REKLAMA

Mocna dostawa z USA do Polski. Jeszcze jedna i mamy pancerny finał

Polska odebrała już 217 nowych Abramsów. Na Ukrainie starsze M1A1 zbierają pochwały za celność i ochronę załogi, ale mają groźnego przeciwnika.

Abramsy dotarły do Polski. Ukraina pokazuje ich mocne strony

Do Polski dotarło kolejnych 35 Abramsów M1A2 SEPv3. Tym samym z 250 nowych czołgów zamówionych w USA odebraliśmy już 217, a do zakończenia kontraktu zostały zaledwie 33 maszyny. Razem ze 116 starszymi M1A1FEP Wojsko Polskie ma już więc 333 Abramsy.

Sama liczba robi wrażenie, ale równie ciekawe rzeczy dzieją się kilkaset kilometrów dalej. Ukraińcy od kilkunastu miesięcy używają w walce starszych M1A1 i coraz więcej ich doświadczeń trafia do opinii publicznej. Czołgiści chwalą przede wszystkim celność, pancerz i ochronę załogi. Jeden z nich twierdzi, że jego Abrams pod Pokrowskiem przyjął ponad 20 uderzeń dronów, a ludzie w środku przeżyli. Jednocześnie dokładnie te same drony sprawiły, że część ukraińskich Abramsów trzeba było czasowo wycofać z pierwszej linii.

35 kolejnych Abramsów i kontrakt prawie zamknięty

Nowa partia dotarła do Polski dokładnie 21 września. To już siódma dostawa M1A2 SEPv3 realizowana w ramach umowy podpisanej w 2022 r. Po jej rozliczeniu liczba nowych Abramsów w Polsce wzrośnie z 182 do 217.

Czołgi nie jadą jednak prosto do jednostki. Po długim transporcie morskim przechodzą jeszcze przygotowanie techniczne. Trzeba usunąć zabezpieczenia nakładane przed podróżą, sprawdzić stan podzespołów, wykonać przeglądy i przygotować wozy do normalnej eksploatacji. Dopiero później trafią do 18. Dywizji Zmechanizowanej.

Do końca całego kontraktu zostały już tylko 33 M1A2 SEPv3. Ich dostawa ma zakończyć się jeszcze w 2026 r. Do tego Polska ma już komplet 116 M1A1FEP, dostarczonych wcześniej jako rozwiązanie pozwalające szybko uzupełnić część sprzętu przekazanego Ukrainie.

W efekcie Wojsko Polskie docelowo będzie miało 366 Abramsów: 250 nowych M1A2 SEPv3 i 116 starszych M1A1FEP. To cały duży ekosystem, bo wraz z czołgami kupiono wozy zabezpieczenia technicznego, mosty szturmowe, amunicję, części i pakiety szkoleniowe. Pierwsze mosty przeznaczone do współpracy z Abramsami dotarły do Polski już latem, a w Dęblinie ma powstać również zaplecze do obsługi ich turbin gazowych.

Ukraina używa starszych Abramsów, ale lekcja jest bardzo cenna

Ukraińskie Abramsy nie są oczywiście takimi samymi czołgami, jak nowe polskie M1A2 SEPv3. Kijów otrzymał M1A1, czyli starszą wersję, z prostszą elektroniką i innym pakietem wyposażenia.

USA oficjalnie przekazały Ukrainie 31 takich wozów. Kolejnych 49 dostarczyła Australia, co daje łącznie 80 czołgów. Część z nich trafiła do 425. Samodzielnego Pułku Szturmowego Skała, który używał Abramsów podczas ciężkich walk w rejonie Pokrowska.

To właśnie relacje żołnierzy tej jednostki dają dziś jeden z ciekawszych obrazów Abramsa na współczesnym polu walki. Nie jest to jednak opowieść ani o niezniszczalnym czołgu, ani o maszynie, która stała się bezużyteczna przez pojawienie się dronów.

