Trump wyciąga ręce po nasz europejski internet. Chce na nas napuścić ONZ
Donald Trump szuka nowego sposobu na osłabienie europejskich regulacji internetu. Administracja prezydenta USA zamierza wykorzystać wrześniowe obrady ONZ, by zdobyć międzynarodowe poparcie dla swojej wizji wolności słowa.

Donald Trump i jego administracja jawnie gardzą wszelkimi unijnymi regulacjami mającymi na celu przypiłowanie działań sektora Big Tech w krajach Europy. Upust tym frustracjom dali już nie raz, a to m.in. poprzez oficjalne uznanie przez Izbę Reprezentantów ustawy o usługach cyfrowych za "zagrożenie dla wolności słowa" czy wystosowaniem gróźb nałożenia sankcji na europejskie firmy operujące na globalnym rynku.
Teraz Biały Dom chce przenieść ten spór na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych i wykorzystać wrześniowe obrady Zgromadzenia Ogólnego ONZ do promowania międzynarodowej deklaracji, która może uderzyć w europejskie przepisy regulujące działalność platform internetowych.
Nie pomogły groźby, to pomoże ONZ. Tak USA chce rozwiązać problem zwany "europejskimi regulacjami"
Jak informuje Politico, administracja Donalda Trumpa rozpoczęła już rozsyłanie projektu dokumentu do przedstawicieli innych państw. Celem jest zebranie podpisów szefów rządów podczas wydarzenia organizowanego na marginesie wrześniowego Zgromadzenia Ogólnego ONZ.
Projekt dokumentu - do którego dotarło Poilitico - krytykuje "nowe przepisy" oraz "ramy regulacyjne", które według jego autorów zagrażają wolności słowa nawet w państwach określanych jako demokratyczne. Chociaż w tekście nie wskazano Unii Europejskiej wprost, treść dokumentu odnosi się do rozwiązań dobrze znanych z europejskiego prawa dotyczącego platform internetowych.
Jednym z głównych założeń deklaracji jest zobowiązanie sygnatariuszy do uznania, że karanie za rozpowszechnianie treści określanych jako dezinformacja, misinformacja czy mowa nienawiści może naruszać wolność słowa, o ile wypowiedzi nie stanowią bezpośredniego podżegania do przemocy. Dokument zakłada również ograniczenie możliwości nakładania na platformy internetowe obowiązków związanych z moderowaniem publikowanych treści.
Autorzy projektu proponują także zapis, zgodnie z którym państwa nie powinny wywierać presji regulacyjnej prowadzącej do nadmiernego usuwania legalnych wypowiedzi. Kolejny punkt zakłada rezygnację z nakładania na dostawców usług internetowych obowiązku proaktywnego moderowania określonych kategorii treści.
Na liście chronionych wypowiedzi znalazły się między innymi dyskusje polityczne i religijne, rozmowy dotyczące procesów wyborczych, w tym systemów liczenia głosów, a także debaty naukowe i zdrowotne obejmujące opinie oraz nowe hipotezy. Projekt przewiduje również ochronę faktów określonych jako statystycznie, biologicznie lub empirycznie potwierdzone, nawet jeśli pozostają one kwestionowane przez instytucje publiczne lub są politycznie niewygodne.
Sarah Rogers, podsekretarz stanu USA ds. dyplomacji publicznej, potwierdziła w serwisie X istnienie projektu deklaracji. Wyjaśniła, że dokument powstał podczas rozmów prowadzonych w ramach OECD i ma służyć promowaniu przejrzystości oraz budowaniu wspólnego stanowiska państw. Dodała również, że deklaracja nie ma zastępować ani unieważniać unijnego Aktu o usługach cyfrowych.
Mimo tego zapewnienia projekt wywołał zaniepokojenie w Brukseli. Dwóch unijnych urzędników potwierdziło Politico, że dokument jest już rozsyłany wśród państw członkowskich ONZ. Temat miał zostać omówiony również podczas posiedzenia Rady Unii Europejskiej pod hasłem dotyczącym ochrony i promowania wolności słowa w internecie.
Czytaj też:
Europa znalazła się w trudnym położeniu
Z jednej strony podpisanie deklaracji przez przedstawicielstwa poszczególnych państw w ONZ mogłoby zostać odczytane jako osłabienie obowiązujących w Unii przepisów regulujących działalność największych platform internetowych. Z drugiej odmowa poparcia dokumentu przedstawianego jako inicjatywa na rzecz wolności słowa mogłaby stać się iskrą kolejnego konfliktu na linii Waszyngton-Europa, czy też bardziej personalnego konfliktu poszczególnych państw z USA.
Projekt ostro skrytykowali również europosłowie. Alexandre Geese z niemieckiej partii Zielonych stwierdził, że administracja Donalda Trumpa przedstawia regulacje technologiczne jako walkę o wolność słowa wyłącznie w celach politycznych. Z kolei francuski eurodeputowany Sandro Gozi ocenił, że Waszyngton próbuje stworzyć "globalny Dziki Zachód", w którym platformy internetowe pozostawałyby poza skutecznym nadzorem regulacyjnym. Podkreślił również, że europejskie podejście odróżnia wolność wypowiedzi od prawa do nieograniczonego zasięgu publikowanych treści, dlatego największe platformy powinny moderować publikowane materiały zamiast całkowicie rezygnować z takich działań.
Jako sześciolatka powiedziała w wywiadzie dla lokalnej telewizji, że chce zostać dziennikarką. Dzisiaj jest absolwentką dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi. Od dziecka pasjonuje się szeroko pojętymi grami i technologią, a w gimnazjum zapałała miłością do grafiki komputerowej i elektroniki użytkowej. Swoją pasję przekuła w działalność dziennikarską, przybliżając czytelnikom Spider's Web tematykę smartfonów, smartwatchy, oprogramowania i sztucznej inteligencji. Prywatnie miłośniczka psów, gotowania i literatury faktu.