Najntisy forever. Dlaczego lata 90. wciąż są w nas tak bardzo żywe?
O latach 90. powiedziano już wszystko, ale jednak ciągle ma się wrażenie, że się nie wydarzyły. I może właśnie przez to tak silnie oddziałują.

O latach 90. powiedziano już wszystko, ale jednak ciągle ma się wrażenie, że się nie wydarzyły. I może właśnie przez to tak silnie oddziałują.

To dziwne uczucie, kiedy nagle na ustach całego kraju jest miejsce, które tak dobrze znasz. Pabianicki zakład produkujący żarówki, działający pod różnymi nazwami przeszło stu lat, upada. To ostatni rok działalności. Prawie 500 osób straci pracę. "Żarówka", jak nazywano miejsce w regionie, towarzyszyła mi przez lata dzień w dzień nie dlatego, że pracował tam ktoś z mojej rodziny. Nie sądzę, by zatrudniony tam nawet jeden z sąsiadów. "Żarówka" była elementem mojej codzienności z zupełnie innego, prozaicznego powodu.
Przy "Żarówce" wysiadało się, jeśli kierowca PKS-u miał zły humor. Jeżeli miał dobry, a na skrzyżowaniu zapaliło się czerwone światło, można było liczyć na to, że uda się wyskoczyć z autobusu wcześniej i skrócić sobie drogę do domu. Wymagało to jednak splotu szczęśliwych okoliczności i odpowiednich przygotowań, które należało zacząć wcześniej, tuż za zieloną górką. Dziś to nazwa kojarzona z popularną w całym kraju pizzerią, znajdującą się nieopodal. Wtedy była to po prostu autobusowa zatoczka. Po niej śladu zresztą nie ma – były przystanki, jest McDonald's i sklep z elektroniką.
Kiedy wyjechało się z zielonej górki, trzeba było zbliżyć się do wyjścia. Zająć dogodne miejsce, jeśli było wolne, i na przedostatnim skrzyżowaniu rozpocząć obliczenia. Jeżeli to na nim zapaliło się czerwone, wiadomo było, że nic z tego. Nawet najszczęśliwszy szofer w dobrym humorze niewiele by pomógł. Odległość pomiędzy skrzyżowaniami była zbyt mała. Kiedy jednak przemykaliśmy na zielonym, szanse rosły. Całkiem prawdopodobne stawało się, że los może nam sprzyjać, a autobus zatrzyma się tak, jak sobie tego życzyliśmy - na skrzyżowaniu, z którego widać było kamienicę i okno mojego pokoiku. Ostatnia prosta: wstać, doskoczyć i zapytać: "możemy szybko wyskoczyć?".
Błyskawiczna akcja zanim zapali się zielone.
Wtedy już tylko kierowca-sędzia musiał wydać wyrok: idziecie, poprzedzone głośnym westchnieniem, krótką rolą, że on nie może, nie powinien, ale niech już nam będzie, wyjątkowo, ostatni raz, więcej nie, bo będzie miał problemy, jak ktoś zauważy i doniesie. Albo po prostu mówił nie i tyle. Wysiadając przy "Żarówce" musieliśmy iść drogą, która teraz, gdy obserwuję ją czasami z okien autobusów, wydaje się być nadal tą samą. Wcale aż tak bardzo się nie zmieniła. Tak samo zarośnięta, trochę dzika, z pozostałościami po dawnych zakładach i fabrykach za murami, i płynącą rzeczką, ledwo widocznym kanalikiem.
To moje pierwsze i tak naprawdę jedyne skojarzenie z "Żarówką". W rozmowie z łódzką "Wyborczą" Łukasz Komuda z Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych zauważa, że cały czas firma była "rentowna, nowoczesna, miała komplet zamówień". Upada, bo amerykański właściciel próbując spłacić swoje ogromne długi pociągnął za sobą pabianicki zakład. "Żarówkę", przy której wysiadałem bądź nie, o której ciągle się w sumie słyszało. Ktoś albo pracował w Polfie, albo w "Żarówce", a wcześniej - w Pamoteksie, który ogłosił upadłość w 2003 r. To jednak "Żarówkę" mijałem jadąc do Łodzi albo wracając. To "Żarówka" stała się moim punktem odniesienia na mapie miasta, w którym się wychowałem, a którego tak naprawdę nigdy dobrze nie poznałem. To o "Żarówce" nie wiedziałem nic, a i tak nieświadomie wpływała na moje dni.
Wysiadając przy "Żarówce" mogliśmy narzekać na niefart: złośliwe światła, zapalające się nie w tym momencie co trzeba, na kierowcę-służbistę albo prędzej na złośliwych ludzi, którzy byliby w stanie zgłosić komuś akt zwykłej życzliwości. Nie docierając do niej świętowaliśmy, ciesząc się z przychylności kierowcy i wychwalając przypadek.
