REKLAMA

Codziennie kłócą się ze mną o cenę drukowania. Otwieram oczy oburzonym

Dlaczego tak drogo? Przecież kartka kosztuje kilka groszy. To chyba najczęstszy tekst, jaki słyszy pracownik ksero. Papier jest tani, ale toner, bębny, prąd i praca człowieka kosztują krocie.

Codziennie kłócą się ze mną o cenę drukowania. Otwieram oczy oburzonym

Dlaczego tak drogo? Przecież ta kartka w hurtowni kosztuje z pięć groszy! – jeśli prowadzisz lub pracujesz w punkcie ksero, słyszysz to zdanie regularnie. To stały element handlowego krajobrazu, wypowiadany zazwyczaj tonem kogoś, który właśnie przejrzał na oczy i zdemaskował międzynarodowy spisek poligraficzny. I wiecie co? Ten klient w jednym ma absolutną rację. Papier faktycznie jest tani. Tyle tylko, że nikt w punkcie usługowym nie sprzedaje mu samej kartki.

Kartka kosztuje grosze. Wydruk już nie

Zacznijmy uczciwie. Zwykła, biała ryza papieru A4 o gramaturze 80 g to 500 kartek. W popularnych sieciach handlowych bez problemu znajdziemy oferty zaczynające się od 17,99 zł, co daje nam w przeliczeniu niecałe 3,6 grosza za pojedynczy arkusz.

I to jest świetny punkt wyjścia dla naszego klienta. Patrzy na białą kartkę wyjętą prosto z podajnika i w swojej głowie układa prosty, logiczny ciąg: skoro materiał kosztuje cztery grosze, to jeśli policzycie mi dziesięć groszy za stronę, wyjdziecie na czysto i zarobicie prawie 20 proc. Problem polega na tym, że to tak, jakby wejść do Starbunia, zamówić latte na sojowym prawie za 30 złotych i oburzać się: Ale dlaczego tak drogo, przecież 500 mililitrów wrzątku z kranu kosztuje ułamek grosza, a na ziarenko kawy nie wydaliście więcej niż złotówkę! Podobnie u fryzjera nikt raczej nie pyta, dlaczego płaci stówę za ścięcie, skoro fryzjer nożyczki i grzebień już i tak posiada.

Tylko w przypadku usług poligraficznych to zderzenie jest znacznie ostrzejsze, bo klient dostaje do ręki niezwykle fizyczny, konkretny obiekt. Widzi kartkę. Nie widzi natomiast całej potężnej infrastruktury, która sprawia, że ta kartka w ogóle ujrzała światło dzienne w kilka sekund.

Już sam toner zjada te magiczne 10 groszy

Chyba największym błędem myślowym klientów jest przekonanie, że wydruk powstaje z niczego, a sam tusz jest nieskończony i darmowy.

Spójrzmy na profesjonalne maszyny. Toner czarny do popularnego urządzenia Kyocera (np. serii TASKalfa) to wydatek rzędu 280 zł. Producent deklaruje wydajność na poziomie około 20 000 stron w warunkach testowych. To daje około 1,4 grosza za sam czarny proszek na pojedynczej stronie. Brzmi rozsądnie, prawda?

Schody zaczynają się, gdy klient prosi o ten sam wydruk, ale z tym małym, kolorowym logo na górze. Kolorowe tonery dla tej samej serii urządzeń posiadają deklarowaną wydajność na poziomie 12 000 stron, co oznacza koszt około 3,17 grosza za sztukę w optymalnych warunkach testowych. Klientowi wydaje się, że to tylko odrobina czerwieni, ale dla urządzenia druk w pełnym kolorze to zaangażowanie zestawu CMYK (czarny, cyjan, magenta, żółty), znacznie większe zużycie materiałów i zupełnie inny rachunek dla właściciela sprzętu. Albo wtedy, gdy zapełnienie jest wysokie. Pamiętajmy, że deklaracje producentów tonerów opierają się na jakimś konkretnym zapełnieniu. Jeśli na stronie będzie np. zdjęcie, nawet wydrukowane na czarno, to koszt potrafi wzrosnąć naprawdę znacząco!

Klient podchodząc do lady mówi z uśmiechem: Proszę jedną stronę. Drukarka pod maską przetwarza to pytanie zupełnie inaczej: Ile procent tej powierzchni mam zasypać moimi czterema tonerami? Kolorowy nagłówek, małe zdjęcie w CV i pełna grafika promocyjna to dla człowieka technicznie wciąż jedna strona. Jednak kosztowo te wydruki pochodzą z zupełnie różnych planet.

Maszyna nie wie, że drukujesz tylko jeden papierek

Skoro ksero już dumnie stoi w lokalu, to znaczy, że jego koszt się odbył, prawda? Bzdura. Urządzenie zużywa się bezpowrotnie z każdym, pojedynczym wydrukiem, czy tego chcemy, czy nie.

Profesjonalna maszyna jest pełna elementów, które nie pytają o to, czy drukowałeś za 30 groszy, czy za 5 złotych. Posiada bębny, układy nagrzewania (fuser), pojemniki na zużyty toner czy tzw. pasy transferowe. Przykładowo, sam pas transferowy potrafi kosztować w okolicach 922 zł brutto, a inne warianty transfer unit nierzadko przebijają kwoty rzędu 1000 zł. Maszyna każdorazowo uruchamia całą mechanikę, pobiera papier, rozgrzewa elementy zgrzewające, zużywa podzespoły mechaniczne i bezpowrotnie odbiera ułamek żywotności drogiego sprzętu.

