REKLAMA

Niezwykła historia buntu na stacji kosmicznej. Prawda okazała się ciekawsza od mitu

Przez lata opowieść o buncie astronautów krążyła jako jedna z najbardziej niezwykłych historii z początków załogowych lotów kosmicznych. Trzech mężczyzn miało tak dość poleceń z Ziemi, że w końcu przestało wykonywać swoją pracę. Jednak ostatni żyjący członek załogi Skylab 4 twierdzi, że słynny strajk nigdy nie miał miejsca. Ale prawdziwa historia jest znacznie ciekawsza niż legenda.

Przez lata opowieść o buncie astronautów krążyła jako jedna z najbardziej niezwykłych historii z początków załogowych lotów kosmicznych. Trzech mężczyzn miało tak dość poleceń z Ziemi, że w końcu przestało wykonywać swoją pracę. Jednak ostatni żyjący członek załogi Skylab 4 twierdzi, że słynny strajk nigdy nie miał miejsca. Ale prawdziwa historia jest znacznie ciekawsza niż legenda.
REKLAMA

W listopadzie 1973 r. trzech astronautów NASA poleciało na stację kosmiczną Skylab. Ich zadaniem było prowadzenie eksperymentów naukowych, obserwowanie Słońca i Ziemi oraz sprawdzanie, jak organizm człowieka radzi sobie z długotrwałym pobytem w stanie nieważkości.

REKLAMA

Misja miała trwać 84 dni i była wówczas najdłuższym załogowym lotem kosmicznym w historii. Szybko okazało się jednak, że największym wyzwaniem nie będzie sama przestrzeń kosmiczna, lecz współpraca z ludźmi na Ziemi.

Załoga Skylab 4, w skład której wchodzili dowódca Jerry Carr, pilot William Pogue i naukowiec Edward Gibson, pracowała pod ogromną presją. Lista zadań była długa, harmonogram napięty, a kontrola naziemna oczekiwała szczegółowych raportów i niemal nieustannej gotowości do wykonywania kolejnych poleceń.

REKLAMA

W pewnym momencie astronauci zaczęli mieć tego dość. Wystarczyło jedno nieporozumienie w łączności, aby narodziła się opowieść o strajku w kosmosie, która przetrwała niemal pół wieku.

Pierwsze dni na orbicie szybko zamieniły się w koszmar

Stacja Skylab była pierwszą amerykańską stacją kosmiczną. NASA umieściła ją na orbicie w maju 1973 r., a kolejne załogi przybywały na pokład, by prowadzić badania, których nie dało się przeprowadzić w warunkach ziemskich.

REKLAMA

Naukowców interesowały między innymi zmiany zachodzące w ludzkim organizmie podczas długiego pobytu w kosmosie, a także aktywność Słońca i procesy zachodzące w atmosferze Ziemi.

Skylab 4 była trzecią i ostatnią załogową ekspedycją na tę stację. Carr, Pogue i Gibson wystartowali w listopadzie 1973 r., a ich pobyt miał potrwać aż 84 dni. Wcześniejsze misje trwały krócej, a zdobyte podczas nich doświadczenia miały pomóc NASA lepiej przygotować się do przyszłych długotrwałych lotów.

REKLAMA
 Załoga Skylaba 4 w składzie Gerald P. Carr, Edward G. Gibson i William R. Pogue.

Tyle że plany na papierze nie uwzględniały dostatecznie dobrze tego, jak trudno jest rozpocząć pracę w zupełnie nowym środowisku. Astronauci musieli przyzwyczaić się do nieważkości, nauczyć się sprawnie poruszać po stacji i opanować codzienne czynności, które na Ziemi nie wymagają niemal żadnego wysiłku.

W stanie nieważkości nawet zwykłe przemieszczanie się czy posługiwanie się przedmiotami wymaga innego podejścia.

REKLAMA

NASA przyznała później, że harmonogram załogi był zbyt napięty, a astronautom nie zapewniono typowego okresu adaptacji do pracy na orbicie. Na dodatek zwiększono liczbę zaplanowanych spacerów kosmicznych z dwóch do czterech. Kłopoty zaczęły się jednak szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał.