Dzisiaj "Żarówka" jest już przykładem czegoś poważniejszego. Wymyka się logice - jak można zamykać zakład generujący co roku, do dziś, dziesiątki milionów złotych zysku? – a jednocześnie, jak zauważa Komuda, jest symbolem "charakterystycznym dla systemu kapitalistycznego". Możesz dobrze wykonywać swoją pracę, przynosić zyski, radzić sobie, ale pociągnie cię na dno właściciel znajdujący się tysiące kilometrów stąd. Tak jak nasze decyzje zakupowe wpływają na życie pracowników w Azji, dewastując tamtejsze środowisko, tak jak każde nasze zapytanie chatbota pochłania energię i wodę – wypijaną jeszcze nie tu, a gdzieś tam - tak czyjaś biznesowa pomyłka oznacza koniec pracy dla prawie 500 osób w Pabianicach. Może troszkę większa skala, ale z gruntu chodzi mniej więcej o to samo.
I nikogo nie będzie obchodził fakt, że historia zakładu sięga ponad sto lat. Że w latach 80. "pabianicka fabryka stała się w dziedzinie produkcji skrętek i żarówek do świateł reflektorowych w samochodach krajowym monopolistą", jak możemy przeczytać na stronach miasta. Że w latach 1978-80 zaprojektowano i wykonano dwie nowoczesne linie montażowe do produkcji żarówek reflektorowych - asymetrycznych, które zostały sprzedane do NRD i "była to pierwsza w dziejach fabryki sprzedaż myśli technicznej". Żarówki z Pabianic trafiały do RFN, Wielkie Brytanii, Francji, Szwecji, Holandii, Włoch i USA. Dla Czechosłowaków produkowano żarówki dla lotnictwa, do Brazylii trafiały żarówki iluminacyjne, miniaturowe i samochodowe. Kawał historii.
Nie mogę wymagać, by na kimkolwiek robiło to wrażenie, skoro ja nie miałem o tym pojęcia. Mam niezłą wymówkę: w Pabianicach spędziłem tylko pierwsze 12-13 lat życia, a nie jest to okres sprzyjający poznawaniu historii fabryk.
"Pochodzę z lat 90.", ale to Pabianice uchroniły mnie przed typowym dzieciństwem z tego okresu. Mieszkaliśmy w Pabianicach, ale do szkoły chodziłem 15 km dalej. W Pabianicach nie miałby mnie kto odbierać, więc od małego skazany byłem na dojazdy. Dzięki temu Pabianice zawsze były tym lepszym światem, światem czasu wolnego. Żadna ulica nie kojarzyła mi się z drogą do szkoły, nic mi o niej nie przypomniało, mogłem się odciąć - codzienne przykre obowiązki ucznia tam, wolny świat tu, w Pabianicach. To w Pabianicach wszystko było moje, własne, od zawsze, nie musiałem się wpasowywać. W Pabianicach, przez ten niedługi czas, byłem naprawdę u siebie. A jednocześnie bez tego brzemienia, które się z tym wiąże.
Ominęły mnie wszystkie historie o powrotach ze szkoły z dyndającym kluczem, pustym mieszkaniem, szwendaniem się po mieście nim ktokolwiek starszy wróci. Moje Pabianice są niewielkie, kilka ulic i miejsc. Moja mapa Pabianic jest poszarpana - trzy urwane skrawki, które do siebie nie pasują. Nie blokowiska, nie stare miasto. Co najwyżej centrum, SDH, droga przez bulwary na Bugaj. Podwórko kamienicy i znajdujące się tuż obok boisko szkolne, które dla mnie szkolnym nie było.
To na nim dochodziło do sytuacji znanych z cukierkowych wspomnień o latach 90., czasach, kiedy wszyscy się znali, każdy każdego kojarzył. Raz w tygodniu mecze na pełnym boisku z kolegami rozgrywał właściciel sklepu znajdującego się na naszej ulicy. Z panem, w którego warzywniaku robiliśmy zakupy, który mógł być w wieku moich rodziców, grałem jako dziesięciolatek mecze. Starsi zgarniali naszą grupkę, gdy brakowało im zawodników albo któryś z nich się zmęczył. Był to największy zaszczyt, nawet jeśli piłkę kopnąłem raz i to niecelnie.
Te wszystkie ckliwe opowieści o tym, że czas spędzało się na podwórku, w moim przypadku faktycznie były prawdziwe. Zawsze ktoś był na boisku, ewentualnie w nieodległym parku, gdzie też grało się między drzewami ze starszymi chłopakami. Nie znałem innych Pabianic, więc to te lata 90. i przełom wieków wydają mi się być tymi prawdziwymi i jedynymi.
Tyle że dziś patrząc na "Żarówkę" nie trzeba byłoby żyć wspomnieniami, bo przecież dalej była solidna teraźniejszość. To jednak nie wystarczyło, aby uratować przed fatalnym losem.
Czy to bycie przykładem "charakterystycznym dla systemu kapitalistycznego" jest odpowiedzią na to, dlaczego zamknięcie "Żarówki" nie budzi większych emocji, sprzeciwu, solidarności z Pabianicami? To właśnie ten absurd nie jest powodem większego gniewu i niezgody również dlatego, bo po prostu nie różni się od tego, co jako Polacy zdążyliśmy przeżyć, przetrawić i teraz można machnąć na to ręką. Szkoda, bo szkoda, ale z drugiej strony - nic nowego.
