Wierzyłem, że wolne niedziele wyleczą nas z zakupowego obłędu. Byłem naiwniakiem
Tęsknota za niedzielami handlowymi jest szczególnie niebezpieczna, bo oddala nas od najważniejszego pytania: czy nie powinno się ulżyć także innym pracownikom, również w inne dni?

Niemieckie organizacje coraz głośniej mówią o konieczności zrezygnowania z niedziel niehandlowych, nazywając zamykanie sklepów w ostatni dzień weekendu reliktem przeszłości. Spacer po galeriach handlowych ma być świetną formą spędzania wolnego czasu, która dziś jest ich zdaniem niepotrzebnie ograniczana. To absurd, mówią, tym bardziej że w internecie żadnych barier nie ma i kupować można non stop. No właśnie - ten argument można wyrwać z rąk i wykorzystać w odwrotnym celu: skoro nikt internetu nie zamyka, to konsumpcyjnych zapędów wcale nie trzeba kontrolować, można puścić je wolno po sklepach online.
Dyskusja o niehandlowych niedzielach toczy się również u nas. To jednak wcale nie tak, że zwolennicy weekendowych spacerów po sklepach siedzą cichutko jak mysz pod miotłą, a tylko tego typu okazje dodają im otuchy, by wreszcie zabrać głos. Skoro tamci się odważyli, to też wreszcie mogą, może nikt ich nie skarci, jeśli usprawiedliwią się hasłem: "ale to nie my, to oni zaczęli". Podobna zachęta wcale nie jest im potrzebna, bo polski zakaz zakupów w niedziele kwestionowany jest i bez zagranicznego wsparcia.
W 2025 r. Ryszard Petru zaproponował, by to samorządy same decydowały o tym, czy sklepy mają być otwarte w niedzielę, czy też nie. "Są miejsca w Polsce bardziej konserwatywne, niech zamkną sklepy, te bardziej liberalne niech otworzą" - proponował w rozmowie z PAP.
W 2024 r. przeciwko niedzielom niehandlowym opowiedział się Szymon Hołownia. Choć w zasadzie to nie do końca, bo ówczesny marszałek Sejmu był za, a nawet przeciw, proponując coś na kształt kompromisu. Raczej z gatunku tych zgniłych, skoro dwie niedziele w miesiącu miałyby być handlowe, a dwie nie. Ani wilk nie byłby więc syty, ani owca by się nie ustała.
"Jeżeli wrócą niedziele handlowe, to ja jestem całkowicie w plecy" - mówił wtedy serwisowi WP Finanse przedsiębiorca prowadzący mały sklep. Jak wyjaśniał, w ciągu tygodnia klienci zwykle robią zakupy w dużych sklepach, dyskontach. Niedziela to czas na zarobek dla maluczkich.
To bardzo ciekawy argument, bo kiedy wprowadzano niedziele niehandlowe w 2018 r., przeciwnicy uważali, że będzie to cios w małe sklepy.
Jak ktoś pójdzie na tę dziką promocję w sobotę, obkupi się, ludzie kupują dużo więcej niż potrzebują, to potem nie ma potrzeby, żeby chodzić do sklepu. Jeśli sieciom uda się wylansować taki model, że Polacy robią zakupy raz w tygodniu, to oznacza trwałą zagładę polskiego handlu, całkowitą - wieszczył w programie "Money. To się liczy" Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.
Pan Kaźmierczak nie przewidział jednego - że sieciom wcale nie zależy na tym, aby Polacy robili zakupy raz w tygodniu.
Sieciom zależy na tym, aby Polacy robili zakupy codziennie, tak długo, jak tylko się da
Dlatego coraz częściej nawet dyskonty nie zamykają się o ludzkiej porze, np. o 21:00, tylko pozostają otwarte do 22:00, a często nawet i do 23:00 bądź 23:30. I to wcale nie z okazji zbliżających się świąt.
Pretekstem do wydłużenia godzin otwarcia mogą być wakacje, ale też po prostu weekend. Albo wielka impreza organizowana przez miasto - właśnie z tego powodu jeden z łódzkich dyskontów będzie czynny niemal całą dobę w nadchodzącą sobotę.