Ukraińscy czołgiści mówią przede wszystkim o tym, że Abrams dobrze robi to, do czego został zaprojektowany. Daje załodze dużą szansę przeżycia, pozwala szybko przemieszczać się pod ostrzałem i zapewnia bardzo precyzyjny ogień bezpośredni. Tyle że dzisiejsze pole walki dołożyło do tego zestawu zagrożenie, którego konstruktorzy pierwszych Abramsów nie mogli przewidzieć: setki tanich dronów krążących praktycznie bez przerwy nad rejonem walk.

Ponad 20 dronów miało uderzyć w jeden czołg

Najmocniej brzmi relacja żołnierza używającego pseudonimu Kent. Podczas jednej z operacji w Pokrowsku jego Abrams miał zostać trafiony przez ponad 20 dronów. Tej liczby nie da się niezależnie zweryfikować, ale sam żołnierz podkreślał, że połączenie zasadniczego pancerza z dodatkowymi osłonami pozwoliło załodze przeżyć.

Ukraińcy nie używają jednak czołgów dokładnie w takiej konfiguracji, w jakiej do nich przyjechały. Dokładają pancerz reaktywny, stalowe i siatkowe osłony, gumowe pasy oraz różnego rodzaju improwizowane konstrukcje mające sprawić, że głowica drona wybuchnie zanim dotrze do właściwego pancerza. Część wygląda mało atrakcyjnie wizualnie, ale na wojnie nikt punktów za wygląd przecież nie rozdaje.

Bardzo wysoko oceniane jest również samo przechowywanie amunicji. W Abramsie większość nabojów znajduje się w oddzielonych od załogi magazynach z panelami wydmuchowymi. Jeżeli amunicja zostanie trafiona i zacznie eksplodować, energia ma zostać skierowana na zewnątrz wieży, zamiast do wnętrza przedziału, w którym siedzą ludzie.

To jedna z cech, które ukraińscy czołgiści zestawiają szczególnie korzystnie z konstrukcjami radzieckimi. Nie chodzi więc tylko o to, czy czołg po trafieniu da się uratować. Czasem ważniejsze jest pytanie, czy uda się uratować załogę.

Bardzo dobre opinie zbierają armata i celownik

Zaskakująco dobrze Ukraińcy wypowiadają się o samych właściwościach bojowych. Wśród największych zalet Abramsa wymieniają celność, system kierowania ogniem i przyrządy obserwacyjne. Chwalą również armatę M256 kal. 120 mm, która pozwala precyzyjnie niszczyć cele bezpośrednim ogniem.

Dobre oceny zbiera też mobilność. Abrams waży ponad 60 t, ale jeden z ukraińskich czołgistów twierdził, że w terenie rozpędzał wóz nawet do około 80 km/h. Nie jest to oczywiście normalna prędkość eksploatacyjna i taka jazda szybko zużywa podzespoły, ale pokazuje możliwości napędu.

Ukraińcy zwracają też uwagę, że czołg dobrze radzi sobie w błocie i rzadziej grzęźnie, niż mogłaby sugerować jego masa. Pomaga duża powierzchnia gąsienic i mocna turbina AGT1500. Ta ostatnia jest jednocześnie źródłem jednego z największych problemów Abramsa.

400 l na 100 km to dopiero początek

Abrams lubi paliwo. I to bardzo. Ukraińskie załogi mówią o zużyciu rzędu około 400 l na 100 km podczas jazdy po utwardzonej drodze. W ciężkim, podmokłym terenie spalanie może dojść do około 700 l na 100 km albo jeszcze więcej. To oznacza, że razem z czołgiem na pole walki trzeba dowieźć ogromne ilości paliwa, części i ludzi potrafiących utrzymać maszynę w ruchu.

Obsługa nie kończy się jednak na samym zatankowaniu. Załogi opisują podwozie jako wymagające częstej kontroli, smarowania i wymiany elementów. Po intensywnych misjach sporo czasu trzeba poświęcić na doprowadzenie pojazdu do stanu pozwalającego na kolejny wyjazd.

Polska buduje pod tym kątem własne zaplecze. W Dęblinie ma powstać centrum serwisowe silników AGT1500, dzięki czemu część prac nie będzie wymagała odsyłania podzespołów za ocean. Przy flocie liczącej docelowo 366 czołgów takie zaplecze jest równie ważne jak sama liczba maszyn.

