Wielka chmura, mały rozum. Jak polskie państwo robi autosabotaż
Raport "Cyfrowa racja stanu" przygotowany przez Polską Sieć Ekonomii na zlecenie Związku Polska Chmura nie pozostawia złudzeń: państwo nie tylko nie buduje własnej suwerenności cyfrowej, ale wręcz pogrąża się w uzależnienia. Kapitał ma narodowość, produkty cyfrowe również. I trzeba ciągle o tym przypominać.

Pisaliśmy o tym wielokrotnie. Facebook, Google i Amazon są bogatsze niż niejedno państwo. Dane Polaków zamieniają w złoto, ale podatków w naszym kraju nie płacą prawie wcale. Poziom uzależnienia to jednak nie tylko pozwolenie gigantom na samowolkę, to także braki w "uzębieniu" infrastruktury krytyczynej. Uśmiechnięta Polska się szczerzy, choć widok ten nie powinien napawać optymizmem.
Wyobraźcie sobie państwo, które co roku kupuje flotę najdroższych, luksusowych limuzyn, po czym kluczyki oddaje anonimowemu szoferowi zza oceanu, a faktury za paliwo wrzuca do niszczarki bez patrzenia na kwoty. Brzmi jak ponury żart z czasów późnego kapitalizmu? Otóż nie, to nie żart. To opis naszej cyfrowej rzeczywistości.
Witamy w Polsce AD 2026 – kraju, który na cyfryzację wydaje miliardy, ale nie ma zielonego pojęcia, gdzie te pieniądze właściwie lądują, ani kto tak naprawdę trzyma rękę na włączniku naszych kluczowych systemów.
Ostatnie doniesienia i raporty dotyczące naszej "cyfrowej racji stanu" powinny wywołać na Wiejskiej i w okolicach Ministerstwa Cyfryzacji potężne tąpnięcie. Zamiast tego mamy ciszę przerywaną jedynie szumem serwerów należących do amerykańskich gigantów.
Zacznijmy od liczb, bo te potrafią działać otrzeźwiająco. Albo powinny. Rocznie na IT w sektorze publicznym pompujemy miliardy złotych. Mogłoby się wydawać, że za tak gigantyczne kwoty budujemy suwerenną, nowoczesną infrastrukturę, która w razie globalnego kryzysu czy geopolitycznego zawirowania pozwoli nam zachować kontrolę nad własnymi danymi. Nic bardziej mylnego. Jak wynika z raportów (nie tylko tego, o którym dziś piszemy), polskie państwo wydaje krocie na technologie i… kompletnie nie wie, dokąd te strumienie pieniędzy płyną. Brak transparentności, brak centralnego audytu i – co najgorsze – brak elementarnej kontroli nad tym, co kupujemy.
Przedstawmy kilka faktów:
60 miliardów złotych – tyle w 2025 roku przekroczył deficyt handlowy Polski w obszarze produktów cyfrowych. Do 2030 roku na import technologii wydamy więcej, niż wynosi łączny koszt importu wszystkich surowców energetycznych.
7 miliardów złotych – co najmniej tyle w 2024 roku administracja publiczna wydała na systemy teleinformatyczne. Ogromna część tych pieniędzy nie buduje krajowych kompetencji, tylko zasila konta amerykańskich i azjatyckich Big Techów.
76 proc. – o tyle w ciągu najbliższych 5 lat wzrosną koszty licencji i usług chmurowych, jeśli utrzymamy obecny model i tempo podwyżek narzucanych przez monopolistów (średnio 12 proc. rocznie).
Zamiast budować polską chmurę, wspierać lokalnych dostawców i dbać o to, by podatki płacone przez Polaków zostawały nad Wisłą, uprawiamy radosną, cyfrową kolonizację na własne życzenie. Oddaliśmy nasze bazy danych, systemy ewidencji i kluczowe rejestry państwowe w ręce Big Techu. Jesteśmy uzależnieni od zagranicznych monopoli technologicznych jak nastolatek od TikToka. Gdyby jutro któryś z amerykańskich gigantów postanowił drastycznie podnieść ceny usług chmurowych albo zmienić politykę prywatności, polski urzędnik mógłby jedynie bezradnie rozłożyć ręce i zapłacić każdą fakturę. Jesteśmy cyfrowymi zakładnikami we własnym domu.
