiego rozwiązania widać wśród osób w wieku 40-49 lat. Popiera je 17 proc. badanych z tej grupy wiekowej, a 72 proc. jest mu przeciwnych - relacjonuje PAP. 

REKLAMA

Jeszcze ciekawsza jest inna statystyka. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy z hulajnóg elektrycznych korzystało 8,4 proc. respondentów, a 91,6 proc. deklaruje, że tego nie robiło. 

Czyli większość ma się podporządkować głośnej, awanturniczej, sprawiającej zagrożenie mniejszości! Nie wrzucam każdego właściciela elektrycznej hulajnogi do jednego worka, ale niestety wiem, co widzę, i zbyt wielu użytkowników sprawia zagrożenie. 

REKLAMA

Interesujące jest to, że większe poparcie jest w grupie 18-29 niż 40-49 lat. Nie wiadomo, dlaczego, ale mam swój typ. Obstawiam, że powód jest prosty: to akurat pokolenie, które najbardziej zostało pokąsane wolnościowymi teoriami rodem z lat 90. 

Szkoda, że sondaże nie wchodzą głębiej w szczegóły. Chciałbym dopytać osoby przeciwko zakazowi, dlaczego są mu niechętni.

Zgaduję, że usłyszałbym piękne hasła o obronie wolności i prawie jednostki

Wolność do jazdy jak szalony. Wolność do przeganiania pieszych. Wolność do stwarzania zagrożenia na chodnikach, drogach dla rowerów, ulicach. Chcącemu nie dzieje się krzywda, bla, bla, bla. 

REKLAMA

Polacy, jak się okazuje, prędzej stanęliby w obronie przedsiębiorcy, który zdejmuje ograniczenia i dzięki temu pozwala ominąć prawo, oraz klienta, który chce kupić co mu się żywnie podoba, niż poparli osobę działającą tak naprawdę w ich interesie. Bo przecież o to w tym wszystkim chodzi: aby na chodnikach było bezpieczniej. 

Bezpieczniej, ale jakim kosztem?! A co z biznesami? Co ze sprzedawcami? Co ze mną, który chce jeździć szybko, ale bezpiecznie, nawet po drodze dla rowerów i chodniku?!

REKLAMA

W ostatnich tygodniach dużo debatuje się o protestach - niestety, mniej o ich powodach ("Przyczyny, o które chodziło Francuzom, prawie zniknęły" - wynikało z analizy Res Futury dot. francuskich strajków; 92 proc. wypowiedzi w polskiej sieci to potępienie zamieszek i protestujących), a bardziej nt. tego, czy w ogóle powinno wyrażać się swoje niezadowolenie. Dostajemy mnóstwo dowodów na to, że jedyne, na co nie zgadzają się Polacy, to właśnie na niezgodę. Upominać się o swoje? Dawno i nieprawda. 

I widać to nawet w temacie hulajnóg zagrażających bezpieczeństwu większości. Owszem, są niebezpieczne i niby coś się chce z tym zrobić, ale tak delikatnie, żeby czasem nikogo nie urazić i przede wszystkim żeby nie zagrozić wolnemu rynkowi. Zakaz? Przecież mam prawo kupić i korzystać jak chcę. Sprzedawca ma prawo sprzedać i dostosować rzecz do potrzeb wymagającego klienta. Wolny rynek. Przepisy niby jakieś tam są, ale czyż zasady nie są po to, aby je łamać? Kto nie kombinuje, ten nie ma. 

Nie będzie naszej niezgody na działanie, które nam zagraża, które przeszkadza, które jest niedopasowane. W imię bardzo dziwnie rozumianych wartości nie staniemy w obronie osób, które mogą być realnie poszkodowane. A nawet jeśli nie dochodzi do wypadków, to samo funkcjonowanie wśród pędzących na złamanie karku użytkowników hulajnóg jest nieprzyjemne. Ale chwila dyskomfortu nie może przecież zagrażać Wolności! 

Adam Bednarek
Redaktor

W Spider’s Web od kwietnia 2021 zajmuje się tematami związanymi z ekologią, przyrodą, ochroną środowiska, architekturą, miastami przyszłości, transportem publicznym z pociągami na czele i, rzecz jasna, wpływem technologii na nasze zwykłe życie. Zaczynał od pisania o grach – przede wszystkim w serwisie gamezilla.pl, z przerwą na gram.pl. Następnie zajął się opisywaniem technologii, robiąc to w takich portalach jak next.gazeta.pl, a potem serwisach technologicznych grupy WP (tech.wp.pl, dobreprogramy.pl, gadżetomania.pl – będąc redaktorem prowadzącym – czy polygamia.pl). Prywatnie fan Morrisseya, morza, bloków z wielkiej płyty i dziwnych budynków, o których zdarza mu się zresztą pisać.

REKLAMA
REKLAMA