Drony zmieniły zasady gry. I to bardzo

Najtrudniejsza lekcja z Ukrainy nie dotyczy jednak ani paliwa, ani serwisu. Chodzi o to, że duży czołg jest dzisiaj widoczny praktycznie cały czas.

Nad frontem pracują drony rozpoznawcze, FPV i większe bezzałogowce. Abrams jest wysoki, szeroki i bardzo trudno go dobrze ukryć. Kiedy zostanie wykryty, przeciwnik nie musi już wysyłać jednego drogiego pocisku przeciwpancernego. Może próbować kolejnych ataków tanimi dronami, aż któryś trafi w słabszy punkt albo unieruchomi wóz.

425. Pułk przekonał się o tym bardzo boleśnie podczas operacji przygotowywanej przez ponad 2 tygodnie. Ukraińcy czekali na mgłę i deszcz, żeby ograniczyć możliwości rosyjskiego rozpoznania. W akcji użyto 5 pojazdów opancerzonych. 4 zostały zniszczone. Kiedy pogoda się poprawiła, drony ponownie zaczęły pracować nad polem walki.

Właśnie dlatego jednostka na pewien czas ograniczyła użycie swoich Abramsów w bezpośredniej walce. Nie dlatego, że czołg nagle stał się słaby, tylko dlatego, że przeciwnik może obserwować go niemal bez przerwy i wysłać przeciw niemu kolejne FPV.

To zresztą problem, który Wojsko Polskie już próbuje rozpracować. Latem polscy czołgiści testowali w Ustce sposoby zwalczania dronów bezpośrednio z Abramsów. Chodziło właśnie o sprawdzenie, czy załoga może samodzielnie obronić się przed małym bezzałogowcem i jakie procedury mają przyjąć pododdziały.

To nie jest argument przeciw czołgom

Najciekawsze jest to, że ukraińskie załogi, które same straciły wozy albo widziały ich niszczenie, wcale nie twierdzą, że epoka czołgu się już skończyła. Piechota też przecież musi jakoś dostać się na pozycję. Żołnierz maszerujący kilka kilometrów z amunicją, wodą i wyposażeniem również jest widoczny dla dronów, a nie chroni go wtedy kilkadziesiąt ton pancerza. Czołg pozwala przemieścić ludzi pod osłoną, ostrzelać przeciwnika i szybko wycofać się z rejonu walki.

Problemem nie jest więc sam Abrams. Problemem jest używanie ciężkiego sprzętu bez skutecznej osłony przed bezzałogowcami. Właśnie tutaj szczególnie interesujące są polskie M1A2 SEPv3. Nasze wozy są fabrycznie przygotowane do montażu aktywnego systemu ochrony Trophy, o czym pisaliśmy już na Spider’s Web. Taki system nie rozwiązuje wszystkich problemów związanych z FPV, ale pokazuje kierunek, w którym idzie ochrona czołgów: sam grubszy pancerz już nie wystarcza.

Przeczytaj także:

Do końca roku Polska powinna dostać ostatnie 33 Abramsy M1A2 SEPv3 i zamknąć kontrakt na 250 nowych wozów. Będziemy wtedy mieli jedną z największych flot tych czołgów poza Stanami Zjednoczonymi.

Ukraina pokazuje jednak, że samo posiadanie bardzo dobrego czołgu to dziś dopiero początek. Abrams nadal potrafi mocno uderzyć, szybko się poruszać i przede wszystkim ratować ludzi w środku. Jednak jeśli nad nim przez cały dzień wisi kilkanaście dronów, potrzebuje obok siebie całego systemu, który najpierw pozwoli mu w ogóle dojechać do walki.

*Źródło zdjęcia wprowadzającego: 18. Dywizja Zmechanizowana / Facebook

Marcin Kusz
Redaktor

Redaktor Spider's Web specjalizujący się w tematyce naukowej. O nowych technologiach zaczął pisać w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później współtworzył treści dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.