Cudowny klimatyzator ma schłodzić pokój w 90 s. Największy przekręt tych wakacji
Miał zużywać prawie zero prądu i zastępować klimatyzację. W rzeczywistości był prostą chłodnicą ewaporacyjną sprzedawaną za wielokrotność wartości. Facebook i YouTube zalewają reklamy cudownych klimatyzatorów.

Miał schładzać cały pokój w mniej niż 90 sekund, zużywać niemal zero energii i korzystać z technologii stworzonej przez byłych inżynierów NASA. Kosztował ułamek ceny prawdziwego klimatyzatora, nie wymagał rury wyprowadzonej przez okno, a do działania potrzebował jedynie odrobiny wody i gniazdka.
Po rozebraniu obudowy kosmiczna technologia zniknęła. W środku znajdował się niewielki wentylator oraz zestaw nasączanych wodą wkładów, które autor testu opisał jako kartonowe lamele. Urządzenie kupione za 70 funtów, czyli około 350 zł, miało według niego zawierać części warte najwyżej kilka funtów. Nie był to zepsuty klimatyzator. To w ogóle nie był klimatyzator.
Brytyjski inżynier Stuart Matthews kupił jeden z takich produktów i rozebrał go na części. Nie znalazł sprężarki, wymiennika ciepła, skraplacza ani obiegu czynnika chłodniczego. Był mały zbiornik na wodę, wilgotny wkład i słaby wentylator przedmuchujący przez niego powietrze.
To konstrukcja znana od dziesięcioleci jako chłodnica ewaporacyjna, nazywana też klimatyzatorem wodnym. Jej działanie opiera się na bardzo prostym zjawisku fizycznym: parowaniu wody. Wentylator zasysa powietrze i przepuszcza je przez wilgotny wkład (np. nasączoną matę lub filtr), a odparowująca woda odbiera część energii cieplnej z przepływającego strumienia. W efekcie powietrze na wylocie może być odczuwalnie chłodniejsze, ale jednocześnie staje się bardziej wilgotne.
Taki efekt ma jednak swoje ograniczenia. Najlepiej działa w gorącym i suchym klimacie, gdzie powietrze może przyjąć więcej wilgoci. W warunkach wysokiej wilgotności skuteczność gwałtownie spada, a urządzenie zaczyna przypominać zwykły wentylator z dodatkiem wilgoci. Nie jest to więc rozwiązanie, które obniża temperaturę.
Kluczowa różnica polega na tym, że chłodnica ewaporacyjna nie usuwa ciepła z pokoju. Nie ma sprężarki ani układu chłodniczego, który transportowałby energię cieplną na zewnątrz, jak robi to prawdziwy klimatyzator.
Prawdziwy klimatyzator musi gdzieś wyrzucić ciepło
Klimatyzacja nie produkuje chłodu. Przenosi energię cieplną z jednego miejsca do drugiego. Klimatyzator zasysa powietrze z pomieszczenia i przepuszcza je przez zimny parownik. Czynnik chłodniczy odbiera ciepło, sprężarka podnosi jego ciśnienie, a skraplacz oddaje energię poza chłodzoną przestrzeń. W urządzeniu typu split odbywa się to w jednostce zewnętrznej. Klimatyzator przenośny wyrzuca gorące powietrze grubą rurą wystawioną za okno.
Jeżeli urządzenie nie ma jednostki zewnętrznej, rury odprowadzającej powietrze ani innego sposobu przekazania ciepła poza pokój, nie może działać jak klasyczna klimatyzacja. W zamkniętym pomieszczeniu nie wystarczy przecież przesunąć ciepła z lewej strony urządzenia na prawą. Trzeba je fizycznie usunąć z wnętrza. W przeciwnym razie całkowita ilość energii pozostanie taka sama, a silnik wentylatora dołoży jeszcze odrobinę własnego ciepła.
Jak pisaliśmy w tekście: Wentylator jak piekarnik z termoobiegiem? Sprawdzamy, co na to nauka, zwykły wiatrak nie obniża temperatury w pokoju. Przynosi ulgę człowiekowi, ponieważ zwiększa ruch powietrza przy skórze i ułatwia parowanie potu. Termometr stojący obok prawie tego nie zauważy.
