Sam chowałem telefon pod ławką. Zakaz w szkołach to jedyny sensowny ruch
Od 1 września w polskich podstawówkach wejdzie zakaz smartfonów. To świetna decyzja. Prywatny telefon schowany między książkami to nie cyfryzacja. To patologia.

Dla jasności: nie jestem boomerem, który uważa, że technologia niszczy mózgi, a dzieci powinny pisać gęsim piórem przy blasku świecy. Cyfryzacja szkoły? Jestem na tak. Ale doskonale pamiętam czasy gimnazjum, kiedy przez dobrych kilka miesięcy moim głównym celem edukacyjnym nie była biologia czy historia, ale ukrywanie pod blatem ławki nowiutkiego LG Cookie. Kto pamięta ten oporowy ekran dotykowy i rysik chowany w obudowie, ten wie, o czym mówię. Dla tego małego plastiku potrafiłem wyłączyć się z lekcji na 45 minut. Z perspektywy czasu i własnych doświadczeń, mówię wprost: popieram planowany zakaz telefonów w szkołach.
Skoro kilkanaście lat temu prosty, prymitywny telefon dotykowy bez dostępu do szybkiego internetu potrafił całkowicie zdemolować moją koncentrację, to wyobraźmy sobie, z czym dzisiejszy nauczyciel musi teraz rywalizować na lekcji. Współczesny smartfon to nie jest narzędzie do dzwonienia do mamy. To kieszonkowe kasyno uwagi, napędzane przez najpotężniejsze algorytmy świata, gdzie TikTok, Snapchat i powiadomienia z klasowej grupy na Discordzie walczą o każdą sekundę skupienia ucznia. Nauczyciel z kredą albo nawet z tablicą interaktywną w tym starciu nie ma po prostu żadnych szans.
Co dokładnie zmieni się od września 2026?
W przestrzeni publicznej już słychać krzyk o całkowitym szlabanie na komórki, ale warto uściślić fakty, żeby nie pisać o tym zakazie zbyt szeroko. Machina legislacyjna właściwie już dobiegła końca. Na początku lipca Sejm uchwalił ustawę, Senat przyjął ją bez poprawek i dokument czeka już tylko na podpis Prezydenta RP. Nowe przepisy wchodzą w życie od 1 września i wprowadzają bardzo precyzyjne rozróżnienie:
- przedszkola i szkoły podstawowe – tu wjeżdża twardy, odgórny zakaz korzystania z telefonów komórkowych i podobnych urządzeń (z oczywistymi wyjątkami wynikającymi np. ze stanów zdrowotnych, jak monitoring glikemii u dzieci z cukrzycą);
- szkoły ponadpodstawowe (licea, technika, zawodówki) – tutaj nie będzie automatycznego, ogólnopolskiego szlabanu. Ustawodawca zostawia furtkę – szkoła poprzez swój statut będzie mogła sama zdecydować o wprowadzeniu pełnego zakazu lub określić ścisłe zasady korzystania ze sprzętu.
MEN bardzo słusznie argumentuje to zdrowiem psychicznym dzieciaków, poprawą relacji rówieśniczych i walką o koncentrację. Dotychczas problem polegał na tym, że dyrektorzy i nauczyciele byli bezradni, bo brakowało jednolitej podstawy prawnej, a każda próba zarekwirowania telefonu kończyła się karczemną awanturą z rodzicami krzyczącymi o zamachu na własność prywatną.
Telefon na ławce to NIE jest cyfryzacja
Główny grzech w dyskusji o smartfonach w szkole to mylenie pojęć. Musimy oddzielić narzędzie edukacyjne od prywatnego ekranu. Cyfryzacja szkoły to mądre wykorzystanie komputerów, praca z AI na informatyce, platformy e-learningowe czy cyfrowe laboratoria. Prywatny smartfon leżący na ławce ekranem do dołu nie ma z tym nic wspólnego. To istny koń trojański wniesiony do klasy. Nawet gdy leży bezczynnie, sam fakt jego obecności obciąża tzw. pamięć roboczą mózgu. Uczniowie (i dorośli zresztą też) podświadomie czekają na wibrację, na powiadomienie, na dawkę dopaminy.
To nie są moje wymysły, to twarde dane. UNESCO w swoich raportach bije na alarm, podkreślając, że smartfony w szkole powinny być legalne tylko wtedy, gdy bezpośrednio wspierają proces uczenia się. Do końca 2024 r. aż 79 systemów edukacyjnych na świecie wprowadziło mniejsze lub większe zakazy. Z kolei dane OECD z badania PISA 2022 pokazują brutalną prawdę: 59 proc. uczniów w krajach OECD deklaruje, że na lekcjach matematyki rozprasza ich widok innych uczniów korzystających ze smartfonów. Tracą uwagę nie tylko ci, którzy scrollują, ale też ci, którzy siedzą obok nich.
Liczy się egzekwowanie
Sam zapis w Dzienniku Ustaw nie sprawi, że od 1 września polska szkoła nagle zamieni się w ateńską akademię, a uczniowie z zachwytem zaczną cytować Mickiewicza na przerwach.
Zakaz bez bezwzględnego egzekwowania będzie zwykłą fikcją. Nawet w krajach, gdzie wprowadzono restrykcje, uczniowie nadal po kryjomu używają telefonów, jeśli szkoła nie ma prostych, technicznych procedur (np. porannego zdawania telefonów do zamykanych szafek czy specjalnych depozytów w klasie).
Klasyczne badania Belanda i Murphy’ego z brytyjskich szkół udowodniły, że usunięcie telefonów z klas realnie podnosi wyniki w nauce – zwłaszcza wśród uczniów słabszych, którzy są najbardziej podatni na rozpraszacze. Ale warunek jest jeden: zakaz musi być szczelny i obejmować również przerwy, żeby dzieciaki w końcu zaczęły ze sobą rozmawiać na korytarzach, zamiast siedzieć pod ścianą z wlepionymi w ekrany oczami.
Szkoła ma uczyć technologii, nie poddawać się jej
Wyrzucenie prywatnych smartfonów z klas nie oznacza zamiany szkoły w skansen. Wręcz przeciwnie! Nauczyciele powinni uczyć programowania, krytycznego oceny źródeł w internecie, zasad higieny cyfrowej, cyberbezpieczeństwa i tego, jak mądrze korzystać z narzędzi sztucznej inteligencji. Jednak nie da się uczyć higieny cyfrowej, pozwalając na cyfrowe nałogi w czasie lekcji.
Przeczytaj także:
Gdybym w czasach mojego romansu z LG Cookie usłyszał, że dyrektor zabiera mi telefon na czas pobytu w szkole, pewnie bym się wściekł i pisał manifesty o łamaniu praw ucznia. Dziś, jako dorosły człowiek, który sam codziennie musi walczyć z przebodźcowaniem i odsuwać od siebie smartfona, żeby w skupieniu napisać ten tekst, mogę powiedzieć jedno: tamten nauczyciel z gimnazjum miałby absolutną rację. Za ten zakaz trzymam mocno kciuki. Dla dobra samych dzieciaków. I oczywiście komfortu psychicznego nauczycieli.
O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.