REKLAMA

"Jak komuś żal kuriera, niech da sowity napiwek". Mam dość szantażu moralnego

Solidarność czy gesty wsparcia są potrzebne, ale liczenie, że w ten sposób uda się załatać systemowe niedoróbki, jest skręceniem w ślepą uliczkę. 

pyszne

Pyszne.pl rezygnuje z bezpośredniego zatrudniania kurierów. Ci pracę dostaną przez pośredników, z którymi rozliczy się platforma. Ten sam model działa w usługach przewozów osób i, jak zwracał uwagę Paweł Grabowski, prowadzi do pewnych patologii.

[Kurierzy] nie będą mieli minimalnej stawki godzinowej - będą opłacani wyłącznie za zrealizowane dostawy, w praktyce może to oznaczać, że zarobią mniej niż stawka minimalna bądź nie zarobią nic (jeżeli nie będzie zamówień). Do tego dochodzi gorsza ochrona zatrudnionych oraz konieczność rozliczania się z partnerem flotowym i płacenie mu prowizji.

"Liczne przykłady zarówno z polskiego rynku delivery jak również z innych krajów europejskich wskazują, że model zatrudnienia przez partnerów flotowych może wiązać się ze zwiększonym ryzykiem nadużyć" - dodaje Konfederacja Pracy. 

W jednym z komentarzy pod wpisem Marka Szymaniaka na ten temat czytam, że "jak się ktoś tak bardzo przejmuje losem kurierów, niech zostawia tipy po 50 zł za dostawę". Wtedy, przekonuje autor opinii, problem zniknie - ci zostaną dodatkowo i w końcu sprawiedliwie wynagrodzeni za swoją pracę. 

Taki model zresztą już forsują bardzo duże firmy w Polsce. Skoro staliśmy się krajem zbiórek, to możemy również być krajem napiwków - czemu nie. Specjalizujemy się w pospolitych ruszeniach, więc jeszcze jeden masowy zryw nie dziwiłby ani trochę. Każda okazja, aby "umilić komuś dzień", będzie na wagę złota, a platformy poklepią po plecach za przejaw solidarności. Dzięki temu kasa zostanie u nich i problem faktycznie z głowy.  

Podejrzewam, że w propozycji autora komentarza wcale nie kryje się chęć naprawiania świata. Podrzucone rozwiązanie podszyte jest pewną uszczypliwością

Zgaduję, że komentujący doskonale zdaje sobie sprawę, że większość nie zdecyduje się wręczyć dostawcy 50 zł. Ba, nie wyciągnie nawet 10 zł. Dzieje się tak dlatego, że wszyscy chcą mieć usługi realizowane sprawnie, szybko i pod nos, ale przy tym najlepiej jest, jeśli płaci się za to możliwie jak najmniej. Firmy znalazły sposób, aby spełniać te zachcianki, ale coś za coś - koszt poniosą pracownicy. 

I to poświęcenie, na które jesteśmy gotowi - odpowiadają klienci, nawet jeśli potem muszą wylewać łzy w komentarzach. Szczerze i uczciwe, ale cóż z tego, jeśli spora grupa po części też należy do beneficjentów tego systemu. 

Ewentualne szczodre gesty nie są jednak żadnym rozwiązaniem - sytuacji pracowników nie poprawi fakt, że nagle wszyscy dorzucą do swoich zamówień 5 zł, wręczając monetę kurierowi. Na pewno dostawcy na tym by doraźnie skorzystali, ale problem, o którym wspomina chociażby Konfederacja Pracy, dalej by istniał. Co więcej, może by rozszerzał się na kolejne branże i konsumenci musieliby jeszcze częściej wspierać pracowników, o których pracodawcy z różnych powodów zadbać nie chcą.

Państwo ma narzędzia, aby tego typu praktyki i procedery ukrócić, ale nie chce z nich skorzystać. Można się zżymać, można się wściekać, można cytować tych, którzy mówią, co należy zrobić - ale co z tego, jeśli do niczego tak naprawdę to nie prowadzi? 

