Polacy już nie chcą i nie potrafią protestować. To smutne
Reakcje na potrzebną i słuszną akcję maszynistów smucą - każde działanie, które leży w interesie nas wszystkich, jest krytykowane, bo zakłóca wygodne życie jednostki i jej potrzeby. Tylko te mają najwyraźniej się liczyć.

W piątek maszyniści w całej Polsce zwolnią na przejazdach kolejowo-drogowych do bezpiecznej prędkości 20 km/h - zapowiedział prezydent Związku Zawodowego Maszynistów Kolejowych (ZZM) Leszek Miętek. Jak wyjaśnił, wśród maszynistów jest "pełne poparcie dla tego typu działań" i ci będą stosować się do tego apelu, "korzystając z przepisów prawa, głównie z kodeksu pracy".
Zapewne będą jutro opóźnienia pociągów, pewnie nawet i duże. Natomiast uważamy, że lepiej jak będą te opóźnienia przez jeden dzień, niż miałyby ginąć kolejne osoby na polskich torach - podkreślił szef ZZM, cytowany przez PAP.
Wątpliwości nie brakuje. Pojawiają się komentarze, że protestujący powinni raczej udać się np. pod siedzibę Ministerstwa Infrastruktury, tam utrudniając dojazd szefowi resortu. Teraz Dariusz Klimczak zapowiada wprowadzenie przepisu, na podstawie którego każdy kierowca, który wjedzie na przejazd drogowo-kolejowy gdy jest zapalone czerwone światło, straci prawo jazdy na trzy miesiące. Niegłupie. Tyle że taki projekt rozważano już rok temu. Dlaczego go nie zrealizowano? Rzeczywiście warto byłoby domagać się odpowiedzi bezpośrednio od ministra. Co jednak nie oznacza, że ma to być jedyne działanie.
Sama idea protestu polega na tym, że zwraca się uwagę na problem właśnie po to, żeby sprawą zainteresowali się nawet postronni
Tak wywiera się presję. Być może i minister infrastruktury kląłby pod nosem, gdyby maszyniści zablokowali mu dojazd do pracy albo utrudnili powrót do domu. Być może byłby zdenerwowany i uznał, że należy coś z tym zrobić. A może stwierdziłby, że pokrzyczą, postoją i im przejdzie. Nie oni pierwsi, nie ostatni są niezadowoleni i czegoś chcą.
Tymczasem jutro, kiedy dojdzie do opóźnienia pociągu, problem zauważą wszyscy podróżni. I kierowcy, którzy dłużej będą stać na przejazdach. Owszem, istnieje ryzyko, że swoją złość skierują w nieodpowiednią stronę. Winni opóźnień i spowolnieniu w opinii wielu będą więc maszyniści albo przewoźnicy, a nie ci, którzy wprowadzają przepisy. Ale istnieje też szansa, że uda się zwrócić uwagę na realną przyczynę całej tej niebezpiecznej sytuacji, która doprowadziła do najgorszego, tragicznego scenariusza. Więcej osób zacznie zadawać pytania, dlaczego dochodzi do wypadków i czemu ciągle nic z tym nie zrobiono. Więcej osób będzie domagać się odpowiedzi. Tej samej, której m.in. maszyniści od dawna nie mogą uzyskać.
My od bardzo długiego czasu informujemy, występujemy, protestujemy, wysyłamy listy, mówiąc o tym, że na polskiej kolei ze sprawami bezpieczeństwa ruchu kolejowego mamy problem - wyjaśniał Miętek
Nie brakuje głosów, że ktoś w piątek pojedzie załatwić ważną sprawę, a akcja maszynistów to utrudni lub wręcz uniemożliwi. Nie zdąży do pracy, szkoły. Musi zmienić swoje plany. Tak, to przykre i komplikujące życie, ale… takie są protesty. Takie muszą być protesty.