Regulator sprawdził obietnice. Dowodów nie było
Brytyjski urząd nadzorujący rynek reklam już w 2025 r. wszczął serię postępowań dotyczących miniaturowych chłodnic sprzedawanych pod różnymi nazwami. Airabreeze reklamowano hasłem o chłodzeniu dowolnego pokoju w 90 sekund niemal bez kosztów. Urządzenie miało zużywać o 90 proc. mniej energii niż klimatyzacja i stanowić jej równie skuteczny, lecz znacznie tańszy zamiennik. BrizaAC miała schładzać każdy pokój w kilka sekund. HydroChill obiecywał szybkie chłodzenie całych domów i tysiące funtów oszczędności na rachunkach. NuraBreeze rzekomo kosztowała w użyciu o 98,7 proc. mniej od tradycyjnych klimatyzatorów.
Sprzedawcy nie przedstawili wiarygodnych badań potwierdzających te deklaracje. Reklamy zostały uznane za wprowadzające w błąd i nie mogły być dalej publikowane w zakwestionowanej formie.
Nie zakończyło to jednak zjawiska. Nazwy produktów i adresy sklepów mogą zmieniać się szybciej, niż regulatorzy są w stanie kończyć postępowania. Ten sam plastikowy sprzęt wraca z nowym logo, inną historią wynalazcy i kolejną stroną pełną entuzjastycznych recenzji.
Sprzedawca nie oferuje urządzenia. Sprzedaje ulgę od upału
Tego rodzaju kampanie pojawiają się dokładnie wtedy, gdy zaczyna brakować prawdziwych klimatyzatorów, a ludzie po kilku bezsennych nocach są gotowi kupić niemal wszystko. Cena została ustawiona bardzo sprytnie. Kwota 350-600 zł jest znacznie niższa niż koszt prawdziwego klimatyzatora, ale wystarczająco wysoka, aby produkt sprawiał wrażenie poważnego sprzętu, a nie wentylatorka z internetowego bazaru.
Reklama tworzy też presję. Na stronie pojawia się licznik odmierzający koniec promocji, informacja o ostatnich kilku egzemplarzach oraz komunikat, że tysiące osób oglądają ofertę. Zniżka 50 proc. obowiązuje oczywiście wyłącznie dzisiaj.
Do tego dochodzą historie byłych inżynierów NASA, rzekome bunty przeciw wielkim koncernom i zdjęcia skomplikowanych miedzianych elementów, których w sprzedawanym urządzeniu nie ma. Coraz częściej materiały tworzone są przy pomocy generatorów AI, dlatego ta sama osoba może mieć na kolejnych kadrach inną twarz, dłonie lub logo na ubraniu.
Najmocniejszą bronią pozostają jednak opinie. Dziesiątki klientów opisują, jak urządzenie uratowało ich rodzinę, obniżyło temperaturę o 10 stopni i pozwoliło zrezygnować z kosztownej klimatyzacji. Problem w tym, że recenzje znajdują się na stronie kontrolowanej przez sprzedawcę, więc równie dobrze mogły powstać razem z całą resztą reklamy.
Jedna rzecz natychmiast zdradza fałszywy klimatyzator
Najprostszy test nie wymaga rozbierania obudowy. Wystarczy sprawdzić, dokąd urządzenie odprowadza ciepło. Prawdziwy klimatyzator przenośny będzie duży, ciężki i wyposażony w przewód prowadzący za okno. W specyfikacji znajdziemy moc chłodniczą podaną w watach albo BTU, czynnik chłodniczy, przepływ powietrza i zalecany metraż pomieszczenia.
Jeżeli małe pudełko zasilane przez USB nie ma sprężarki i wystarczy nalać do niego wody, najprawdopodobniej jest wentylatorem ewaporacyjnym. Może być użytecznym urządzeniem osobistym, ale nie zastąpi klimatyzacji.
Przeczytaj także:
Jak pisaliśmy w tekście: Tańsza i łatwiejsza alternatywa dla klimatyzacji. Schłodzisz, a nie wydasz majątku, prawdziwe urządzenia przenośne oferują moc chłodniczą liczoną w tysiącach watów, ważą kilkadziesiąt kilogramów i wymagają wyprowadzenia gorącego powietrza. Nie mieszczą się w dłoni i nie działają z ładowarki do telefonu, ponieważ fizyka stawia im konkretne wymagania.
*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI
O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.