W wydanej na początku września książce dr Michała Przeperskiego "Prawie zachód. Historie polskiej transformacji" (wyd. Port) Wojciech Szczurek, były już prezydent Gdyni, wspominał początki piastowania urzędu w końcówce lat 90. Zaprosił wówczas komisję sejmową i przedstawicieli rządu, aby omówić sytuację przedsiębiorstwa Polskie Linie Oceaniczne. Dla członków sejmowej komisji próba wsparcia PLO "brzmiała jak resuscytacja komunizmu".
– Myślę, że na początku było w tym sporo idealizmu. Trzeba było radykalnie zerwać z gospodarką PRL-u, więc naturalne było przesunięcie w stronę wolnego rynku. Problem polegał na tym, że ten sposób myślenia utrwalił się na lata. Cień Balcerowicza unosił się nad Polską znacznie dłużej, niż trwała jego obecność w rządzie – uważa Szczurek.
Potencjał polskich stoczni został zmarnowany. I nie tylko ich. "Prywaciarze wykupowali od nas maszyny - jako złom, dosłownie - i na tym budowali własne zakłady" – opowiada inny bohater książki Przeperskiego, jeden z łódzkich robotników.
Nabywca łódzkiej Bistony w 1992 roku otrzymał pożyczkę międzynarodową w wysokości 15 milionów dolarów za pośrednictwem polskiego rządu - przypomina cytowana przez Przeperskiego strona Fabryki PRL. Przedsiębiorstwo zostało postawione w stan likwidacji, a "następnie sprzedane, pomimo że oferowana cena była niższa niż zaproponowana przez drugiego oferenta".
Marta Madejska, autorka książki "Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji", cytuje raport Najwyższej Izby Kontroli, z którego wynikało, że podczas wyboru kupca dla Bistony nie sprawdzono sytuacji finansowej nabywcy.
W różne obietnice było uwierzyć łatwo. Pod koniec lat 90. pabianicki Pamotex zaufał analizie, którą przygotowała znana firma konsultingowa. Prognoza była prosta: popyt na szerokie tkaniny będzie rosnąć, a zakład zarobi 80 mln zł. Za optymistyczny raport zapłacono ok. 300 tys. zł, a potem zdecydowano się kupić urządzenia za 5 mln dol. Nikt w Polsce takiego sprzętu jeszcze nie miał. Nikt jednak też nie zamierzał kupować szerokich kołder i zaczęły się poważne finansowe tarapaty, które doprowadziły do upadku. Próbowano sądzić się z firmą odpowiedzialną za mamiący raport, ale ta twierdziła, że nie ponosi odpowiedzialności za decyzję.
Ta opowieść brzmi dziwnie znajomo. Wtedy wierzono w raporty firmy konsultingowej, dziś w głupoty wypluwane przez AI. Można sobie wyobrazić, że wtedy angielskie wtrącenia wcale nie brzmiały głupio, a jedynie utwierdzały w przekonaniu, że droga do sukcesu jest prosta i krótka.
W promowaniu nowych szerokich kołder nie pomogła nawet Kora. "Akcja reklamowa kosztowała wiele, a z daleka billboardy wyglądały tak, jakby reklamowały kolejny koncert Kory" – mówił były pracownik Pamoteksu. Naiwna wiara, że znana twarz wystarczy, też jest dalej aktualna. A szczęśliwego zakończenia nie było - artystka sądziła się z Pamoteksem, który zalegał z wypłatami, tłumacząc się kiepską sytuacją finansową.
Henryk Sterniczuk, jeden z rozmówców Przeperskiego, przyznawał, że na początku lat 90. wielu było przekonanych o tym, że "istnieje jeden właściwy kierunek zmian i że nie podlega on negocjacji". Co więcej, liczyło się tworzenie instytucji, które "w niczym nie będą przypominały systemu komunistycznego". Wszystko, co mogło w jakikolwiek kojarzyć się z komuną, było krokiem wstecz. A należało pędzić do przodu.
Ten czar zadziałał. Była pracownica Bistony powiedziała Madejskiej, że każdy krytyk likwidacji zakładów od razu brany był "oszołoma".
– Bo był tylko jeden dobry kierunek: że to, co państwowe, to złe – mówiła.
I do dzisiaj z tego zaklęcia nie możemy się odkręcić. Wraz z trwaniem nabrał mocy, stał się jeszcze potężniejszy. Dziś jest tak wyświechtany, że aż groteskowy, ale nadal działa. Komuną pachnie nie tylko państwowe budownictwo czy bezpłatny dostęp do podstawowych usług, ale nawet darmowa woda w kawiarni i ustalanie jadłospisu w szkole. Komunistyczne jest 15-minutowe miasto, transport publiczny, ograniczenie ruchu samochodów. Komunistyczne jest wszystko, co nie jest tknięte przez niewidzialną rękę wolnego rynku.