Zaczynam podejrzewać, że niedługo powodem, dla którego sklep pozostanie czynny do 23:59, będzie pełnia Księżyca. W końcu ludzie lubią wtedy wychodzić na wieczorne spacery, podziwiać jego blask i korzystać z tego, że jest jaśniej niż zwykle. A jak wtedy najdzie ich ochota na kupno ulubionego jogurtu, wiertarki bądź bukietu róż, to kim jesteśmy, aby im tego zabraniać? Okrutnikami, depczącymi romantyzm.
Ale czy niezbyt pomyślna prognoza pogody również nie powinna być argumentem za tym, aby sklepy otwarte były nieco dłużej? Pada, ziąb, nastrój podły - poprawić humor można jedynie zakupami. I cyk, w deszczowy czwartek dyskonty otwarte do 23:30.
Coraz częściej każdy pretekst jest idealną okazją, aby sklepy były otwarte dłużej
I właśnie dlatego postulaty powrotu do niedziel handlowych są dziś szczególnie nie na miejscu. Gdy przed laty dyskutowano na temat tej zmiany, głównym argumentem przeciwników było to, że Polacy po prostu nie mają kiedy zrobić zakupów. Są tak zapracowani, że niedziela jest ostatnią szansą, by uzupełnić zapasy.
Z badania przeprowadzonego przez serwis Ceneo w 2016 r. wynikało, że jedynie 20 proc. Polaków nie robi w niedzielę zakupów ani w sklepach tradycyjnych, ani w internecie. 43 proc. ankietowanych udających się wówczas do sklepów w ten dzień tłumaczyło, że w tygodniu nie mają czasu, a 41 proc. wyjaśniało, że tylko wtedy mogą robić zakupy bez pośpiechu. 8 proc. traktowało to jako rozrywkę, a 1/3 przyznawała, że decyzję o wizycie w sklepie podejmuje spontanicznie.
Już wtedy argument o braku czasu brzmiał mocno kontrowersyjnie i nieprzekonująco. Dziś całkowicie utracił swoją moc. Nie tylko dlatego, że udowodniliśmy latami bez niedziel handlowych, że jakoś jesteśmy w stanie się dostosować i udaje się przez sześć w dni tygodniu przygotować niezbędny prowiant, który wystarcza na tę jedną, trudną dobę. Ledwo, bo ledwo, ale jest!
Argument nie robi jednak wrażenia przede wszystkim dlatego, że dziś zakupy można robić niemal o każdej porze
Sklepy coraz częściej mają wydłużone godziny otwarcia, a do tego dochodzą jeszcze zakupy internetowe. Kurierzy dostarczają nie tylko jedzenie, ale też typowe spożywcze produkty, a jak kogoś przyszpili, to w ten sposób kupić może elektronikę - przyjeżdża w pół godziny - i gadżety dla dorosłych.
Zresztą dostawy przez internet sprawiają, że niedziele niehandlowe w dużych miastach w praktyce są fikcją. Owszem, stacjonarnie zakupów się nie zrobi, ale wystarczy aplikacja i produkty z dyskontu lądują prosto pod drzwiami.
Uzasadnieniem niedziel niehandlowych było to, aby pracownicy mogli spędzić czas wolny z rodziną i odpocząć. Dziś nie dotyczy to jednak kurierów, o których w sumie mało kto się troszczy. Skoro pracują w niedzielę, to chyba chcą, prawda? Mogą sobie dorobić, więc tylko na tym korzystają - mówi się, sięgając po bardzo okrutny zagłuszacz sumienia.
Byłem naiwniakiem
W zasadzie to nadal jestem. Dalej zdarza mi się wierzyć w to, że słuszne inicjatywy, które na początku nie cieszą się delikatnie mówiąc poparciem, z czasem zostają zaakceptowane - i właśnie dlatego mimo protestów warto na nie stawiać.