Więcej na Spider's Web:

REKLAMA

"Żelazny żołądek "nie wytrzymał nieważkości

Niedługo po przybyciu na stację Bill Pogue zaczął cierpieć na nudności. Było to zaskoczenie dla jego kolegów. Podczas treningów w ośrodku NASA w Houston uchodził za człowieka wyjątkowo odpornego na chorobę lokomocyjną.

Potrafił długo siedzieć na szybko obracającym się fotelu, poruszać głową w różnych kierunkach i nie odczuwać mdłości. Zyskał nawet przydomek Iron Belly, czyli Żelazny Żołądek.

REKLAMA

W kosmosie okazało się jednak, że ziemskie testy nie zawsze dobrze przewidują reakcję organizmu na nieważkość. Na orbicie przestaje działać zwykły mechanizm związany z grawitacją, a mózg otrzymuje z narządu równowagi i wzroku sygnały, które mogą być ze sobą sprzeczne. W efekcie pojawia się tak zwana choroba kosmiczna, objawiająca się między innymi nudnościami, zawrotami głowy i dezorientacją.

Stacja Skylab 4

Dowódca Jerry Carr próbował pomóc koledze i zaproponował mu puszkę pomidorów, licząc, że jedzenie uspokoi żołądek. Edward Gibson siedział między nimi i po latach wspominał tę scenę z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru. Najpierw przed jego oczami przepłynęła puszka, a chwilę później z drugiej strony nadleciał worek na wymioty.

REKLAMA

Dla astronautów nie był to jednak tylko zabawny epizod. Wiedzieli, ile pracy czeka ich na stacji, i obawiali się, że niedyspozycja jednego z członków załogi opóźni realizację planu. Podjęli więc decyzję, która wkrótce miała jeszcze bardziej skomplikować ich relacje z kontrolą naziemną.

Postanowili nie informować od razu Ziemi o problemach Pogue'a. Chcieli najpierw zorganizować pracę i uniknąć dodatkowego zamieszania. Zapomnieli jednak o jednym szczególe, ich rozmowy na pokładzie były rejestrowane, a kontrolerzy NASA mogli ich słuchać.

REKLAMA

Astronauci dostali reprymendę na oczach całego świata

Wkrótce przez radio odezwał się Alan Shepard, szef Biura Astronautów NASA i pierwszy Amerykanin, który poleciał w kosmos. Dowodził misją Apollo 14 i spacerował po Księżycu. Teraz miał do przekazania załodze Skylab 4 niezbyt przyjemną wiadomość - zatajenie informacji o stanie zdrowia astronauty było naruszeniem procedur.

Gibson zapamiętał przede wszystkim nie samą reprymendę, lecz fakt, że odbyła się publicznie. Transmisję mogli usłyszeć również ludzie poza centrum kontroli misji. Dla astronautów była to nieprzyjemna sytuacja, szczególnie że Shepard, człowiek o ogromnym autorytecie, nie zamierzał łagodzić swoich słów.

REKLAMA

Ten incydent stał się początkiem napięć, które narastały przez kolejne tygodnie. Załoga miała poczucie, że jest nieustannie kontrolowana, a ludzie na Ziemi nie rozumieją realiów pracy w kosmosie.

Alan Shepard

Każdy dzień rozpoczynał się od kolejnych instrukcji, pytań i poleceń. Do tego dochodziły obszerne listy zadań przesyłane na pokład za pomocą teledrukarki.

REKLAMA

Gibson wspominał, że pewnego ranka astronauci otrzymali około 18 m instrukcji. Zanim mogli przystąpić do pracy, musieli przeczytać dokumenty, zrozumieć je i podzielić obowiązki między siebie. Codzienna odprawa radiowa zabierała następne 30 min.

W praktyce oznaczało to, że astronauci musieli nie tylko realizować eksperymenty i obsługiwać stację, ale także poświęcać znaczną część dnia na uzgadnianie każdego szczegółu z Ziemią. Ich zdaniem nadmierna kontrola utrudniała wykonywanie zadań zamiast pomagać w ich realizacji.

REKLAMA

Spróbujcie żyć w ten sposób przez całą dobę - taki był sens wspomnień Gibsona o nieustannym mikrozarządzaniu. Harmonogram rozpisany niemal minuta po minucie nie pozostawiał wiele miejsca na samodzielne podejmowanie decyzji. A przecież to astronauci znajdowali się na orbicie i najlepiej widzieli, co dzieje się bezpośrednio wokół nich.

