MON potwierdza: to był rosyjski pocisk. Nadal brak odpowiedzi na kluczowe pytanie
MON potwierdziło, że na Lubelszczyźnie rozbił się rosyjski pocisk Ch-101. Nadal nie wiadomo, czy wleciał do Polski celowo.

Ministerstwo Obrony Narodowej potwierdziło, że pociskiem, który spadł na Lubelszczyźnie, był rosyjski Ch-101. Rakieta przeleciała około 100 km nad terytorium Polski i eksplodowała na polu. Nadal nie wiadomo jednak, czy znalazła się tutaj przez awarię, czy Rosjanie świadomie zaprogramowali jej trasę przez kraj NATO.
Rozmawiałem z Dowódcą Operacyjnym gen. Ireneuszem Nowakiem, i możemy z pełną odpowiedzialnością potwierdzić, że była to rosyjska rakieta Ch-101, czyli rakieta manewrująca, zdolna przenosić nawet głowice jądrowe, która wybuchła przy zderzeniu z ziemią. Potencjalnie bardzo niebezpieczna rakieta – przekazał Cezary Tomczyk na antenie TVN24.
Pocisk wybuchł 6 minut po wykryciu
Ch-101 wleciał do Polski 30 lipca podczas nocnego, zmasowanego ataku Rosji na Ukrainę. Rosyjskie bombowce wystrzeliły wtedy dziesiątki pocisków, z których część leciała w stronę zachodnich obwodów Ukrainy.
Dowództwo Operacyjne wykryło niezidentyfikowany obiekt o godz. 3:40. Do jego rozpoznania i przechwycenia skierowano F-16. O godz. 3:46 cel zniknął z radarów. Dopiero wojskowy śmigłowiec odnalazł krater w pobliżu Tarnawy-Kolonii, około 60 km od Lublina.
Rakieta uderzyła w niezabudowany teren, dlatego nikt nie zginął i nie doszło do zniszczenia budynków. Prokuratura potwierdziła jednak, że w szczątkach znajdowała się znaczna ilość materiału wybuchowego. Nie był to pusty wabik ani fragment pocisku zestrzelonego wcześniej nad Ukrainą. Ch-101 eksplodował po zderzeniu z ziemią. Jak pisaliśmy w tekście: Co wybuchło pod Lublinem? Rosyjski pocisk manewrujący głównym podejrzanym, pierwsze oględziny niemal od początku wskazywały właśnie na tę konstrukcję. Teraz identyfikację potwierdziło MON.
Rosjanie mogli zaprogramować trasę przez Polskę
Wiceminister obrony Cezary Tomczyk przyznał, że nie wiadomo, czy pocisk został skierowany do Polski celowo. MON bierze pod uwagę różne scenariusze, a więcej odpowiedzi mają przynieść analizy szczątków, odtworzenie trajektorii i dane wywiadowcze.
Ch-101 nie jest pociskiem, który po wystrzeleniu leci bez kontroli w mniej więcej wybranym kierunku. To tak naprawdę niewielki, bezzałogowy samolot z zaprogramowaną trasą. Korzysta z nawigacji bezwładnościowej, satelitarnej oraz cyfrowych map terenu. Może omijać obronę powietrzną, zmieniać kierunek i długo lecieć na małej wysokości.
Jeżeli jego systemy działały prawidłowo, obecność tak głęboko nad Polską trudno wyjaśnić błędem nawigacyjnym. Nadal możliwa jest jednak usterka, utrata orientacji albo wpływ walki elektronicznej prowadzonej nad Ukrainą.
Jest też najbardziej niepokojący wariant: Rosja mogła świadomie poprowadzić pocisk przez polską przestrzeń, sprawdzając reakcję radarów, lotnictwa i NATO. Tej wersji nie da się potwierdzić wyłącznie na podstawie miejsca upadku.
Wiemy natomiast, że drugi rosyjski pocisk również zbliżał się do granicy, ale zawrócił tuż przed jej przekroczeniem. Ukraińskie myśliwce próbowały przechwycić zagrożenia do samego końca.
To broń do niszczenia dużych celów
Ch-101 jest odpalanym z bombowców strategicznych pociskiem manewrującym dalekiego zasięgu. Rosjanie przenoszą go pod skrzydłami Tu-95MS lub wewnątrz Tu-160. Samolot nie musi zbliżać się do Ukrainy – rakieta może samodzielnie pokonać kilka tys. km.
Pocisk ma około 7,5 m długości, waży ponad 2 t i przenosi konwencjonalną głowicę bojową o masie około 400 kg. Wariantem przeznaczonym do przenoszenia ładunku jądrowego jest Ch-102. Obie konstrukcje należą do tej samej rodziny, ale nie należy ich ze sobą utożsamiać.
Ch-101 leci zwykle z prędkością poddźwiękową, nisko nad ziemią. Dzięki temu długo ukrywa się za krzywizną Ziemi oraz przeszkodami terenowymi. Radar może zobaczyć go dopiero wtedy, gdy do celu pozostało bardzo mało czasu.
Jak pisaliśmy w tekście: Dlaczego Polska nie strąciła rosyjskiej rakiety? Sprawdzamy stan naszej tarczy, F-16 miał w tym przypadku zaledwie kilka minut na znalezienie nisko lecącego pocisku, podejście do niego i zajęcie pozycji pozwalającej na bezpieczne otwarcie ognia. Rakieta uderzyła w ziemię, zanim pilot zdążył wykonać pełne przechwycenie.
Brak pewności nie oznacza braku odpowiedzialności
W wyjaśnianiu zdarzenia uczestniczą już Amerykanie. Polska analizuje też przebieg lotu wspólnie z pozostałymi sojusznikami NATO. Dopiero po zakończeniu prac technicznych mają zostać podjęte dalsze kroki dyplomatyczne.
Nie należy więc dziś pisać, że Rosja świadomie próbowała zbombardować Lubelszczyznę. Nie ma na to dowodów. Nie można jednak uspokajać, że była to zwykła pomyłka. Tego także jeszcze nie ustalono. Pewne jest natomiast to, że uzbrojony rosyjski pocisk przeleciał około 100 km nad Polską i eksplodował, zanim udało się go zatrzymać. To, że trafił w pole, było szczęściem, nie elementem działającego systemu bezpieczeństwa.
Przeczytaj także:
Rosjanie mogą później mówić o awarii, błędzie albo prowokacji wymyślonej przez Zachód. Niezależnie od wersji odpowiedzialność pozostaje po ich stronie. Gdy wysyła się dziesiątki uzbrojonych rakiet w pobliże granicy NATO, trzeba liczyć się z tym, że jedna z nich w końcu się nie zatrzyma.
*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI
Redaktor Spider's Web specjalizujący się w tematyce naukowej. O nowych technologiach zaczął pisać w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później współtworzył treści dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.