A propos faktur. Dożyliśmy czasów, w których technologie, zamiast optymalizować koszty, stają się dla nas finansowym stryczkiem. Doszło do absurdu, w którym koszty subskrypcji, licencji i utrzymania aplikacji w chmurach potrafią przewyższać koszty… energii elektrycznej potrzebnej do ich zasilania! To nie jest postęp. To jest finansowy drenaż. Płacimy haracz za iluzję nowoczesności, podczas gdy prawdziwym beneficjentem tego cyfrowego eldorado są korporacje z Doliny Krzemowej.
Prawdziwym dramatem jest jednak kompletny brak refleksji nad pojęciem suwerenności technologicznej. Kiedy mówimy o bezpieczeństwie militarnym, kupujemy czołgi i budujemy fabryki amunicji na miejscu. Kiedy mówimy o bezpieczeństwie energetycznym, debatujemy o atomie i dywersyfikacji dostaw gazu. Ale kiedy mowa o cyberbezpieczeństwie i suwerenności danych, polscy decydenci zachowują się, jakby chmura obliczeniowa była magicznym zjawiskiem atmosferycznym, a nie fizycznymi serwerami ulokowanymi pod konkretnym adresem prawnym i geograficznym, podlegającymi jurysdykcji obcych mocarstw.

Czas na test
Aby odwrócić niekorzystną sytuację, eksperci z Polskiej Sieci Ekonomii proponują wprowadzenie kaskadowego testu suwerenności przy zamówieniach publicznych na IT. Ideę tę zapowiedział już premier Donald Tusk w czerwcu, podczas Europejskiego Kongresu Finansowego.
Przy zakupach technologicznych na potrzeby państwa powyżej 5 mln zł (lub 15 mln zł w przypadku inwestycji infrastrukturalnych) miałby ten test badać, na ile dany projekt pozostawia państwu kontrolę nad własnymi systemami i danymi.
Autorzy raportu zamiast podejścia wyłącznie kwotowego proponują jednak ocenę infrastruktury pod kątem jej krytyczności. Ich test obejmuje sześć kryteriów:
- operacyjne – chodzi tu o wpływ infrastruktury cyfrowej na wykonywanie zadań publicznych i ciągłość działania państwa;
- jurysdykcyjne – odporność na eksterytorialny dostęp służb państw trzecich, np. USA czy Chin;
- ekonomiczne – stopień uzależnienia od dostawcy (vendor lock-in) i wpływ na lokalny rynek;
- poznawcze (epistemiczne) – kontrola nad algorytmami AI, informacjami i procesami decyzyjnymi;
- środowiskowe – efektywność zużycia wody i energii przez centra danych;
- demokratyczne – wpływ na sprawczość obywateli i realizację ich praw.
Zmiana jest możliwa.
Wymaga to jednak uderzenia pięścią w stół i zdefiniowania na nowo, czym jest "cyfrowa racja stanu". Potrzebujemy natychmiastowego audytu wydatków na IT w administracji publicznej. Musimy precyzyjnie zmapować, ile i komu płacimy. Po drugie, czas na realne, a nie tylko deklaratywne wsparcie dla polskich projektów chmurowych i lokalnych firm technologicznych. To nie jest kwestia protekcjonizmu – to kwestia narodowego bezpieczeństwa i zdrowego rozsądku.
Dopóki tego nie zrobimy, będziemy dalej płacić miliardy za aplikacje droższe niż prąd, błądzić we mgle niewiedzy i łudzić się, że jesteśmy nowocześni, podczas gdy w rzeczywistości jesteśmy tylko dobrze opodatkowanym, cyfrowym bantustanem. Czas się obudzić, zanim ktoś za oceanem po prostu wyciągnie wtyczkę. Rządzą ci, którzy mają dane, algorytmy i dostęp do chmury.
Krytyk nowych mediów i czujny obserwator cyfrowej transformacji. Opowiada o technologiach z ludzkiego punktu widzenia: chętnie piszę o konsekwencjach rozwoju sztucznej inteligencji i jej wpływie na społeczeństwo, kulturę i media. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej" (w redakcji gospodarczej, a także w magazynie weekendowym i "Dużym Formacie"), Newsweeku, Forbes, Polityce, Przeglądzie. Absolwent dziennikarstwa i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim i podyplomowych studiów digital media na Uniwersytecie SWPS. Pasjonat pięknej literatury, dobrego kina i mądrej sztuki. Dwukrotny Finalista Nagrody Dziennikarstwa Ekonomicznego (za rok 2023 i 2024). Nominowany do Nagrody Grand Press w kategorii Publicystyka (za rok 2025).