Załoga Skylaba-4: Gerald P. Carr (po lewej), Edward G. Gibson i William R. Pogue podczas konferencji z Ziemią.

Do napiętej sytuacji dochodziło jeszcze zmęczenie. Załoga pracowała nawet po 16 godz. dziennie, a przez pierwszy miesiąc rezygnowała z dni odpoczynku, próbując nadrobić zaległości. Lekarze NASA zwiększyli również czas codziennych ćwiczeń fizycznych z godziny do 90 min.

W nieważkości aktywność ruchowa jest szczególnie ważna, ponieważ mięśnie i kości nie są obciążane tak jak na Ziemi, a układ krążenia musi przystosować się do nowych warunków.

Gibson akurat doceniał dodatkowy czas na trening. Jazda na rowerze stacjonarnym przynosiła mu ulgę, ponieważ pomagała poczuć przepływ krwi w nogach, który w stanie nieważkości zachowuje się inaczej niż na powierzchni Ziemi. Problemem nie były więc wszystkie zadania, lecz sposób, w jaki próbowano zarządzać ich realizacją.

Skąd wziął się słynny strajk w kosmosie?

Astronauci szybko zaczęli pozostawać w tyle za harmonogramem. Prosili kontrolę naziemną o ograniczenie liczby zadań, ale ich prośby nie przynosiły oczekiwanych rezultatów.

W końcu postanowili zmienić sposób uczestnictwa w porannych odprawach. Zamiast wymagać, aby cała trójka za każdym razem słuchała instrukcji z Ziemi, uzgodnili, że będzie robił to tylko jeden astronauta, a obowiązek ten przypadnie im na zmianę.

Rozwiązanie działało dobrze, przynajmniej do chwili, gdy zmęczenie dało o sobie znać. Pewnego dnia astronauci pomylili się w ustaleniach i żaden z nich nie słuchał komunikatów z kontroli naziemnej. Przez jedną orbitę Ziemi, czyli około 90 min, załoga nie odpowiadała na wywołania z Ziemi.

W latach 70. łączność z astronautami nie była tak nieprzerwana jak dzisiaj. Skylab kontaktował się z naziemnymi stacjami łączności podczas przelotów nad ich obszarem, a pojedyncze okna komunikacyjne mogły trwać zaledwie około 10 min. Nie oznaczało to jednak, że astronauci zniknęli z radarów czy celowo odcięli się od wszystkich poleceń. Wystąpił problem z komunikacją, który szybko nabrał znacznie większego znaczenia, niż powinien.

W centrum kontroli misji zapanowało zamieszanie. Wśród pracowników NASA pojawiła się interpretacja, że załoga celowo zignorowała Ziemię.

Sceny z życia na pokładzie Skylaba. Gerald P. Carr (po lewej) i William R. Pogue demonstrują życie w stanie nieważkości. 

Wieść o rzekomym buncie szybko dotarła do mediów, a słowo strajk okazało się znacznie bardziej chwytliwe niż opowieść o przemęczonych astronautach, którzy pomylili się przy ustalaniu dyżurów radiowych.

Edward Gibson po latach stanowczo odrzucał taką interpretację. Jak podkreślał, załoga nie planowała żadnego protestu i nie zamierzała odmawiać wykonywania obowiązków. Według niego to media stworzyły mit, który później zaczął żyć własnym życiem.

Trudno zresztą wyobrazić sobie, co astronauci mieliby dzięki temu osiągnąć. Nie mogli po prostu opuścić miejsca pracy, wrócić do domu ani zagrozić, że przeniosą się gdzie indziej. Byli na orbicie, zależni od współpracy z kontrolą naziemną i odpowiedzialni za niezwykle kosztowną misję. Ich problemem nie był brak chęci do pracy, lecz warunki, w jakich musieli ją wykonywać.

NASA miała inne wyjaśnienie

W późniejszych latach pojawiła się również inna interpretacja źródeł opowieści o strajku. NASA zwracała uwagę na dzień odpoczynku, który załoga miała otrzymać po wyjątkowo wymagającym zadaniu.