Maszyniści pewnie też woleliby szybciej skończyć pracę. Jeszcze bardziej woleliby nie brać udziału w wypadkach, w wyniku których mogą być poszkodowani albo oni, albo pasażerowie. Kiedy ktoś denerwuje się, że jutro nie dotrze na czas, musi mieć świadomość, że równie dobrze może zdarzyć się to każdego innego dnia. Tyle że wówczas nie będzie ostrzeżony, bo nigdy nie wiadomo, kiedy kolejna ciężarówka wjedzie na przejazd. I nawet jeśli nie dojdzie do tragedii, to i tak skutki wypadku są poważne. Pociągi nie kursują przez wiele godzin, inne nie mogą jechać daną trasą, składy są potężnie opóźnione albo odwoływane.
W piątek maszyniści będą więc walczyć o nas wszystkich
W naszym interesie jest to, aby w końcu na przejazdach zrobiło się bezpiecznie.
Ale ważniejsza jest ta indywidualna perspektywa - bo ktoś musi dojechać na czas, bo nie może wyjechać wcześniej, bo JEGO plany są ważniejsze niż to, że na incydentach na przejazdach tracimy wszyscy, w mniejszym bądź większym stopniu.
Nie istnieje prosta solidarność. Nie ma grama świadomości, że to nie jest czyjeś widzimisię, ale działanie w ważnej sprawie.
Dobrze, dobrze, ja to wszystko rozumiem - zdają się mówić oponenci - ale czy nie mogą oni protestować kiedy indziej? Albo chociaż wieczorem, gdy już zdążymy wrócić z pracy? Gdzieś przy lesie? I nie w ten weekend, a w następny, bo akurat wybieram się na grzyby.
Nie potrafimy się już mobilizować. Nie potrafimy się solidaryzować. To okrutny chichot losu, że w kraju, który tak wiele zawdzięcza protestom, dziś każda forma wyrażania głośnego sprzeciwu, upomnienia się o podstawowe sprawy, jest traktowana z niechęcią.
Widać to było przy okazji protestów Ostatniego Pokolenia
Pojawiały się te same głosy: czemu protestujący przeszkadzają zwykłym ludziom. Niech zawracają głowę politykom albo celebrytom, którzy trują planetę. Niech dadzą spokój zwykłemu człowiekowi, który musi cierpieć przez ich wybryki. A przecież zwykły człowiek - w domyśle: oni, autorzy tych słów, najbardziej poszkodowani - i bez tego nie ma lekko.
Ta obrona zwykłego człowieka była skrajnie naiwna. Była to łatwa wymówka, by nie psuć nastroju przy kolacji - można było posłużyć się stereotypowym szarym Kowalskim. Niby chodzi wyłącznie o niego, a tak naprawdę o to, aby dalej było jak jest. Wygodnie, bez przeszkód, bez zastanawiania się, dlaczego coś się zmienia, dlaczego dzieje się źle i kto w zasadzie jest za to odpowiedzialny. A nawet jeśli wiemy, to dlaczego nie jesteśmy w stanie nic z tym zrobić.
Tymczasem, jak wyliczyli naukowcy uczestniczący w niedawnej narodowej debacie o bezpieczeństwie klimatycznym Polek i Polaków, zaniechania w obszarze ochrony klimatu mogą do 2050 roku kosztować Polskę nawet 124 mld zł rocznie.
I my wszyscy będziemy za to płacić. Ci wszyscy zwykli ludzie, o których tak troszczyli się niechętni protestom.
- Najważniejszym skutkiem zmian klimatu dla rynku żywności może być więc nie tylko wyższa cena, lecz przede wszystkim większa niepewność - ostrzegał cytowany przez portal dlahandlu.pl dr hab. Sławomir Kalinowski, prof. IRWiR PAN.
Protesty Ostatniego Pokolenia były więc w obronie zwykłych, biednych ludzi. Zwracały uwagę wszystkich właśnie dlatego, że było o nich głośno i dotykały wielu. Tak, bywały uciążliwe, ale nie po to, aby zrobić komukolwiek na złość, ale zasygnalizować problem. Przebić się, dać się zauważyć. I ostrzec: będzie gorzej, jeżeli nie zaczniemy domagać się zmian.