Upowszechniają się, aż w końcu dostrzegane są ich zalety. Tak było np. z zakazami palenia w miejscach publicznych czy nocną prohibicją, którą coraz częściej wprowadza się w miastach - wielu kręciło nosem, a świat się jednak nie zawalił, słynne mety jakoś nie powstają na każdym rogu. Za to robi się spokojniej. Podejrzewam, że nawet zajadli krytycy systemu kaucyjnego zgodzą się, że dziwnym trafem plastikowych butelek i puszek na ulicach jest jakby mniej.
To naiwne podejście pozwalało mi wierzyć, że z niedzielami niehandlowymi będzie podobnie. Na własnym przykładzie dostrzeżemy, że można żyć bez niedzielnej wizyty w sklepach. A skoro tak, to dlaczego by nie zastanowić się, czy rzeczywiście dyskonty i inne sklepy muszą być otwarte tak długo. Może wystarczy, że będą do 21:00?
Tymczasem dyskusja skręciła w zupełnie inną stronę. Niedziela niehandlowa jest jak przedmiot negocjacji
Jeśli w niedzielę nie można robić zakupów, to potrzebna jest rekompensata. Zaskakująco sowita, bo w postaci tygodnia wydłużającego się w nieskończoność. A to wcale nie powinna być kwestia coś za coś. Wręcz przeciwnie.
Argumenty przemawiające za niedzielami niehandlowymi należałoby rozszerzyć i przywoływać właśnie w kontekście zakupów online czy dyskontów, które coraz częściej chcą działać całą dobę. Związki zawodowe zwracają uwagę, że pracownicy wracający po nocach często nie mają jak dotrzeć do domów, bo transport publiczny albo kursuje wtedy rzadziej, albo robi sobie dłuższą przerwę.
Liczy się jednak wyłącznie perspektywa konsumenta: on chce kupić rzeczy o 23:59 i dlaczego miałby nie móc spełnić tej zachcianki. Dlaczego jednak nie myśli się o pracownikach, którzy chcieliby wrócić do domu o ludzkiej porze? Jeśli już to dzięki kurierom możliwe jest spełnianie dowolnych potrzeb zakupowych, to dlaczego jednocześnie pozbawia się ich podstawowych pracowniczych praw?
Te wątpliwości każą uderzać się w pierś klientom: tak, to też nasza wina. Jest dziś bardzo wiele możliwości, aby sobie pofolgować, dać upust konsumpcyjnym żądzom. Można byłoby więc w końcu zacząć zastanawiać się, jak je okiełznać. Czy fakt, że produkt zamówiony w poniedziałek do godziny 19:00 jest w automacie paczkowym na drugi dzień przed 12:00 nie jest wystarczającym argumentem za tym, aby dostawy w sobotę nie były aż tak konieczne?
Jasne, to wszystko jest bardziej skomplikowane - nie wszystko się da zamówić itd. Wiem też, że łatwo w te sidła wpaść i sam, przyzwyczajony do wygody, krzywię się na widok komunikatu informującego o tym, że "dostawa za 2-3 dni". Ale w tym właśnie rzecz: może warto zatrzymać się, a nie przeć w kierunku sytuacji, gdy dostarczenie - lub kupienie stacjonarnie - czegokolwiek o 3:00 w nocy będzie możliwe. I to za śmieszne pieniądze.
Będzie wygodnie, to na pewno. Ale szczególnie ostatnie dni doskonale pokazują, dzięki komu jest to możliwe - dzięki pracy tych, którzy są coraz mniej chronieni i godziwie wynagradzani. Czy to ma być koszt wielkiej wygody?
„Ekstatycznie umiłował morze”, ale mieszka w Łodzi. Lubi pisać o tym, jak technologia wpływa na człowieka, politykę, ekonomię, ekologię, architekturę czy miasta, zastanawiając się przy tym, czy dzięki niej możemy żyć jeśli nie lepiej, to chociaż inaczej. Gra też na Nintendo Switch, a zamiast Xboksa i PlayStation woli Stadię i GeForce Now, bo granie w chmurze to przyszłość.