25 grudnia 1973 r. Carr i Pogue wykonali siedmiogodzinny spacer kosmiczny. Był to ogromny wysiłek fizyczny i organizacyjny, dlatego następnego dnia astronauci mieli zaplanowany czas wolny. W trakcie rozmowy radiowej Richard Truly, komunikator odpowiedzialny za utrzymywanie łączności z załogą, żartobliwie powiedział, że jeśli chcą, mogą wziąć sobie kolejny dzień wolnego. Carr odpowiedział w podobnym tonie, że uruchomią wtedy telefoniczną sekretarkę i nie będą odbierać połączeń.

Ta wymiana zdań mogła zostać odebrana jako przejaw niechęci do wykonywania poleceń. Nie ma jednak podstaw, by traktować ją jako dowód na zorganizowany bunt. Dzień wolny był zaplanowany i uzasadniony, a w relacji Carra z 2000 r. nie ma sugestii, że załoga samowolnie porzuciła obowiązki.

Co więcej, zapisy rozmów z kontrolą naziemną wskazują, że problem z komunikacją nie trwał przez wiele godzin w sposób, który uzasadniałby opowieść o długotrwałym strajku. Pojawiły się okresy, w których astronauci nie odpowiadali na wywołania, ale nie jest to równoznaczne z celowym zaprzestaniem pracy.

Astronauta Skylab 4 Edward G. Gibson podczas czwartego i ostatniego spaceru kosmicznego misji. 

Legenda zaczęła utrwalać się szczególnie po publikacji artykułu w magazynie The New Yorker w 1976 r. Autor opisał incydent jako rodzaj strajku okupacyjnego, który miał nastąpić mniej więcej w połowie misji. Później historię wykorzystano w studium przypadku Harvard Business School zatytułowanym Strike in Space, poświęconym zagrożeniom wynikającym z nadmiernego kontrolowania pracowników.

W ten sposób pojedynczy incydent komunikacyjny urósł do rangi symbolu buntu przeciwko biurokracji.

Opowieść była atrakcyjna, łatwa do zapamiętania i doskonale pasowała do dyskusji o tym, co się dzieje, gdy przełożeni próbują kontrolować każdy szczegół pracy podwładnych. Problem w tym, że z czasem uproszczona wersja zaczęła zastępować znacznie bardziej złożoną rzeczywistość.

Trudna rozmowa zmieniła przebieg misji

Niezależnie od tego, czy nazywamy wydarzenia strajkiem, czy nieporozumieniem, konflikt między załogą a kontrolą naziemną był prawdziwy. Pod koniec grudnia 1973 r. obie strony zgodziły się na specjalne spotkanie, podczas którego mogły otwarcie porozmawiać o problemach.

30 grudnia odbyła się długa, napięta dyskusja. Astronauci przedstawili swoje zastrzeżenia dotyczące nadmiernej liczby instrukcji, zbyt szczegółowego harmonogramu i braku swobody w organizowaniu pracy. Pracownicy na Ziemi również mogli wyjaśnić, dlaczego tak mocno pilnowali realizacji planu.

Stawką były przecież badania naukowe, bezpieczeństwo astronautów i ograniczony czas trwania misji.

Carr ćwiczy na bieżni Skylaba.

Ostatecznie kontrola naziemna zgodziła się poluzować nadzór i pozostawić załodze więcej samodzielności. Carr nazwał później to spotkanie pierwszą sesją uwrażliwiającą w kosmosie. Zmiana okazała się skuteczna. Astronauci zaczęli lepiej radzić sobie z obowiązkami, poprawiła się ich produktywność, a atmosfera na pokładzie stała się znacznie lepsza.

Historia Skylab 4 nie jest opowieścią o załodze, która przestała pracować. Przeciwnie, po zmianie sposobu zarządzania astronauci byli w stanie wykonywać zadania sprawniej i z większą satysfakcją. Ostatecznie osiągnęli wyniki, które przebiły nawet dokonania poprzedniej załogi Skylab 3, znanej z wyjątkowo wysokiej wydajności i żartobliwie nazywanej załogą 150 proc.