- Ciężko powiedzieć, bo nie wiemy co planuje ministerstwo. Szanse na ucywilizowanie rynku są. To nie jest bardzo trudne. Wymaga tylko woli politycznej i zdecydowanych działań - powiedział Xavierowi Wolińskiemu Stanisław Kierwiak z OPZZ Konfederacji Pracy kurierów w Pyszne.pl.

I tak jest przecież od lat - to wcale nie jest nowy problem. Głosy, że ktoś w końcu się tym zajmie, powracają, a mimo to utknęliśmy w martwym punkcie. 

Jeśli więc nie napiwki, to co?

Po przeciwnej stronie stoją osoby, które coraz częściej zachęcają w komentarzach do nie zamawiania jedzenia za pośrednictwem aplikacji. Wystarczy kontaktować się bezpośrednio z restauracjami i odbierać dania na miejscu. Czasy, kiedy musieliśmy siedzieć w domach się skończyły, więc najwyższa pora zrezygnować z komfortu, szczególnie jeśli to wygodnictwo uderza bezpośrednio w innych. 

Pamiętam, gdy w zimowy wieczór, tuż po intensywnych opadach śniegu, widziałem, jak kurier na rowerze elektrycznym próbował wyjechać na główną ulicę. Wszystko było zasypane tak, że trudno było poruszać się nawet pojazdem z grubymi oponami. Tyle dobrego, że ruch był naprawdę znikomy i nawet ślizganie się mogło zakończyć się co najwyżej wywrotką, ale nie zderzeniem z innym. Szczęście w nieszczęściu. 

Nie ukrywam, że przyszło mi wówczas do głowy pytanie: dlaczego ktoś nie wziął pod uwagę warunków pogodowych i zdecydował się na zamówienie? Co byłoby gorsze: brak refleksji, że ktoś będzie musiał przebijać się przez zaspy, czy kliknięcie "zamów" ze świadomością, z czym to się wiąże?

- Niestety system jest w pewnym sensie patologiczny, bo zachęca do wytężonej pracy w warunkach, które są najtrudniejsze. A to z kolei może powodować różnego rodzaju przeciążenia i prowadzić do wypadków - opowiadał TOK FM Stanisław Kierwiak, opisując pracę dostawcy jedzenia w trakcie czerwcowej fali upałów. 

Rzecz stara jak świat: wygoda jednych kosztem drugich

Ci, którzy posłuchali się komunikatów i zostali w domu, aby nie przebywać na słońcu, mogą być syci i bezpieczni, bo w tym samym czasie ktoś dostarczy im jedzenie, zakupy i inne towary wcale nie pierwszej potrzeby. 

Oczywiście znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że jak ktoś pracować w takich warunkach nie chce, to wcale nie musi, są inne zajęcia, a chcącemu nie dzieje się krzywda - to dowód na pracowitość i zaradność, że pracuje wtedy, kiedy innym się nie chce. Jakby to rzeczywiście wszystko było takie łatwe i proste. 

Czyli co: nie zamawiać, ratując innych przed skwarem czy intensywnymi opadami, odbierając tym samym szansę na większy lub jakikolwiek zarobek? Okrutne błędne koło. I tak źle, i tak niedobrze. 

Ciągle wszystko sprowadza się do wybierania mniejszego zła. Kupować ubrania w sieciówkach, które są tanie dzięki wyzyskowi pracowników daleko stąd? Ale jak nie kupisz, to świat wcale nie stanie lepszy. Wręcz przeciwnie: fabryka upadnie i fatalny los wielu rodzin będzie jeszcze gorszy. 

Prowadzić do ograniczeń sprzedaży mięsa? Fajnie, ale co z tymi milionami krów, kur i innych zwierząt - trzeba będzie i tak je zabić, więc już chyba lepiej po coś, czyż nie? Świetnie, że nie chcesz, aby konie wciągały turystów na Morskie Oko, ale bez tej pracy nie będą nikomu potrzebne, nie zarobią na siebie, a nikt nie będzie do nich dokładać, jeśli straci zajęcie. Wybieraj więc: mają się męczyć, czy mają nie żyć. I tak dalej, i tak dalej. 