"Cofamy się do PRL-u" – mówią przeciwnicy systemu kaucyjnego, oskarżając rząd o to, że uczynił z nas śmieciarzy. Można oczywiście zżymać się na te głupie komentarze, widząc w nich wyłącznie cyniczną polityczną grę, ale może kryje się w nich dziwny, choć prawdziwy strach. Opacznie zrozumiany lęk, który wraca w pokraczny, bo przesadzony sposób. Zupełnie mylny także dlatego, że przecież jeśli już, to nie cofamy się aż do PRL-u, a nieco wcześniej, do lat 90. Ale może wyparto z pamięci obrazki z lat 90. i przełomu wieku, kiedy osoby nieradzące sobie inaczej musiały np. zbierać złom. Wiemy, że do czegoś nie chcemy wracać, ale boimy się nawet nazwać okres budzący w nas grozę. Uciekamy, obwiniając innego winnego. Bo to przecież komuna i tylko komuna wyciągała z nas wszystko, co złe. Okresu pomiędzy PRL a teraźniejszością jakby nie ma.
Pisząc o Wałbrzychu po czasach transformacji Tomasz Rakowski, autor książki "Łowcy, zbieracze, praktycy niemocy. Etnografia człowieka zdegradowanego", zauważał, że po zamknięciu kopalń "miasto opanowała swoista gorączka złomu – niemal wszyscy znają ceny i rodzaje złomu, znają wady i zalety poszczególnych skupów i odpadów".
Wałbrzych był według Rakowskiego miejscem, które najdotkliwiej odczuło skutki przemian dokonujących się po roku 1989. Tyle że to, co przeżył Wałbrzych, przeżyła też cała Polska - jak podkreślono z kolei w opisie niedawno wydanej książki "Pokolenie, któremu obiecano przyszłość. Historia (nie tylko) wałbrzyska". Może dlatego tak łatwo i chętnie wyśmiewa się Wałbrzych – ale też Łódź, Radom i wszelkie inne miasta, które ucierpiały na skutek transformacji – próbując przykryć strach, że to wcale nie my. To oni, ci gorsi, dziwni, biedni, zacofani. Oni, nie my.
Ale też przyznaje się, że wszyscy to znają, wszędzie tak było - upadały zakłady, fabryki, instytucje, ktoś kupował je za bezcen, po czym zarabiał majątki. Sprzedawano wszystko, co cenne i wartościowe. Nawet jeśli za niezłe pieniądze - jak meble i obrazy z pałaców fabrykantów, które znajdowały się w gabinetach prezesów pabianickiego Pamoteksu - to i tak zaprzepaszczano bezpowrotnie dziedzictwo miasta. Ratując przyszłość, tracono przeszłość.
"Naszym celem jest spłacanie długów fabryki" – mówił w 2004 r. "Życiu Pabianic" pełnomocnik syndyka Pamoteksu tłumacząc wyprzedawanie wszystkiego, co się da. Redakcja sugerowała, że pamiątki po przedwojennych fabrykantach mogłyby trafić do muzeum miasta, tym bardziej że upadająca fabryka była winna miastu ok. 7,5 mln zł. Skorzystał ktoś inny, a po szafach, rzeźbach, biurkach, obrazach, całej fabrykanckiej przeszłości nie było śladu "nawet w księgach majątkowych".
Ludzie tracili pracę, szli na bezrobocie. Znamy to. Ale czy na pewno? Czy na pewno te historie odpowiednio wybrzmiały, zostały przetrawione, poradziliśmy sobie z nimi? Czytając o transformacji, to właśnie one uderzają najbardziej i po zapoznaniu się z nimi ciągle tkwi pytanie: jak ludziom udało się to przetrwać. Czytając ma się też wrażenie, że przykre wspomnienia zostały głęboko zakopane. Tyle że one dalej wracają i wpływają na patrzenie na rzeczywistość. Inną, ale obserwowaną przez pryzmat dawnych krzywd. Lata 90. są bezpieczną, grubą kreską, która wymazuje też samą siebie.
Dość znamienne, że "Pokolenie, któremu obiecano przyszłość. Historia (nie tylko) wałbrzyska" Marty Kurkowskiej-Budzan kończy się właśnie tuż przed okresem transformacji. Może to celowy zabieg. Mowa w końcu o pokoleniu, któremu obiecano przyszłość, a nie temu, któremu zabrano teraźniejszość. O tym - niby - wiadomo całkiem sporo. Dostajemy na koniec jedynie krótkie postscriptum opowiadające o urodzonym w latach 80. przykładowym Łukaszu, synu pokolenia bohaterów książki.
Już widział, że nowy świat jest inny - wyśmiewa stary, zacofany, nieefektywny, szary i brzydki. Tyle że ten nowy wcale nie był lepszy czy przyjazny. Studia nic nie znaczyły. Jeśli praca, to w warszawskiej korporacji na umowie śmieciowej, bo w Wałbrzychu niczego dla młodych nie było. Dziś bohater tej opowieści jest wypalony, wie, że jego życie się nie zmieni – jego rodzicom system obiecał lepszą przyszłość, jemu współczesny kapitalizm zabrał nadzieję.