84 dni w kosmosie i wspomnienie, które zostało na całe życie

Mimo trudnego początku misja Skylab 4 przyniosła NASA ogromną ilość cennych danych. Astronauci prowadzili eksperymenty medyczne, obserwowali Ziemię i Słońce oraz sprawdzali, jak człowiek funkcjonuje podczas długotrwałego pobytu na orbicie. Gibson, który specjalizował się w fizyce Słońca, wykorzystywał wolny czas, by kontynuować obserwacje za pomocą teleskopów zamontowanych na stacji.

Nie wszystkie jego wspomnienia wiązały się jednak z nauką i napiętym harmonogramem. Jednym z najważniejszych doświadczeń było dla niego oglądanie Ziemi z kosmosu.

Z wysokości orbity planeta nie przypomina mapy ani globusa. Widać jej krzywiznę, rozległe pasma chmur, linie brzegowe i zmiany pogody. Dla człowieka przyzwyczajonego do patrzenia na świat z powierzchni Ziemi taki widok musi być niezwykłym doświadczeniem.

Załoga Skylab 4 w składzie Gibson, William R. Pogue i Gerald P. Carr na pokładzie statku ratunkowego krótko po zakończeniu 84-dniowej misji.

Co trzy dni Gibson miał również okazję porozmawiać przez kilka minut z żoną i czwórką dzieci. Szczególnie zapamiętał rozmowę z pięcioletnią córką. Opisywał jej wybrzeża i pogodę widoczne podczas przelotu nad Amerykami.

Dziewczynka słuchała uważnie, po czym zadała pytanie, które błyskawicznie sprowadziło ojca z kosmicznych wysokości na ziemię, czy po powrocie pójdą razem na kręgle?

Gibson wspominał tę scenę z rozbawieniem. Pokazywała mu, jak bardzo różniły się jego doświadczenia od codzienności rodziny pozostającej na Ziemi.

Załoga wróciła na Ziemię 8 lutego 1974 r., po 84 dniach na orbicie. Kapsuła wodowała na Oceanie Spokojnym, pięć dni po zakończeniu czwartego i ostatniego spaceru kosmicznego. Astronauci zakończyli misję z imponującym dorobkiem naukowym, który pomógł NASA rozwijać wiedzę niezbędną do organizowania coraz dłuższych lotów załogowych.

Gibson podkreślał później, że jest dumny z wykonanej pracy. Misja Skylab pomogła przygotować amerykański program kosmiczny do kolejnych przedsięwzięć, w tym do budowy Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, która rozpoczęła działalność orbitalną w 1998 r.

Mit strajku przetrwał dłużej niż sama misja

Najbardziej ironiczne jest to, że astronauci dowiedzieli się o słynnej opowieści dopiero po powrocie na Ziemię. Dla nich nie był to bunt ani próba wymuszenia ustępstw na NASA. Był to okres przemęczenia, nieudanej komunikacji i konfliktu, który udało się rozwiązać dzięki rozmowie oraz zmianie sposobu zarządzania.

Dziś Edward Gibson jest ostatnim żyjącym członkiem załogi Skylab 4. Jerry Carr zmarł w 2020 roku, a Bill Pogue w 2014 r. Gibson, który ma 90 lat, pozostaje więc jedynym astronautą mogącym opowiedzieć tę historię z własnej perspektywy.

W kosmosie nie wystarczy mieć doskonałą technologię, precyzyjny harmonogram i listę zadań. Potrzebne są również zaufanie, dobra komunikacja i umiejętność reagowania na sytuacje, których nie da się przewidzieć. Załoga Skylab 4 przekonała się o tym na własnej skórze. A słynny strajk w kosmosie pozostaje przede wszystkim przypomnieniem, że nawet najbardziej spektakularne historie mogą zaczynać się od zwykłego ludzkiego błędu.

Bogdan Stech
Redaktor

Dziennikarz Spider's Web. Specjalizuje się w tematyce militariów i obronności. Pisze również o nauce - głownie o kosmosie. Jest pasjonatem lotnictwa, broni pancernej i miłośnikiem symulatorów. Interesuje się historią konfliktów oraz Chin i Wietnamu w XX wieku. Dziennikarzem jest od 1998 roku. Pracował w Super Expressie, Gazecie Wyborczej, Purepc. Jest autorem trzech książek poświęconych wojnie w Wietnamie. Prywatnie interesuje się również fizyką, grami, kotami i kolarstwem górskim.

REKLAMA
REKLAMA