6 dywizji na papierze, do walki ruszą dwie. Brutalna prawda o polskiej armii

Nowe dywizje dopiero się formują, a zachodnie wymagają uzupełnień. Polska armia rośnie, ale gotowości nie da się kupić z dnia na dzień.

Wojsko Polskie ma 6 dywizji. Do walki od razu byłyby gotowe dwie

Polska armia wygląda dziś na papierze znacznie potężniej niż jeszcze kilka lat temu. Mamy wielkie zamówienia, Abramsy, K2, K9, Homary, Borsuki, nowe jednostki, nowe dywizje i polityczne deklaracje o jednej z najsilniejszych armii lądowych w Europie. Tyle że wojna nie zaczyna się na konferencji prasowej.

Polska posiada dziś teoretycznie 6 dywizji wojsk lądowych, jednak gdyby Rosja zaatakowała teraz, od pierwszych godzin do walki stanęłyby przede wszystkim dwie z nich: 16. Pomorska Dywizja Zmechanizowana i 18. Dywizja Zmechanizowana. To dywizje pierwszorzutowe, czyli te, które mają największe znaczenie na kierunkach bezpośredniego zagrożenia.

Sześć dywizji tylko brzmi lepiej, niż wygląda

Polska ma 11. Lubuską Dywizję Kawalerii Pancernej, 12. Szczecińską Dywizję Zmechanizowaną, 16. Pomorską Dywizję Zmechanizowaną, 18. Dywizję Zmechanizowaną, 1. Dywizję Piechoty Legionów i 8. Dywizję Piechoty Armii Krajowej. Dla przeciętnego odbiorcy to brzmi jak duży, gotowy blok wojsk lądowych.

Problem w tym, że dywizja dywizji nierówna. Jedna może mieć rzeczywiste jednostki, sprzęt, dowodzenie, logistykę, artylerię, rozpoznanie, obronę przeciwlotniczą i gotowość do działania. Druga może być w trakcie formowania, mieć dowództwo, część lokalizacji, plany infrastrukturalne i dopiero budowane pododdziały. Trzecia może istnieć od lat, ale wymagać uzupełnień osobowych i sprzętowych, zanim wejdzie do walki pełną siłą.

W wojsku sama nazwa nie strzela, nie broni granicy, nie przeprawia się przez rzekę, nie utrzymuje linii pod ostrzałem. Liczy się ukompletowanie, wyszkolenie, logistyka, amunicja, łączność, rozpoznanie i zdolność do wejścia w działanie bez długiego rozruchu.

Pierwszy rzut to 16. i 18. Dywizja

Według opisywanej klasyfikacji pierwszorzutowe znaczenie mają dziś 16. Pomorska Dywizja Zmechanizowana i 18. Dywizja Zmechanizowana. Ich rozmieszczenie nie jest przypadkowe. 16. Dywizja odpowiada za kierunek północno-wschodni, w tym rejon obwodu królewieckiego. 18. Dywizja jest związana z kierunkiem wschodnim i granicą z Białorusią.

To właśnie tam zaczyna się najważniejsza geografia polskiej obrony. Obwód królewiecki, Białoruś, przesmyk suwalski, wschodnia flanka NATO, infrastruktura krytyczna, drogi podejścia, przeprawy, węzły logistyczne. Nie ma tu miejsca na spokojne rozwijanie sił przez wiele tygodni.

Jak czytamy w Rzeczpospolitej, dywizje pierwszego rzutu mają być zdolne do wejścia do walki w ciągu 7 dni, a część ich pododdziałów nawet w kilkanaście godzin. Nie oznacza to więc, że cała dywizja jak jeden organizm natychmiast rusza do pełnoskalowej operacji. Oznacza, że jej elementy są najbliżej realnej gotowości i mają największy sens w pierwszym etapie kryzysu.

Jak pisaliśmy w tekście: Siedlce nową twierdzą NATO. Potężna inwestycja w polską obronność, 18. Dywizja Zmechanizowana jest jednym z najważniejszych związków taktycznych budowanych na wschodzie kraju. To właśnie tam kumulują się wielkie inwestycje infrastrukturalne, nowe uzbrojenie i próba stworzenia realnej ciężkiej siły odstraszania.

Zachód ma wojsko, ale niekoniecznie na pierwszy dzień

Dużo mniej oczywista jest sytuacja 11. i 12. Dywizji. To związki istniejące od dawna, a więc w sensie formalnym nie są papierowymi bytami. Problem polega na tym, że według analizy Rzeczpospolitej są one traktowane jako dywizje drugiego rzutu. Miałyby potrzebować czasu na uzupełnienie stanów i rozwinięcie zdolności przed wejściem do walki pełną siłą.

Stara dywizja brzmi solidniej niż nowa dywizja. Tymczasem stare jednostki mogą mieć stare struktury, starszy sprzęt i niższy poziom ukompletowania. 11. i 12. Dywizja pozostają w zachodniej części kraju i były pozostawione w starszym modelu trzybrygadowym, z pułkiem artylerii zamiast dywizyjnej brygady artylerii znanej z nowszych struktur.