A i tak można mieć wrażenie, że Łukasz wcale nie skończył źle. Wałbrzych stał się miastem biedaszybów, w którym byli górnicy zaczęli nielegalnie wydobywać węgiel. Tego wątku autorka "Pokolenia" jednak nie porusza.
Może właśnie o to chodziło. Aby pokazać i uzmysłowić tragedię Wałbrzycha czasów transformacji, trzeba najpierw przypomnieć, jak wiele miasto straciło.
W lipcu 1947 r. reporter "Trybuny Dolnośląskiej" przyjeżdża do Wałbrzycha. Jest dwa lata po wojnie, ale w mieście tego nie czuć. "Przyzwyczajony do ruin" dziennikarz dziwi się, że nie ma śladu walk, ruin i zniszczeń. Domy stoją całe, można podziwiać wystawy sklepowe. "Przez całą wojnę Waldenburg [niemiecka nazwa miasta – dop. red.] był enklawą spokoju" – pisze Marta Kurkowska-Budzan, autorka książki "Pokolenie, któremu obiecano przyszłość. Historia (nie tylko) wałbrzyska".
Wałbrzych miał szczęście w nieszczęściu - wielka wojenna zawierucha specjalnie go nie ruszyła. W nowych powojennych czasach mógł realizować bardzo ważną misję. Kopalnie musiały pracować - "węgiel jest polską walutą", mówili ministrowie – ale górników brakowało. Do miasta zaczęli więc przybywać nowi, przyszli pracownicy, gotowi ruszyć pod ziemię. I przybywali: tysiące Drohobyczan i Borysławiaków, ludzie z centralnej Polski, Żydzi, a nawet Polacy z Francji, którzy wyjechali tam w latach 20., by pracować w kopalniach. W odradzającej się Polsce byli na wagę złota, a Wałbrzych skusił ich obietnicą pracy, mieszkań i pewnych awansów. W dzielnicy Biały Kamień urządzili swój "mały Paryż": pili wino i grali na akordeonie.
Tygiel, z perspektywy czasu wręcz fascynujący. Zostali też Niemcy: jak wylicza Kurkowska-Budzan, jeszcze w 1950 roku w Wałbrzychu i okolicy pozostawało ok. 25 tys. Niemców. Nie wszyscy chcieli wyjeżdżać, inni – nie zawsze mogli, bo potrzebowały ich kopalnie.
Powojenny Wałbrzych to miasto, w którym trwa ciągły ruch, jak zauważa autorka "Pokolenia". Rozrasta się, aby przyjąć kolejnych mieszkańców, którym obiecuje się lepszą przyszłość. Już w 1953 r. liczy 100 tys. mieszkańców, podczas gdy tuż po wojnie było ich 46 tys. Wałbrzych dosłownie rozkwita – to właśnie tu bity jest ogólnopolski rekord liczby urodzeń na 1000 mieszkańców, bo w tym samym roku na świat przyszło 3814 obywateli.
"Wałbrzych przyciągał to pokolenie z całego kraju. Było ich dużo, byli ruchliwi, szukali pracy, która dawała im niezależność. Przyjeżdżali, bo mimo wyniesionych z domu wzorców mieli też własne pomysły na ogarnięcie życia, czasem wbrew ambicjom i lękom rodziców. Dzielili jednak z nimi wiarę w to, że dzieci powinny mieć lepiej, że „nauka to potęgi klucz!”, że „trzeba się wykształcić”, „trzeba mieć pracę”, „trzeba się ustatkować”, „trzeba się czegoś w życiu dorobić” i że zawsze „trzeba sobie radzić” – pisze autorka "Pokolenia, któremu obiecano przyszłość".
Wałbrzych faktycznie wiele obiecywał. W latach 70. lokalna gazeta pęcznieje od ogłoszeń o pracę. Masz od 18 do 40 lat, zapraszamy – kopalnia przygotuje i wyszkoli. I sowicie zapłaci. Kiedy w Polsce średnia pensja wynosiła 3913 zł, wałbrzyski górnik na rękę zarabiał nawet 6-7 tys. zł. Do tego dochodzą bonusy, nagrody, pobyty w ośrodku wczasowo-sanatoryjnym w Świnoujściu. Ludzi z całej Polski, których to faktycznie skusiło, nie brakowało. Tuż po wojnie w Wałbrzych liczył 72 tys. mieszkańców. W 1962 r. było to już 120 tys., a w 1975 r., kiedy został stolicą utworzonego woj. wałbrzyskiego, w mieście żyło 128 tys. osób.
Oczywiście były problemy. Budowa nowych mieszkań szła opornie. Autobusy i pociągi przepełnione. Wszystkiego brakowało, a potrzeby rosły. Praca była trudna i niebezpieczna. Kombinowano: oszukiwano czujniki mierzące poziom metanu, aby maszyny się nie zatrzymywały, kradziono materiały z kopalni. Jeden z bohaterów książki wspomina, że "całe osiedla prywatnych domów powstawały z materiałów kopalnianych", a grube przekręty "odbywały się niemal jawnie".