Te wątpliwości pozwalają odepchnąć od siebie niewygodną myśl, że wszyscy po części jesteśmy w tym umoczeni. Od naszych decyzji niby niewiele zależy, ale jednak jesteśmy elementem tej nieprzyjemnej układanki. Chcąc nie chcąc sprawiamy, że to wszystko może się kręcić.

W książce The Second Body [Drugie ciało] opublikowanej w 2017 roku los człowieka przedstawia jako życie w dwóch ciałach – w jednym żyjemy świadomie: zaspokajamy głód, dojeżdżamy do pracy, ćwiczymy w siłowni, płodzimy dzieci, gdy tymczasem nasz cień wspomaga te wszystkie działania, przemierzając wyparte równoległe światy, wydobywając i produkując zasoby i dobra, które to wszystko umożliwiają. Hildyard pisze: Jesteś tutaj, w swoim ciele, ale z technicznego punktu widzenia można by powiedzieć, że jesteś w Indiach i Iraku, w niebie, gdzie wywołujesz burze, i na morzu, gdzie zapędzasz wieloryby na brzeg. Może nie czujesz, żeby twoje ciało tam wszędzie było: to tak, jakbyś miał dwa odrębne ciała. Jedno indywidualne, w którym egzystujesz, jesz, śpisz i prowadzisz codzienne życie. Masz też i drugie ciało, które wywiera wpływ na to, co się dzieje w obcych krajach, i na wieloryby […] nie jest takie stałe, jak to pierwsze, lecz o wiele rozleglejsze - pisała Naomi Klein w "Doppelgänger. Podróż do lustrzanego świata".

Zresztą platformy i wielkie firmy doskonale zdają sobie z tego sprawę. Wcale tego nie ukrywają. Pyszne.pl w swoim komunikacie pisze przecież wprost - zamiana jest dla klientów: 

Prognozy wskazują, że w przypadku, w którym potencjalnie konieczny byłby do wprowadzenia dla kurierów obowiązkowy model zatrudnienia (czyli przejścia kurierów na umowę o pracę) zmusiłby on do podniesienia opłat za dostawę nawet o 15 zł za zamówienie.  Badanie panelowe Ariadna z października 2025 roku potwierdza, że konsumenci nie są gotowi ponieść takich kosztów – 84% respondentów zadeklarowało, że zrezygnowałoby z zamawiania jedzenia z dostawą, gdyby opłaty przekroczyły ten poziom.  

I nieistotne, czy ocenimy tę uwagę w kategoriach PR-owego wygładzania, czy jako próbę przerzucenia odpowiedzialności, poprzez delikatne przypomnienie, że przecież klienci sami chcą płacić mało - racją jest, że konsumenci podtrzymują te zależności.

- Niewielu będzie jednak przekonywał pomysł L4 dla kurierów, jeśli ceną za to jest o dwa złote droższy kebab. Szczególnie gdy wszystkie inne ceny idą w górę - mówiła z kolei Spider's Web+ Zuzanna Kowalik, współautorka badania dotyczącego pracy platformowej. 

Owszem, wygodnictwo kosztuje - choć najmniej tych, którzy chcą i mogą pozostać w komforcie

Ale przecież to nie zawsze jest tak, że jedzenie zamawiane jest z wygodnego łóżka czy fotela, kiedy zaczyna doskwierać głód po godzinach słodkiego lenistwa, w kolejnym dniu poświęconym na błogie nicnierobienie.

Dostawy bywają ratunkiem dla tych, którzy nie mają czasu ani siły gotować, bo sami są zmęczeni po pracy. Nie każdy ma kebab na rogu albo inną lokalną knajpkę. Sugestia, by odbierać zamówienie samemu, jest rozsądnym pomysłem, ale nie wszędzie restauracja jest blisko. Za to prędzej nawet w małej miejscowości pod oknem będzie duża sieciówka, która jednocześnie jest sklepem osiedlowym, pizzerią, kebabem i kawiarnią - na pewno ucieszy się, że inne, prawdziwe restauracje będą mieć mniej zamówień ich kosztem. Z deszczu pod rynnę, z ramion jednej korporacji wpada się w objęcia drugiej. 