Lubuska Dywizja Kawalerii Pancernej ma oczywiście poważny potencjał. To jedyna polska dywizja pancerna z nazwy, z brygadami w Żaganiu, Świętoszowie i Międzyrzeczu. Problem w tym, że sama nazwa pancerna nie rozwiązuje kwestii ukompletowania, modernizacji artylerii, liczby wozów bojowych i spójności struktury.

Jeszcze trudniej wygląda obraz 12. Szczecińskiej Dywizji Zmechanizowanej. Według Rzeczpospolitej to najbardziej zaniedbana z istniejących dywizji, z tylko 1 batalionem czołgów i dużym udziałem starszego sprzętu, w tym BWP-1 i PT-91/T-72 w jedynym batalionie pancernym. To nadal jest wojsko, ale niekoniecznie takie, które w pierwszym dniu wojny od razu zmienia bilans na wschodniej flance.

Dwie nowe dywizje są inwestycją, nie gotową tarczą

Najłatwiej politycznie ogłosić nową dywizję. Najtrudniej ją zbudować. 1. Dywizja Piechoty Legionów i 8. Dywizja Piechoty Armii Krajowej są dokładnie takim przypadkiem. Ich sens strategiczny to wzmocnić wschód i centralno-wschodnią część kraju, zagęścić obronę między istniejącymi związkami taktycznymi i domknąć luki na mapie.

Dywizja Piechoty Legionów ma działać przede wszystkim w rejonie Podlasia, między 16. Dywizją operującą głównie na Warmii i Mazurach a 18. Dywizją związaną z Mazowszem i Lubelszczyzną. 8. Dywizja Piechoty Armii Krajowej ma z kolei uzupełniać południową część tej układanki, na południe od Warszawy.

Brzmi logicznie. Problem jednak w tym, że tworzenie dywizji to nie jest przemalowanie tabliczek na koszarach. Trzeba zbudować dowództwo, sztab, brygady, jednostki artylerii, logistykę, przeciwlotników, rozpoznanie, saperów, łączność, zaplecze remontowe, magazyny, poligony, koszary i system szkolenia. Trzeba mieć żołnierzy. Trzeba mieć sprzęt. Trzeba mieć kadrę średniego szczebla, której nie da się wyprodukować rozkazem.

Właśnie dlatego 1. i 8. Dywizja są dziś raczej obietnicą przyszłej siły niż natychmiastową odpowiedzią na kryzys. One mogą mieć ogromne znaczenie w latach 30., ale nie należy udawać, że już teraz są tym samym co sformowane, wyszkolone i wyposażone związki gotowe do walki.

Gotowość to nie są tylko suche liczby

Ile mamy czołgów? Ile wyrzutni? Ile dywizji? Ile żołnierzy? Ile miliardów na modernizację? Te dane są ważne, ale potrafią też tworzyć fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Sprzęt zamówiony to nie zawsze sprzęt dostarczony, sprzęt dostarczony to nie zawsze sprzęt w pełni wdrożony, a sprzęt wdrożony to nie zawsze sprzęt z wyszkolonymi załogami, zapasem części, amunicją, logistyką i procedurami. Dywizja wpisana w strukturę nie zawsze jest dywizją, która może od razu wejść do walki.

Jak pisaliśmy w tekście: Tylu żołnierzy ma polskie wojsko. Są najnowsze dane, Wojsko Polskie liczebnie rośnie, ale cel 500 tys. ludzi pod bronią do 2039 r. pokazuje skalę ambicji i odległość od punktu docelowego. Sama liczebność też nie załatwia sprawy. Żołnierz musi być w jednostce, jednostka musi mieć strukturę, a struktura musi mieć sprzęt i dowodzenie. To samo dotyczy dywizji. Papierowa struktura daje kierunek. Gotowość bojowa daje zdolność do przeżycia pierwszych dni wojny.

Najgroźniejsza jest luka czasowa

Największym problemem nie jest to, że Polska nie ma żadnej obrony. Problemem jest luka czasowa między początkiem konfliktu a pełnym wejściem pozostałych sił do walki.

Jeżeli część dywizji potrzebuje kilkunastu lub 30 dni na rozwinięcie, a inne są dopiero w formowaniu, to pierwsze godziny i dni spadają na barki dywizji pierwszorzutowych, jednostek już rozlokowanych, wojsk operacyjnych, WOT, lotnictwa, obrony przeciwlotniczej, wojsk rakietowych, sojuszników i całego systemu mobilizacyjnego. To nie jest tylko problem wojsk lądowych. To problem państwa.

Przeczytaj także:

Nie ma sensu mieć armii, która wygląda imponująco dopiero po miesiącu, jeśli przeciwnik planuje rozstrzygać pierwszy etap operacji w ciągu kilkudziesięciu godzin. Odstraszanie działa wtedy, gdy przeciwnik wie, że już na starcie uderzy w ścianę, a nie w plac budowy.

*Źródło zdjęcia wprowadzającego: Wojsko Polskie

Marcin Kusz
Redaktor

O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.