Dużym problemem był alkohol. Trzeźwość sprawdzano prosto: jak górnik trafiał do klatki, to znaczy, że był trzeźwy, wspominał jeden z byłych pracowników kopalni.
Mimo to nawet lata 80. pozwalały wierzyć, że przyszłość mimo wszystko rysuje się w jasnych barwach. Marta Kurkowska-Budzan pisze, że górnik i jego rodzina wchodzili w lata 80. z deputatem węglowym i wczasami w Dziwnowie, a szwaczka z "Rafio" z własnym kątem. "Całe to pokolenie miało siłę swojej młodości" – przekonuje autorka "Pokolenia, któremu obiecano przyszłość". A potem tę przyszłość brutalnie zabrano i wymazano.
Autor "Łowców, zbieraczy, praktyków niemocy" twierdził, że historia likwidacji wałbrzyskiego zagłębia jest więc "historią ludzi, którzy z legalnej pracy, regulowanej prawem, opartej na zasadach bezpieczeństwa (regulowanej dekretem, drukiem czy pismem) przeszli nagle do prac zbierackich, prac "przedneolitycznych". Innego zajęcia niż zbieranie złomu czy wydobywanie nielegalnie węgla praktycznie nie było.
Jak pisał Rakowski, w latach 90. w wałbrzyskim Urzędzie Pracy zaczęły pojawiać się zapisy: górników i osób karanych nie zatrudniamy. Dla rodzin przewidziana była zapomoga, ale żeby móc liczyć na choćby drobne wsparcie, do stu złotych, należało potwierdzić, że chce się zdobyć pracę. Dowodem na to były pieczątki od firm, w których starano się o zatrudnienie, a te odmówiły. Koszty związane z przejazdami w poszukiwaniu firm sprawiały, że było to kompletnie nieopłacalne.
Nielegalne wydobycie węgla stało się jedyną szansą na jakikolwiek zarobek. Dobrze znany świat runął na ich oczach. Wtedy było wszystko - praca, rozrywki, kontakty międzyludzkie – potem nic. Dosłownie nic, bo jak pisze Rakowski, w takich miastach, jak Lubsko, Ludwikowice Kłodzkie, Walim, Wałbrzych i w wielu innych w latach 2001- 2005 "rozbierano ściany fabryk i zakładów, wybijano żelazne szyny, okucia, wysadzano w powietrze umocowania maszyn".
Tak, te historie są bardzo do siebie podobne. Uderzająco podobne. Na oczach ludzi rozpadała się ich rzeczywistość. "Ten przemysł – poza nićmi – produkował też stosunki międzyludzkie", jak mówiła jedna z bohaterek Madejskiej. Pracownicy wspominali koleżeńską atmosferę w zakładach i wśród ludzi. Lata 90. to resztki wzajemnego zaufania, świat jeszcze otwarty, ale już coraz mniej.
W podobne tony uderzała rozmówczyni z "Prawie zachodu", która wspominała, jak córka zostawiła informację o tym, że klucz leży pod wycieraczką. "Tu i wtedy jeden drugiego pilnował".
Lata 90. i ryzyko zbliżającego się bezrobocia sprawiły, że stosunki w pracy się popsuły. Z dawnych spotkań i biesiad niewiele pozostało. Zaczęto w drugiej osobie widzieć konkurenta – zwolnią albo ciebie, albo mnie. A kiedy spełniał się niekorzystny dla pracownika scenariusz, pojawiała się nienawiść, że nie padło na drugą osobę.
To była tragedia. Koleżeństwo się rozpadło - wspominała bohaterka jednego z rozdziałów "Prawie zachód".
Czy tym – też tym – można tłumaczyć to, co znamy teraz: grodzone osiedla, coraz większa nieufność, rosnąca niechęć do innych? Zamykanie się, brak empatii i poczucia solidarności. Ślepota na wyzysk. Może to prosta wymówka, zbyt banalna, pomijająca wiele innych czynników. Ale może wracając do lat 90. dostrzeżemy, dlaczego m.in. wielkie korporacje trafiły na tak żyzny grunt. Hasła o tym, że innej drogi nie ma, nadal z łatwością wypadają z ust prezesów molochów. Wtedy nie powiedziano "stop", dzisiaj świadomości, że można by było, już nie ma. A może jest na to za późno.
Ten rozpad solidarności czy wręcz zwykłej empatii pokazywały też protesty w latach 90. Łódzcy robotnicy jechali do stolicy, a mieszkańcy Warszawy traktowali ich jak intruzów, "twarze zacięte, pluli nam pod nogi" – wspomina jedna z bohaterek reportażu "Prawie zachód".