Do tego należy doliczyć obligatoryjny serwis. Usługi naprawcze lub konserwacyjne potrafią kosztować od około 147 do ponad 220 zł brutto za podstawową wizytę przy samej laserówce, a w przypadku profesjonalnych, wielofunkcyjnych kserokopiarek te stawki idą mocno w górę. Te koszty nie wyparowują magicznie w powietrze. One muszą zostać wkalkulowane w tę rzekomo tanią, kilkugroszową kartkę.

Dlaczego dwie strony kosztują więcej niż 500?

Aby nie być gołosłownym, warto spojrzeć na rynkowe realia. Niskie stawki za wydruk owszem, istnieją, ale są powiązane z masowym nakładem. W cenniku jednego z warszawskich punktów wydruk A4 kosztuje np. aż złotówkę przy przedziale od 1 do 5 stron, a spada do 0,20 zł dopiero przy kolosalnym zamówieniu powyżej 2000 kopii. Z kolei inny, tym razem wrocławski punkt ma cennik, który przewiduje stawkę 0,80 zł brutto przy zamówieniu czarno-białym poniżej 100 sztuk, 0,45 zł od setki, a przy ilości od tysiąca stron cena spada do 0,18 zł. Widać wyraźnie, że klient proszący o dwie strony nie kupuje u nas masowej, zautomatyzowanej produkcji. Kupuje detaliczną, rzemieślniczą przysługę.

I tu docieramy do sedna sprawy. Najdroższym elementem w wydrukowaniu jednej strony wcale nie jest praca maszyny, toner czy papier. Najdroższa jest obsługa małego zlecenia i czas pracownika.

Pomyślcie o tym, ile trwa obsługa statystycznego klienta, który chce tylko jeden wydruk. Ktoś wchodzi. Pyta. Zaczyna gorączkowo szukać pliku. Nie ma pliku na pendrive, więc odpala skrzynkę, szuka na Messengerze, loguje się do Gmaila. Nie pamięta hasła. Jak już znajdzie, okazuje się, że plik Worda rozsypał sobie marginesy, więc trzeba to sprawdzić, zapytać, czy może powiększyć. Drukuje się test, klient akceptuje, przystawiamy kartę do terminala (tu wchodzą prowizje bankowe, ale o tym kiedy indziej), wydajemy paragon.

Cała ta operacja, zwłaszcza przy braku przygotowania, zajmuje potwornie dużo czasu. A czas to dziś towar luksusowy. W 2026 r. minimalna pensja wynosi w Polsce 4806 zł brutto, co przekłada się na stawkę godzinową 31,40 zł brutto. To nie jest ostateczny, pełny koszt ponoszony przez firmę, bo na pracodawcę spadają też inne, stałe obciążenia finansowe, kwestie organizacji czasu pracy czy nieuchronne przestoje. Jeśli cała procedura znalezienia pliku i jego wydrukowania zajęła 5 minut, to przy najniższej krajowej zużyliśmy czasu za ponad 2,62 zł brutto! I to za samą pracę pracownika, nie wliczając niczego innego. A potem taki klient szczerze domaga się, żeby pobrać od niego 10 groszy za usługę, argumentując, że przecież to tylko jedna strona.

Płacisz za to, że nie masz tego problemu w domu

Wielu klientów odwiedza punkty ksero nie dlatego, że kocha u nas bywać. Przychodzą, bo absolutnie nie chcą mieć drukarki w swoim salonie. Nie chcą męczyć się z irytującym zasychaniem tuszów, wkurzać się na odrzucane połączenia sieci Wi-Fi, kupować tonera za kilkaset złotych, składować w szafach ryz białego papieru i organizować domowego serwisu.

Problem w tym, że w zamian oczekują ceny, która jest po prostu nierealna. Punkt ksero to rozwiązanie wygodne. To miejsce gotowe do pracy w sekundę, dokładnie w momencie, gdy ty tego potrzebujesz.

Przeczytaj także:

Kiedy więc następnym razem będziesz wkurzony, że wydruk za kilka groszy w papierze na paragonie kosztuje kilka złotych, weź pod uwagę pełen obraz sytuacji. Płacisz za amortyzację maszyny poligraficznej, koszty części zamiennych i robociznę serwisu. Płacisz za prąd, tonery CMYK i odpady. Płacisz ułamek pensji pracownika i koszty wynajmu ciepłego, dobrze oświetlonego lokalu, za terminal, odpowiedzialność i gwarancję wykonania zadania. Kartka to naprawdę tylko nośnik. Wydruk to gotowa usługa. A usługa ma to do siebie, że jej cena w największej mierze składa się z rzeczy, których ty, jako klient, nigdy nie widzisz.

*Grafika wprowadzająca wygenerowana przez AI

Marcin Kusz
Redaktor

O nowych technologiach zaczął pisać jeszcze w 2012 r. na łamach portalu Telix. Później przez pewien czas pisał dla Komputer Świata i PCLabu. Epizod dziennikarski zaliczył także w lokalnej gazecie i w dziale blogowym SpeedTest. Współzałożyciel agencji BlueCopy, zajmującej się copywritingiem i poligrafią. Przez pewien czas właściciel firmy transportowej. Prywatnie fan starych polskich oper mydlanych (oglądanych obowiązkowo z konkubiną), dumny opiekun kotki brytyjskiej i pasjonat-amator druku 3D.