Kupiliśmy to, co sprzedała nam globalizacja - zwracał uwagę Marek Rabij, autor książki "Życie na miarę. Niewolnictwo odzieżowe". W rozmowie z "Krytyką Polityczną" mówił:

Sektor odzieżowy jest tylko jednym z elementów zglobalizowanego systemu naczyń połączonych. Kupujemy taniej ubrania na wyprzedażach w sieciówkach, żeby móc kupić jeszcze taniej jedzenie, sprzęty i inne towary na promocji, produkowane dokładnie w ten sam sposób. A potem jedziemy na wakacje w miejsce zarządzane już od dawna przez jakiś koncern turystyczny i płacimy ekstra za iluzję raju, w którym nawet rafę koralową usypano na potrzeby turystów. 

I nie chodzi mi o porównywanie pracy szwaczek z kurierami, bo nie w tym rzecz - zależności są jednak bardzo podobne. Wszystko sprowadza się do tego samego. Obietnica tanich rzeczy dostarczonych szybko pod nos kończyć musi się tym, że ktoś na tym traci i to bardzo dużo. 

Choć tak naprawdę tracimy na tym wszyscy, nawet ci pozorni beneficjenci, którym jest przez chwilę wygodnie. Wszyscy poza samymi korporacjami. Bo przecież konsekwencji jest więcej. Kurierzy chcąc dostarczyć jak najwięcej zamówień w jak najkrótszym czasie przesiadają się na elektryczne potwory, którymi pędzą po drogach dla rowerów i chodnikach, przeganiając innych z trasy. Robi się coraz bardziej niebezpiecznie, bo nigdy nie wiadomo, kto z której strony wyjedzie. 

To też efekt przerzucania kosztów na innych - na całe społeczeństwo, które pada ofiarą tego, że wielkie firmy chcą zarabiać jeszcze więcej pieniędzy, i mają w nosie innych: dostawców, mieszkańców miasta, a przez to i samych klientów. Owszem, robią to wszystko dla nich, ale skutki i tak dotykają adresatów usług, jeśli podczas spaceru może wjechać w ciebie rozpędzony, ciężki pojazd dostawcy, sunący do innego konsumenta takiego jak ty. 

To jest to drugie, a nawet trzecie ciało - które poprzez podjęte decyzje pierwszego wpływa na dalekie zakątki świata, ale i na nasze miasta, ludzi, którzy w nich żyją. 

A my? Zostajemy z frustracją, że niewiele można zrobić, a jakiekolwiek działania - napiwki czy bojkoty - i tak nie dają szansy na realną zmianę. Wszystko jest plastrem, ale nie lekiem. Zostaje wyrzut sumienia, jeśli kliknie się "zamów" i będzie obserwowało się kuriera na mapie, albo sięgnie się po koszulkę na wyprzedaży - doskonale wiedząc, dlaczego jest taka tania i z czego to wynika.

Zostaje bezsilność i złość, bo przecież i tak nie ma alternatywy, lepszych rozwiązań. Pozostaje się tylko dziwić, że ten okrutny i bezduszny system mimo wszystko może działać. Mimo wszystko czy właśnie dlatego?

Zdjęcie główne: Vladdd3872 / Shutterstock.com

Adam Bednarek
Redaktor

„Ekstatycznie umiłował morze”, ale mieszka w Łodzi. Lubi pisać o tym, jak technologia wpływa na człowieka, politykę, ekonomię, ekologię, architekturę czy miasta, zastanawiając się przy tym, czy dzięki niej możemy żyć jeśli nie lepiej, to chociaż inaczej. Gra też na Nintendo Switch, a zamiast Xboksa i PlayStation woli Stadię i GeForce Now, bo granie w chmurze to przyszłość.