Czy w tych protestach narodziło się obowiązujące do dziś przekonanie, że strajkujący to ludzie roszczeniowi, którzy nie są w stanie chwycić losu w swoje ręce? Nie wykorzystują okazji, nie są odpowiednio elastyczni, nie wskakują na falę, do czego ich się zachęca. Jakby to było takie proste, skoro mowa o sytuacji, kiedy cały dobrze znany świat runął.
"Około 2000 r. natężenie protestów zaczęło się wyraźnie zmniejszać" - odnotował graniczną datę w rozmowie z "Wyborczą" prof. Grzegorz Ekiert w 2014 r. Można wytłumaczyć to m.in. tym, że ludziom po prostu żyje się lepiej. Narzekają na politykę i nie wierzą w przyszłość, ale i tak jest względnie nieźle. Albo może to konsekwencja lat 90., kiedy ludzie zobaczyli, że protest niewiele da. Nikogo nie wzruszy. Kto może, musi liczyć na siebie.
To jednak absurd, że większość myśli, że jest po stronie miliarderów, a nie zwykłych ludzi walczących o lepszy los. Osoby nie mające nawet jednego mieszkania martwią się o tych, którzy mieliby odczuć skutki posiadania czternastu, tak jakby za chwilę to też miałby być ich problem. Jakby nadal atrakcyjna była ta narracja z lat 90., że sukces jest tuż za rogiem, wystarczy przyspieszyć i będzie się pierwszym na linii mety. Zamówić raport, dać się omamić pięknymi słówkami i gotowe, w nowoczesnej rzeczywistości to wystarczy.
Kiedy ostatnio protestowali maszyniści i zwalniali na przejazdach do 20 km/h, chcąc zwrócić uwagę na częste wypadki spowodowane przez kierowców, nie brakowało głosów, że przez ich akcję ucierpią "zwykli pasażerowie". Tak jakby "zwykli pasażerowie" nie cierpieli na skutek wypadków. Ale bardziej absurdalne było niezrozumienie, że protest siłą rzeczy musi wpływać również na tych, którzy nie są winni całej sytuacji. W innym przypadku nie będzie skuteczny. Dlatego warto się poświęcić i wesprzeć tych, którzy walczą o swoje i innych prawa.
W kraju, który tak wiele zawdzięcza protestom, dziś trudno o solidarność z innymi grupami zawodowymi. Ludziom wydaje się, że każda forma sprzeciwu tak naprawdę uderza w ich. Ich komfort, wygodę, a przecież oni nie są odpowiedzialni, chcą żyć w spokoju, obok. Z tym okrutnym niezrozumieniem spotykali się też wszyscy ci, którzy w latach 90. próbowali zwrócić uwagę na swój los.
Nie wiem, co odgrywa większą rolę: strach przed byciem protestującym, jeszcze jedno wyparte wspomnienie z lat 90., zatarta pamięć o wyśmiewanych robotnikach i pracownicach fabryk, czy może wiara w to, że jest się już po drugiej stronie. Tej, która lada moment może być źródłem gniewu. Akceptując protest przyjmuje się ryzyko, że w końcu przyjdą też po nas – tych, którym się udało. Lepiej więc każdą taką aktywność zdusić w zarodku, nie popierać, odradzać.
Bo przecież można uwierzyć, że ostatecznie wszystko skończyło się dobrze. Opowieść o latach 90. to też historia o sukcesie Polski. Dlatego dziś tak uwiera, że w reklamach naszego kraju, które chcemy posłać w świat, ciągle pokazuje się Chopina, Wałęsę i Lewandowskiego. Irytuje, gdy głównym motywem przewodnim jest hasło w stylu "więcej niż się spodziewasz". Nie chcemy sprawiać niespodzianki jak Kopciuszek na balu; my już was przegoniliśmy. To u nas jest bezpieczniej na ulicach. To u nas jest zabawa, u nas jest nowocześnie.
Roztrząsanie lat 90. ten humor trochę psuje. A przecież to było tak niedawno.
W "Prawie zachód" Przepierski stara się uchwycić różne oblicza transformacji, szalonych lat 90. To z jednej strony historie robotników tracących pracę, wyśmiewanych na ulicach, kiedy domagają się pracy - inna opowieść bohaterki Madejskiej: "mnie najbardziej bolało to, że musiałam być na zasiłku, chociaż byłam zdolna do pracy" – a jednocześnie tych, którym się udało. Tych, którzy sami tworzyli ten system i nie wiedzieli, że inaczej się nie da, skazując na to myślenie całe pokolenia. Rzeczywiście lata 90. też były kolorowe. Zachwyt nowoczesnością, absurdalne reklamy, szaleństwa w telewizji jak "Dzyndzylyndzy", przedziwne teleturnieje. Lata 90. to czysta definicja ambiwalentności.
"Nie była to ani kolorowa pocztówka z transformacji, ani wyłącznie opowieść o społecznym upadku" – przekonuje Przepierski, starając się podsumować ten paradoks. Tyle że jego ogarnąć się nadal nie da, a każda opowieść i tak kończy się tym samym pytaniem o wyłaniający się chaos. Jak to możliwe, że jednych skazano na tak okrutny los, podczas gdy inni mogli się rozwijać.