Ważniejsze było jednak tu i teraz, fakt, że ktoś spóźnił się do kina czy na kolację. Tymczasem utrudnienia spowodowane przez aktywistów to jednak pikuś w porównaniu do tego, co nam grozi. A nawet tego, co już jest naszą rzeczywistością. Lepiej udawać, że jest inaczej, że to temat, który wymaga dyskusji, na spokojnie, ale nie dzisiaj, jutro opowiesz. I nie mnie, a Jakimś Ważnym Ludziom, gdzieś w zaciszach ich gabinetu. Nie chcą z wami rozmawiać, nie słuchają? No szkoda, szkoda. Ale to przecież nie powód, żeby przeszkadzać innym, prawda?
Nowy ruch klimatyczny posłuchał głosów oburzonych na protesty na ulicach i za swój cel obrał ludzi zamożnych, którzy swoimi działaniami w nieco większym stopniu mogą przyczyniać się do problemu, jakim jest katastrofa klimatyczna. I co? I nic, nadal większym powodem do zdenerwowania jest brudna posadzka czy zbliżenie się do czyjegoś domu bądź sklepu.
Najwidoczniej idealnym miejscem do protestów w opinii wielu Polaków jest grota znajdująca się głęboko pod ziemią
Tam można byłoby krzyczeć do woli, nikomu by się nie przeszkadzało. Jest miejsce na rozkładanie transparentów, wszyscy chętni się pomieszczą, można protestować rano, w południe, a nawet w środku nocy. Czy to nie wspaniałe? Wilk syty, owca cała, wy się wykrzyczycie, my pośpimy. Tylko najpierw należałoby się umówić, że protestujący dotrą na miejsce w pojedynkę. Wcześniejsze gromadzenie się mogłoby przecież wywołać korki.
Jeśli nawet tak istotna kwestia, jaką jest bezpieczeństwo załogi i pasażerów pociągu - ale też samych kierowców, którzy swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem stwarzają zagrożenie - nie zachęca do okazania wsparcia, to nie wiem, co mogłoby to zrobić. I tak prywatne potrzeby wkraczają na pierwszy plan. Bo ja jadę, bo ja załatwiam sprawy.
Skoro zaś nie potrafimy zadbać o solidarność w takiej kwestii, to tym bardziej trudno wyobrazić sobie poparcie dla innych spraw, które jeszcze bardziej nie są zbieżne z naszym interesem, ale są ważne np. dla osób wykluczonych, wykorzystywanych pracowników itd. Tych, których należałoby chronić, wstawiać się za nimi, apelować o zmianę.
Nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje. Straciliśmy tę moc albo pozwoliliśmy sobie ją wyrwać. Wiem natomiast, że korzysta na tym bardzo wielu. Sami zabieramy sobie możliwość wpływania na rzeczywistość. Pozbawiamy się szansy na spróbowanie wywalczenia czegoś lepszego.
W Spider’s Web od kwietnia 2021 zajmuje się tematami związanymi z ekologią, przyrodą, ochroną środowiska, architekturą, miastami przyszłości, transportem publicznym z pociągami na czele i, rzecz jasna, wpływem technologii na nasze zwykłe życie. Zaczynał od pisania o grach – przede wszystkim w serwisie gamezilla.pl, z przerwą na gram.pl. Następnie zajął się opisywaniem technologii, robiąc to w takich portalach jak next.gazeta.pl, a potem serwisach technologicznych grupy WP (tech.wp.pl, dobreprogramy.pl, gadżetomania.pl – będąc redaktorem prowadzącym – czy polygamia.pl). Prywatnie fan Morrisseya, morza, bloków z wielkiej płyty i dziwnych budynków, o których zdarza mu się zresztą pisać.