Z jednej strony słychać o resztkach wzajemnego zaufania, pozostałościach po dawnych wspólnotach, które były w stanie się sobą opiekować i wspierać. A z drugiej jest wszechobecne zło, kazikowe "boję chodzić się po nocy, tyle teraz jest przemocy". Madejska przypomina, że po transformacji w skali kraju liczba przestępstw "zarówno indywidualnych, jak i zbiorowych wzrosła znacząco".
Sam pamiętam napad na bank na ulicy, na której mieszkaliśmy. Nie wiem, czy to był faktyczny napad. Nie mogę znaleźć żadnych artykułów na ten temat z lokalnej prasy, ale mam wrażenie, że o tym się wtedy mówiło. Tylko mi się wydawało?
Nie, w domu też to pamiętają. Zamieszany był w to ochroniarz, którego rodzice znali i kojarzyli. To on miał pomóc złodziejom - gangsterom? – dostać się do banku.
Pamiętam tylko scenę, jak przed budynkiem stała policja, odgrodziła teren taśmą. Wokół było pełno gapiów, a my wśród nich – w krótkich spodenkach, z piłką, wracający z boiska. Przyglądaliśmy się zamieszaniu, a potem poszliśmy grać do drugiego parku. Tego, w którym już nie ma drzew.
Po historii o banku przypominamy sobie o nienormalnych historiach, które wtedy wydawały się normalne. O specjalnych kijach - nie umiem ich inaczej nazwać - blokujących kierownicę, by nie dało się ukraść auta. O radiach, które wyciągało się z samochodów. Dzięki temu nie kusiły włamywaczy. Później były wyjmowane panele – nie trzeba było zabierać ze sobą całej konstrukcji, wystarczył niewielki ekran. Chwalono się nimi jak pierwszymi komórkami. To normalne, że kradło się samochody, więc normalnym było, że trzeba było się przed tym bronić.
Rozmawiamy o tym, że inspiracją piosenki "To nie był film" Myslovitz miało być zabójstwo, które wydarzyło się w Pabianicach. Utwór mający swoją premierę w październiku 1998 r. – a puszczanie go w radiu i telewizji wywołało niemałe kontrowersje - opowiadał o morderstwie popełnionym przez mężczyznę, który zainspirowany filmami pełnymi przemocy pozbawił ofiarę życia, chcąc wiedzieć "jak to jest, tak naprawdę zabić".
W internecie można przeczytać, że inspiracją dla tego utworu było morderstwo Michała Łyska, studenta z Krakowa. W marcu dwóch 15-latków wyszło na ulice z kijem bejsbolowym po to, aby kogoś zabić. Pobity student zmarł dwa dni później w szpitalu. Młodociani mordercy mieli się przechwalać w szkole pobiciem. Na początku nawet nie wiedziano, kto dokonał zbrodni. W rozmowie z "Super Expressem" Dariusz Nowak, rzecznik KWP w Krakowie, mówił, że na trop wpadł dziennikarz tego dziennika, który do prawdy doszedł swoimi "kanałami".
Dwa miesiące wcześniej w Pabianicach doszło do podobnej makabrycznej zbrodni. Dwóch 16-letnich chłopców z "tulipanami" w rękach najpierw zaatakowało mężczyznę z psem, ciężko go raniąc. Sprawcy myśleli, że umarł, więc chwilę później rzucili się na 43-letniego Stanisława S. Po ciosach w szyję mężczyzna wykrwawił się nim przyjechała pomoc. Portal epainfo.pl, przypominając po latach o zbrodni, wyjaśniał, że nastolatkowie założyli się podczas alkoholowej libacji, kto z nich będzie w stanie zabić człowieka.
Nie ma znaczenia, która opowieść była pierwsza. Nawet dziś szokuje, że do takich zbrodni doszło – jedna po drugiej.
Dopiero dzisiaj tata opowiada mi, że w barze, który zaczął prowadzić w latach 90. na jednym z pabianickich osiedli, bywali ludzie, którzy grozili, że mogą ten bar spalić. Nic złego się nie stało – może dlatego, że do baru przychodzili inni, możliwe, że o odpowiednich znajomościach. Ale latały krzesła, nie było dnia, żeby ktoś się nie bił. Niektórzy mieli przy sobie broń. Haracze i w Pabianicach były normą. Był strach, że w końcu przyjdą i do nas.
Wszystkie te pabianickie historie wydają mi się niemożliwe. Nawet opowiadane są z pewnym dystansem, jakby to faktycznie był tylko film. Tymczasem to wszystko działo się jednocześnie, w zawrotnym, nieprzewidywalnym tempie. Mam wrażenie, że tego nie przeżyłem, bo byłem zbyt młody, aby cokolwiek rozumieć, na dodatek nie miałem porównania, że rzeczywistość może wyglądać inaczej. A może ta nierealność to po prostu powszechne i jedyne uczucie.
Pochodzę z lat 90. Ale wciąż nie wiem, co to znaczy.